2010 – Pustynia Gobi

Po przenosinach strony relacja okrojona o zdjęcia. Wszystko będzie poprawione w lutym ;)

Za wyprawę zostaliśmy wraz z Karolem Kleszykiem nominowani przez National Geographic Traveller w kategorii Podróż Roku!
http://www.travelery2010.national-geographic.pl/nominacje/

Pomysł wyprawy zrodził się we wrześniu 2009. Pewnego razu Karol rzucił hasło że jedziemy na pustynię Gobi. Dużo się nie zastanawiając powiedziałem ‚ok’ (:
Już od dłuższego czasu chcieliśmy pojechać w bardziej niedostępny, dziki rejon. Pustynia Gobi wydawała się być tym czego szukamy.
Przez kolejny rok mieszkania razem ciągle myśleliśmy o wyprawie. Staraliśmy się zdobyć wsparcie finansowe, medialne, otuchę wśród znajomych :p no dobra, może aż tak źle nie było [;
Za zrobienie loga wyprawy dziękuje z tego miejsca Natalii O. Kompletowaliśmy powoli sprzęt, zdobywaliśmy (bardzo rozbieżne) informacje o pustynii… W końcu kupiliśmy bilety i 4 sierpnia wylecieliśmy z Warszawy, by 2 września z powrotem do niej wrócić :)
Zdjęcia i tekst mojego autorstwa :p Zapraszam do dość długiej lektury :)

Pełna galeria: KLIK

Filmik zajawkowy:

http://www.youtube.com/watch?v=gJqYECU14LI

Trasa:

http://www.bikemap.net/pl/route/698907-gobi-rowerem-2010/

 

Dzień 0

Po szalonych przygotowaniach w Krakowie, ostatnich zakupach w przeróżnych sklepach spróbowaliśmy wyjechać o północy. Po nieprzespanej nocy w samochodzie Grześka H. odebraliśmy wizy wraz z paszportami od Zbyszka S. i pojechaliśmy na lotnisko. Po zważeniu wszystkich rzeczy, wyszło odpowiednio 4 i 6 kg za dużo w każdym z kartonów i po kilka kg za dużo w bagażu podręcznym. Na odprawie po zważeniu oddano nam kartony, żebyśmy poszli z nimi do miejsca nadawania bagaży niewymiarowych. Po drodze dorzuciliśmy ok. 6kg do kartonów i nadaliśmy je, z nadzieją na zobaczenie ich chociaż w podobnym stanie w Ułanbator. Na lotnisku pożegnał nas Michał Wolff. Przepasani oponami lecimy do Moskwy. W Moskwie obsługa już się niczego nie czepiała. Ba! Nawet nie spojrzała co mamy w bagażu. Na lotnisku trochę odespaliśmy, pomimo obaw że nie odlecimy z racji gęstego dymu z szalejących wokół Moskwy pożarów.

z bagażem podręcznym

 Dzień 0/1 – 5 sierpień 2010

W Ułanbator jesteśmy o 7 rano. Szybka odprawa paszportowa, spotkanie z Czechem który też przyleciał z rowerem. Sporo podejrzanych na pierwszy rzut oka typów, okazało się po chwili bardzo przyjacielskimi i pomocnymi taksówkarzami. Przy odbiorze paczki z resztą rzeczy z terminalu cargo nadanej przez Piotrka B., kazano mi płacić 1200 tugrików podatku. Nie pamiętając ile to jest, a podejrzewając kwotę rzędu kilkuset złotych, kategorycznie odmówiłem zapłacenia. W końcu okazało się, że to niecały 1 dolar, i po uiszczeniu opłaty wydano mi paczkę. Taksówkarze którzy pomagali nam składać rowery obiecali zaopiekować się kartonami, które potrzebne nam były żeby wrócić z rowerami do Polski. Wzięli kartony do taksówki, i pojechaliśmy do jurty (geru) jednego z nich, gdzie schowali je w komórce na podwórku i się pożegnaliśmy.

W mieście totalny chaos. Wszyscy trąbią, zajeżdżają drogę, piesi przechodzą kilku pasmowe drogi, zatrzymując się pomiędzy pasami. Ciężko nam się do tego przystosować, pomimo że w Krakowie to raczej my jadąc na rowerach jesteśmy postrzegani jako wariaci.

W centrum spotkaliśmy Szwajcara jadącego rowerem do Chin.

Udaliśmy się w okolice Dragon Center, na coś w rodzaju dworca. Busiarz zaprosił nas do pojazdu proponując dość atrakcyjną cenę 40 000 tugrików (30$) za przejazd do Altay (~900km). Niestety nie zaczęliśmy się targować, i kierowca zaraz podbił cenę dwukrotnie. Utargowaliśmy w końcu na 60 000 T. Niestety nie dogadaliśmy się kiedy odjedziemy. Popijając więc mongolskie piwo, czekaliśmy. Wieczorem kierowca pokazał że pojedziemy z rana. Nie chcąc stracić z nim kontaktu, pojechaliśmy do niego i spędziliśmy noc w busie.

 ekipa pomagierów

Dzień 0/2

W nocy pomimo zabarykadowanego wejścia na posesję, szwędały się chmary psów.

Z rana kierowca zmienił lewe tylne koło w busie i pojechał na ‘dworzec’. Ułożyliśmy rowery w przestrzeni, w którą na pierwszy rzut oka nawet jeden by się nie zmieścił. Później kierowca jeszcze kilkukrotnie otworzył bagażnik i jakimś cudem wcisnął każdorazowo kilka torb.

Bus około 8 osobowy. Na początku z tyłu siedzieliśmy we dwóch i było nawet wygodnie. Później dosiadła się Mongołka i było bardzo ciasno. Ale dopiero jak dosiadła się koło nas kolejna osoba to się zrobiło ‘ciekawie’. W tym 8 osobowym busie było w końcu 17 osób, z czego niektóre siedziały na swoich torbach na kawałkach wolnej podłogi.

W tak olbrzymim ścisku, wyjechaliśmy z miasta, jadąc pierwsze 4h po pięknym asfalcie. Na pierwszym postoju, kierowca zaprosił nas do geru, gdzie za ~1,5$ dostaliśmy po misce gorącego koziego mleka, i domowy makaron z baraniną – tradycyjny mongolski posiłek.

Po ok. 4h jazdy skończył się asfalt, i kierowca zaczął kluczyć po niesamowicie dziurawych gruntowych drogach niewiele tak naprawdę przy tym zwalniając. Trzęsie niesamowicie, do tego nie można się ani trochę ruszyć, nie wiadomo kiedy postój żeby załatwić potrzeby fizjologiczne…. Dobija nas dodatkowo stukot obijających się o wszystko wokół rowerów. Raz w nocy kierowca zatrzymał się i prawdopodobnie rzucił garść przekleństw. Po chwili namysłu wycofał kawałek, wrzucił jedynkę i….. gaz do dechy! Udało się – przejechaliśmy przez rzekę.

 nasz kierowca

Dzień 0/3

s = 33,65km v = 10,1km/h t = 3h 23 min alt = 761m

Stepy w okolicach Ułanbator, przekształciły się w pustynny krajobraz w okolicach Altai. W ciągu trwającej zwykle 2 doby podróży – w naszym przypadku 1 doby (wyprzedzaliśmy jeepy, osobówki… byliśmy po prostu najszybsi) mieliśmy 4 postoje. Do tego na każdym postoju, kierowca zmieniał lewe tylne koło w samochodzie.

Koło 15 dojechaliśmy do Altai i wzięliśmy się za składanie rowerów, przy czym tradycyjnie pomagało nam kilku miejscowych. Zrobiliśmy zakupy – 15kg makaronu, 2 kg ryżu. Razem z przywiezionymi 3 kg kaszy kus kus, 1 kg kaszki dla dzieci, 3kg sosów w torebkach i 2 kg kabanosów stanowiło to nasz prowiant na najbliższe 3 tygodnie jazdy.


ciasno było [;

Dzięki pomocy lokalnej dziewczyny – Marty – uzupełniliśmy wodę, biorąc prawie maksymalną jej ilość, tj łącznie prawie 100 litrów (4x worki 20 litrowe, + bidony + kilka butelek plastikowych). Nie skorzystaliśmy z zaproszenia Marty do siebie, i po założeniu:

– 26 kg jedzenia

– ok. 80 litrów wody

– około 30kg na namiot, 4 butle z gazem, duży zestaw narzędzi, części zapasowych itp.

na nasze pancerne, ważące po około 20kg rowery (wraz z przyczepkami extrawheel) ruszyliśmy na pustynię kierując się na południowy wschód.

Łączny bagaż na początku to prawie 180kg , co daje 90kg na głowę.

(licząc razem z wagą rowerów)

Na sam początek kawałek po płaskim, na którym już daje o sobie znać mongolska gościnność. Napotkani ludzie częstują nas wódką, cukierkami, wodą, sokami. Robią sobie z nami zdjęcia, dopytują o co tylko mogą nie zważając na potężną barierę językową (język mongolski pomimo że zapisywany aktualnie cyrylicą, to zupełnie się różni od języka rosyjskiego).

Szybko docieramy do okolicznych gór, i zaczynamy 30 kilometrowy podjazd. Spotykamy na nim dziewczynę mówiąca po angielsku z Ułanbator, która po kilku minutowej rozmowie zaprasza nas do siebie po przyjeździe. Wymieniamy się telefonami i jedziemy dalej.

Temperatura spada do 5 stopni jeszcze przed zachodem słońca, do tego porywisty, zimny wiatr skutkuje tym, że ubieramy na siebie wszystkie nasze ubrania poza kurtkami. Rozkładamy nasz namiot i robimy jedzenie w środku. Po chwili do namiotu podjeżdża i wchodzi do środka Mongoł. Poczęstowaliśmy go jedzeniem i ucięliśmy pogawędkę. Używając starego, jeszcze nie opartego na cyrylicy, pionowego pisma mongolskiego zapisał nam swoje imię oraz adres.

 
wyjeżdżamy z Altai

wizyta w namiocie

Dzień 2

s = 89,3km v = 13,9km/h t = 6h 25 min alt = 160m

nocleg z dnia 2/3 na wysokości 1361m max T = 36°C

Z rana bardzo zimno. Wypiliśmy piwo znalezione przypadkowo w sakwie, zjedliśmy makaron i koło 10 przemogliśmy się żeby wyjść z namiotu. Bardzo szybki i długi zjazd, na którym raz wypięła się moja przyczepka bez żadnych przykrych konsekwencji. Pierwsze i ostatnie użycie statywu (zgubiona śrubka). Świetna droga, wiatr w plecy. Po 2-3h jazdy droga zmieniła się w tarkę – małe muldy na drodze ustawione jedna za drugą w odległości około 30-50cm. Tarki obawialiśmy się szczególnie ze względu na przyczepki, ale szczęśliwie nigdy nie było z nimi problemów. Na tarce osiągaliśmy prędkości rzędu 7-10km/h, przy większej prędkości rower stawał się nadsterowny i wypadał z drogi na ciągnący się wzdłuż niej sypki żwir, po którym jazda była zupełnie niemożliwa.

Tego dnia zaliczyliśmy kilka niegroźnych wywrotek, i właściwie cały dzień jechaliśmy w dół/po płaskim.

Wieczorem dojechaliśmy do pierwszej opustoszałej wsi, w której niestety nie znaleźliśmy studni. Dobrze że w Altai wzięliśmy spory zapas!

Spanie tuż za Biger.

 pierwszy nocleg

Dzień 3

s = 70,7km v = 11,1km/h t = 6h 19 min alt = 1099m vmax = 42km/h

nocleg = 2293m max T = 30°C

Wstaliśmy o 11. Śniadanie i non-stop pod górę. W nocy padało i wielbłądy krzątały się wokół namiotu. Z rana widzieliśmy niemalże punktowe burze z obu naszych stron, które jednak po chwili ustąpiły prażącemu słońcu ukazując magiczne, zawsze niebieskie mongolskie niebo. Jeden z napotkanych ludzi poczęstował nas maleńkimi kwaśnymi jabłkami. Jazda przez jeszcze mało pustynny, bardziej stepowy krajobraz. Przez pewien okres silny wiatr w plecy i nawet 42km/h na lekkim, poniżej 1% nachylenia zjeździe. Mijamy starą kopalnię złota przy której stoją jeszcze pordzewiałe maszyny.

W Mongolii nadal są duże pokłady złota, lecz z racji ich dużego rozproszenia, nie opłacalne jest jego wydobycie na przemysłową skalę. Spotykamy jednak wielu ludzi, poszukujących złota na własną rękę chodząc z wykrywaczem w sobie tylko znanych, na pewno pilnie strzeżonych miejscach.

Spanie tuż przed Chandmani.

obrady [;

Dzień 4

s = 100,2km v = 13,4km/h t = 7h 27min alt = 661 vmax=36

nocleg = 2302m max T = 34°C

O 9 pobudka. Gotowanie w namiocie (uff, znowu się nie spalił!). Przejazd przez Chandmani, spanie chyba przed Bayan-Ondor. Problemy z nawigacją. Skręt z głównej drogi w małą ścieżkę zauważony przez Karola, kawałek dalej ja uratowałem nas od zgubienia drogi. Beznadziejna droga, połowa trasy pod wiatr (z górki 5km/h!). Prawdziwa pustynia – wokół nas zupełna pustka, szwędające się tu i tam wielbłądy skubiące z rzadka rosnące kolczaste krzaki. Karol dosiada konia, pasterze próbują sił na rowerach.

Na początku podjazdu tradycyjnie już nieoznaczona na mapie studnia.

Dziś pierwszy raz pękło 100km. Morale rosną. Karol zrobił nawet 120km, bo rano zgubił karimatę i jej szukał bez skutku – czeka go 3 tyg spania na kamieniach.

 nasza ścieżka…. łatwo jej nie zauważyć :p


dalej było już lepiej

Dzień 5

s = 90,6km v = 14,5km/h t = 6h 12min alt = 1082 vmax = 48,5km/h

nocleg = 2018 max T = 32°C

W nocy huraganowy wiatr zmusił nas do złożenia namiotu. Po chwili na ziemię spadło 10 kropel wody, po czym wszystko się w miarę uspokoiło (wiało już tylko mocno, jak zwykle) i mogliśmy z powrotem rozłożyć nasz namiot. Taka sobie mini burza… [; Z rana mimo kolejnych skrzyżowań, szczęśliwe znaleźliśmy wieś. Dostaliśmy od ludzi coś a’la pączki i kozi ser.

Świetny zjazd z silnym wiatrem (30-40 km/h przez 15 km), kolejne problemy z nawigacją. Po 50km zaczął się podjazd, a ten sam silny wiatr zaczął wiać centralnie w twarz. Prowadzeni białym chevroletem dostajemy się do studni w kolejnej wsi. Obskakuje nas chmara krzyczących, piszczących i gwiżdżących dzieci. Po ostatnich dniach idealnej ciszy ledwo to znosimy. Bierzemy duży zapas wody na najbliższe 4-5 dni bo tyle nam powinna zająć droga do następnej wioski, ok. 35litrów na głowę, za co płacimy łącznie 30 groszy.

Tak doładowani powolutku wyjeżdżamy ze wsi, odprowadzani przez biegnące dzieciaki… ciężko nam było im uciec [;

Ciągle pod niesamowity wiatr. Lekka mgła unosząca się przy górach, przysuwała się coraz bliżej nas. Dopiero gdy była już naprawdę blisko zorientowaliśmy się że to burza piaskowa. Chcieliśmy jej uciec, ale wiatr skutecznie to uniemożliwiał. Dopadła nas. Po kilku minutach jazdy musieliśmy zrezygnować z jazdy. Pomimo że słońce było jeszcze wysoko, zrobiło się dość ciemno, widoczność spadła do kilkunastu metrów, baliśmy się że się znowu zgubimy.

Spanie na początku potężnego kanionu. Przytuliliśmy namiot do skały która chroniła nas przed wiatrem.


zaraz nas dopadnie… trzeba było schować aparat
w czerwonym kółku nasz namiocik (w galerii duża fota KLIK )

Dzień 6

s = 88,12km v = 12,5 km/h t = 7 h 2 min alt = 489 vmax = 29km/h

nocleg = 1238 m

Wreszcie koniec tego dnia! (dziennik pisany zawsze wieczorem)

W nocy tradycyjnie zmienił się kierunek wiatru, i znów porywało nam namiot. Szczęśliwie burza się skończyła, obudziliśmy się pod bezchmurnym niebem. Trochę pchania z rana przez kanion, później zjazd 500metrów w dół pod wiatr. Najgorszy zjazd w życiu. Średnia prędkość w granicach 10-15km/h. Po 30 km zjeżdżania i pchania roweru, chcieliśmy potwierdzić kierunek u spotkanej kobiety – okazało się że źle jedziemy. Pokazała nam, że musimy wracać około 20km pod górę, co prawdopodobnie zajęłoby nam 3-4 godziny. W trakcie posiłku w towarzystwie wielbłądów, podejmujemy decyzję o jechanie na przełaj. Znaleźliśmy jakiś ślad samochodu który szedł mniej więcej we właściwym kierunku i podążyliśmy za nim. Współrzędne geograficzne nie pokrywały się z żadną z 4 map które mieliśmy. Jadąc na wyczucie, w pewnym momencie po prostu skręciliśmy. Jutro, może pojutrze okaże się czy dobrze. Poza napotkaną kobietą która wyszła nam na spotkanie ze swojej jurty żadnych ludzi, jedynie dwa porzucone (pewnie zepsute) jeepy.

Wieczorem sypki żwir i tarka na zmianę. Kilka godzin męczenia się w kolejnym kanionie. Chcieliśmy z niego wyjechać, ale góry tworzące go ciągnęły się po horyzont po obu jego stronach. Wiatr porywający namiot ze wszystkich stron.

 ciepło


kanion

Dzień 7

s = 71,1km v = 9,2 km/h t = 7h 43 min alt = 697 vmax = 27km/h

nocleg = 1233

Wczoraj to byłą pestka :p ehh

Wiało oczywiście całą noc. Po ciężkim zjeździe (wiatr, tarka, żwir – to co zwykle) w wyschnięte koryto, zaczął się podjazd. Reszta dnia (czyli 50km) pod znakiem pchania roweru przez piacho-żwir. Tj jedziemy i pchamy mniej więcej tyle samo. Cały dzień nie spotkaliśmy nikogo kto mógłby potwierdzić czy dobrze jedziemy. W końcu tabliczka potwierdzająca opuszczenie parku Gobi Gurvan Saikhan z grubsza daje nam rozeznanie w terenie. Cały dzień wybieramy ścieżki, już właściwie na chybił trafił. Gdyby nie trzeba było pchać, to by było naprawdę super :D Świetne krajobrazy



Dzień 8

s = 39,6km v = 7 km/h t = 5h 37 min alt = 486 vmax = 24km/h

Koło północy przemytnicy z Chin zatrzymali się jakimś wiekowym uazem przy namiocie. Jakim cudem w ogóle te samochody jeszcze jeżdżą? Coś tam pogadaliśmy ale bez wymiernych efektów. Nie potrafili nam wytłumaczyć gdzie jesteśmy ani jak dojechać gdziekolwiek…. :p Poczęstowali nas za to sokiem z dzikiej głożyny :p smakowało jak mix suszonych śliwek z truskawką – przepyszne [;
Rano stwierdziliśmy, że jedziemy ich śladem, bo już prawie nie mamy wody, a oni przecież skądś musieli przyjechać…. A więc jedziemy, tzn pchamy non-stop rowery przez 17km przez ładny czerwono-żółty kanion. Jedną ręką ciągniemy za siodełko, sztycę, drugą pchamy kierownicę. Tym sposobem osiągamy prędkości rzędu 3-4km/h. Całkiem straciliśmy z oczu ślady samochodu i wszystkie ścieżki. Ciśniemy na przełaj :D Z daleka widzimy coś zieleńszego na górce. Morale wzrosły, i jak na skrzydłach pchamy rowery 5km/h do jak się okazało strumyka wybijającego na szczycie góry. Uratowani :D Wraz z bydłem szwędającym się wokół strumienia sjestujemy dobre 2-3 godziny. Właściciel bydła może być bezpieczny – zwierzęta nigdzie nie uciekną, bo poza arem ziemii którą nawadnia strumyczek, wszędzie wokół pustynia [;

Ciśniemy (tzn pchamy) dalej. Spotykamy jurtę w której potwierdzamy drogę (było w niej 9 osób! :P). Problem z tylnym bagażnikiem crossso – wygięta blacha, zgubione od wstrząsów śrubki…), kawałek dalej zrywam łańcuch. To nasze pierwsze, i jak się później okazało ostatnie awarie sprzętu [;

Wieczorem kawałek lepszej drogi, dzięki temu prawie dobiliśmy do 40km. Za to jaka średnia szalona z całego dnia:D

Karola pobolewał trochę brzuch, więc wziął potężną dawkę leków (takich jakie mieliśmy, czyli na biegunke/odwodnienie :P).

Spanie ~5km przed górami w okolicach Gurvantes.


Dzień 9

s = 59,2 km v = 10,4km/h t = 5h 39min alt = 730 vmax = 38,5km/h

nocleg = 1848m

W nocy cisza jak nigdy. Z rana za to szalony pies napierał na nas w chyba wiem jakim celu. Obroniliśmy się dzielnie kamieniami :p Pechowo źle wybraliśmy drogę na jednym z wielu rozgałęzień – nasza ścieżka skończyła się w górach. W zaułku zauważyliśmy jurtę, w której podpowiedziano nam ledwo widoczną wąską ścieżkę wiodącą przez góry. Po kilku kilometrach dojechaliśmy wreszcie do drogi, którą zgubiliśmy 3 dni temu :D

W Gurvantes trafiliśmy na sklep w którym kupiliśmy coca-cole (jedyne 1,5 roku przeterminowaną) i chleb + podstawę żywienia prawdziwych sakwiarzy – choco :D

Karol zjadł prawie wszystko na raz. Okazało się, że nie potrafi żyć bez słodkiego :p

Szalona nysa na podjeździe (ponad 20% nachylenie, nysa załadowana po brzegi towarem), spotkaliśmy Josta Organiste – Niemca od 2 lad podróżującego samochodem po świecie. Rozbiliśmy wspólny obóz – ognisko, setka na trawienie, Jack Daniels na humor. Na przeciwległym wzgórzu odbywał się prawdopodobnie rytuał szamański – niestety szamani nie dopuszczają obcych do siebie w trakcie obrządków.

Spanie ~10km za Gurvantesem.

wąsko

ścieżyna przez góry

obozowisko z Jostem

Dzień 10

s = 76,7km v = 10,4 km/h t = 7h 21 min alt = 797 vmax = 37,5km/h

nocleg = 1854

Pomimo siedzenia przy ognisku do 1 w nocy (dzięki Jostowi dowiedzieliśmy się, że mieliśmy źle ustawione zegarki… wskazywały jedynie 2 godziny później :P) wstaliśmy o 8 rano. Śniadanie (oparzona ręka), pożegnanie z Jostem i ciśniemy, tzn pchamy rowery, dalej.

Z rana mała przygoda ze skorpionem który mi spod buta uciekł pod namiot w którym spał Karol… szczęśliwie nas nie dziabnął. Później jeszcze kilkukrotnie trafiliśmy na skorpiony… trzeba było patrzeć gdzie się siada [;

skorpion [; trochę go pomęczyliśmy :p

Ciągle chmury, gorąco, piach, tarka, wielbłądy. Kryzysowy dzień.

Odbijamy mocno z drogi na której nie dało się jechać w dróżkę na której jest trochę lepiej. Spotykamy kolejne odwierty – jak się później dowiedzieliśmy od pijanego Kanadyjczyka – w poszukiwaniu węgla. Pod koniec dnia świetna droga dzięki czemu wyszedł całkiem niezły dystans.

Mijamy wioskę składającą się z 3 domów. Mieli studnię z baraniczanką – wodą śmierdzącą baranem [; Spanie 3km przed Noyon.

Dzień 11

s = 52,5 km v = 9 km/h t = 5h 49 min alt = 260 vmax = 41,5km/h

nocleg = 1511

W nocy wichura. Szybkie zakupy w Noyon – mieście pięknych kobiet :D

Policjant próbował nam wytłumaczyć drogę ale niestety nie umiał czytać – pomogła nam jego pomagierka o wielkich jędrnych kołyszących się oczach. Wskazany przez nią kierunek zupełnie nie zgadzał się z kompasem, mapami, ale innej drogi nie znaleźliśmy, więc pojechaliśmy wg wskazań. Po ok. 20km utknęliśmy w piachu wrr…. Mała sprzeczka spowodowana pewnie narastającą frustracją [;

Po południu zaczęło sypać ostro piachem w poprzek drogi, a wieczorem brnęliśmy przez wydmy… Wiatr tak zawiewał że nie mogliśmy sobie zrobić jedzenia :p Najedliśmy się dziś piachu :)

ciężko

ciężej

mamy dość :p

Dzień 12

s = 70,2km v = 11,7 km/h t = 5h 59 min alt = 856 vmax = 44,5km/h

nocleg = 1653

W nocy wiatr zmienił kierunek a my nie zamknęliśmy namiotu (z przodu jest siateczka). Nad ranem mieliśmy piaskownice w środku [; W Bayandalay bank (gość dał za mało kasy, a jak wyszliśmy to pobiegł za nami i dopłacił, chyba nawet za dużo…), sklep bez chleba, kupiliśmy tradycyjnie przeterminowaną coca-cole [; spotkaliśmy turystów wybierających się jeepami na wydmy. Jeden z Niemców w tajemnicy przed żoną powiedział że Kraków to ładne miasto, ale dziewczyny w nim jeszcze ładniejsze :p

Porządny kopiec z kielichem obrządkowym, powtykanymi pieniędzmi, papierosami, wodą.. Mały ziomuś dogonił na swoim fullu kiepsko jadącego dziś Karola. Naprawiliśmy mu co nieco rower i poczęstowaliśmy cukierkami i glucardiamidem (lekiem którym się wspomagamy – polepsza wydolność płuc i akcję serca :D hehehe). Dłuuugo pod górę kanionem (pchanie), później kilka świetnych zjazdów. Kolejni turyści (włosi) gonili Karola na zjeździe. Spanie w jakiejś rozpadlinie ~25km przed Dalandzadgadem (dobre kilka minut rozczytywałem tą nazwę z mapy :p).

Karol opanował do perfekcji przypalanie żurku i mycie miski piachem. Żegnamy się z górami i najcięższą częścią pustyni. Teraz będzie już z górki (: Tzn nie czekają nas teoretycznie żadne wydmy :p

Dzień 13

s = 123,1 km v = 16,5 km/h t = 7h 26 min alt = 319 vmax = 34km/h

nocleg = 1416

Pobudka z rana i pod mocny wiatr do Dalandzadgadu(gadu). Uzupełniliśmy wodę, w sklepach wreszcie mieli coś jadalnego…. Tzn choco + chleb :D mm, choco jeszcze nigdy nie było takie dobre hehehe. W mieście było 200m asfaltem. Dżiiiiizus! Ale dziwne uczucie! Samo jedzie!

Ciśniemy dalej do Tsogttsetsii (tego nadal nie umiem przeczytać). Karola dopadły przewlekłe problemy z żołądkiem :p Droga w większości dobra co widać po dystansie. Cały dzień nie pchaliśmy! Daaawno nie było takiego dnia.

Wieczorem chcieliśmy spytać o drogę w jurcie, ale zostaliśmy na dłużej skuszeni miłym jak zawsze towarzystwem. Pograliśmy z chłopakami godzinę w piłkę (totalnym flakiem na kamieniach w sandałach :p mój pierwszy kontakt z piłką skończył się zdartym kolanem i łokciem), posłuchaliśmy opowieści babki mówiącej trochę po rosyjsku, zjedliśmy makaron z baraniną i ziemniakami. Jako gest uznania kierownik (była to ekipa budowlana – robili gazociąg chyba) poczęstował nas kawałkiem słoniny, przepyszna była :p Pograliśmy w kości zrobione z chrząstek z baraniego kolana (z każdej strony chrząstka wygląda inaczej!), impreza oczywiście zakrapiana wódką – 0,5L na 12 osób.

Pomimo zaproszeń do jurty, spaliśmy w namiocie 5km przed Tsogttsetsii.

Dzień 14

s = 77,3 km v = 11,9 km/h t = 6h 26 min alt = 282 vmax = 30km/h

nocleg = 1244

Po szybkim pożegnaniu zgubiliśmy drogę, i trochę naokoło ale jednak dotarliśmy do celu. Spotkaliśmy zgraję ~20-30 dzikich psów. Na szczęście były najedzone [;

Nudnawy dzień. Ciągle malutkie wzniesienia, jedno z drugim, każde kolejne identyczne do poprzedniego. Trochę pchania, tarka.. Było 38 stopni w cieniu, ale jest tak sucho i wietrznie, że się tego w ogóle nie czuje.

Moje spodenki i koszulka zesztywniały. Czas zmienić :D Pranie w oponie, i po godzinie z powrotem założyłem moje ulubione portki :p

Coś źle policzyliśmy wodę… wieczorem wyschnięte studnie i picie po małym łyczku. Ekipa młodych gniewnych była tak zdziwiona naszym widokiem że nawet nie robili problemów :D

Poganialiśmy trochę wielbłądy – odbija nam :p Dość ruchliwa droga. Minęliśmy dziś 5 samochodów.

Spanie ~50km przed Manlai, które Mongołowie wymawiają z użyciem ‘sz’ i ‘h’(??????) – dziwna ta ich mowa.

 jak mówią miejscowi: dinozaur :D

Dzień 15

s = 61 km v = 9,3 km/h t = 6h 33 min alt = 333 vmax = 18km/h

nocleg = 1154

Z rana chmury burzowe + leciutkie kropienie przez moment, do tego bardzo zimno. Ubrani we wszystko co mamy ciśniemy centralnie pod potężny wiatr. Jedziemy średnio 6km/h, trochę pchania. Znowu te same nudne górki. Szczęśliwie uzupełniamy wodę – musimy jej wozić więcej, i tym bardziej lepiej sprawdzać jej zapasy [;

Jakimś cudem dojeżdżamy przed 18 do Manlai… dystans nie zgodził się o ponad 20km z dwoma z naszych czterech map… :p Zakupy (małe, twarde jak kamień, posypane zwykłym cukrem, przepyszne! Mini pączki), sesja pod pomnikiem, wysypiskiem kości… Po wreszcie trochę lepszej drodze napieramy dalej uzyskując prędkość maksymalną = 18km/h :D rekord.

Cały dzień poza miasteczkiem nie spotkaliśmy żywej duszy.

Karol robi porządek w sakwie – bawimy się w kopciuszka rozdzielając kaszę kuskus, makaron, kostki rosołowe, ryż….

Dzień 16

s = 92,8 km v = 13,1 km/h t = 7h 02 min alt = 285 vmax = 29,5km/h

nocleg = 1109

Bezwietrzna noc. Z rana sporo szarańczy i dobra droga. Kolejne ganianie się z wielbłądami. Niestety nie chciały biec tam gdzie je naganialiśmy…

Niby były wydmy, ale między nimi zaschnięty na kamień piach. Chyba dno okresowego jeziorka czy coś…

Zero wody, zero ludzi, szkielety wielbłądów. Fajne krajobrazy. Do tego ciekawskie konie podchodzące na kilka metrów. Ganianie całego stada skończyła się tym że biegło ono obok nas przez dobre kilka kilometrów. Spanie ok. 30 km przed Makdah, częściowo rozkładając namiot na drodze… skoro i tak nic nie jeździ… [; W nocy obudzili nas pasterze ganiający na motorach bydło. Dziwne że w nocy… czyżby jednak nie pasterze a kradzieje ?

 ktoś nas uprzedził [;

Dzień 17

s = 104 km v = 14,7 km/h alt = 408 vmax = 37km/h

nocleg = 1195

Z rana świetny wiatr w plecy. Jedziemy i jedziemy a miasta nima.. Dowiadujemy się w końcu że jest jakieś 15km za nami… Ciekawe gdzie źle pojechaliśmy :p Wody mamy 2 litry, studni brak, 50km do następnej wiochy….nie ma się co wracać, damy radę! :p

Zagadaliśmy w gerze (jurcie) o drogę i wodę. Dostaliśmy po kubku gorącego koziego mleka, gość chciał robić obiad… obdarował nas jeszcze mlekiem przelanym z miski pełnej rozkładających się już w tym mleku robaków :p oczywiście wypiliśmy całe 1,5 litra które nam dał. Minęliśmy dwa pociągi drogowe – ciężarówki z 3 naczepami.

Raz wyskoczyło 10 osób z jeepa i swatało mnie z wyjątkowo jak na Mongolię (i nie tylko) dziewczyną (jakieś 180cm wzrostu). Przy tej okazji obdarowali mnie jakimś słodkim serem, zimną!! wodą… a tego dnia pomimo normalnej temperatury (tj ponad 35 stopni) było wyjątkowo gorąco z racji na słabo wiejący wiatr. Jeden z niewielu dni w których się spociliśmy :p

tttaaaarrrrrkkkkaaaa. a poza drogą grząski żwir

Impreza:

W końcu dojeżdżamy do miasteczka. Spragnieni kupiliśmy coca-colę (rekordowe przeterminowanie – 2 lata :D), dostaliśmy jeszcze gratis ciastka, wodę… Widząc zapas czasu jaki nam został do samolotu pofolgowaliśmy trochę. Kupiliśmy po piwie. Zeszło się sporo ludzi. Kupiliśmy połówkę którą rozlaliśmy na 15 osób, wszyscy się rozochocili… była sesja zdjęciowa, każdy chciał się przejechać na naszych rowerach, my spróbowaliśmy sił na motorach… Kilka osób pomagało nam uzupełnić zapasy wody gubiąc przy tym zakrętki do butelek, kłócąc się między sobą… Jedzie za nami typ na motorze nie dając spokoju :p Podprowadza nas po ciemku pod miejsce kultu chrześcijan… po ciemku jeździmy po szkle, rozbijamy kilka butelek najeżdżając na nie… wszystko bez kapcia :D Niezniszczalne opony [;

Na odchodne pokazuje pozy zapaśnicze (narodowy sport Mongołów). Bardzo miłe wrażenie miasteczka i ludzi trochę popsuł chcąc kasę dla syna… :p Spanie tuż za miastem.

 imprezka

zapasy [;

Dzień 18

s = 64,4 km v = 10,5 km/h t = 6h 06 min alt = 154 vmax = 22km/h

nocleg = 929

O 7 rano podjeżdża gość na motorze, flaszka z za pazuchy… i na drugą nóżkę…. :D Bardzo mocny wiatr centralnie w pysk, niezła droga choć sporo jakiś wyrw/dziur. Rano pranie w sakwie :p Sjesta w cieniu rowerów, męczący dzień. Jazda przez pustkowie, znowu te małe górki.

Jak rozbijaliśmy namiot to zaczął się duży ruch. Minęło nas z 10 samochodów… Od dobrych kilku dni rozmawiamy o tym co zjemy w Polsce. Mamy naprawdę dość naszego menu…

Karol po raz drugi złamał łyżkę… w ruch poszedł klucz do konusów [;

(nieudana) próba urozmaicenia jadłospisu. choco + makaron

Dzień 19 – KONIEC PUSTYNI

s = 35,8 km v = 12,1 km/h t = 2h 56 min alt = 12554 vmax = 30km/h

W nocy cisza ale rano i tak przywitał nas wmordewind… [; Szybkie dojechanie do Sainshand – celu wyprawy. Obkupiliśmy się w sklepie…. Wyżerkę zaczęliśmy na dworu + dobre rosyjskie piwo. Spotkaliśmy grupkę czterech Polaków (wyprawa-mongolia.blogspot.com). Zrobiliśmy taką małą Polskę na dworcu – tj wprowadziliśmy tam jeszcze większy chaos niż był :D Kolejka po bilety godzinę przed odjazdem pociągu… a po piwie nie chce się w takiej kolejce stać [; spróbowaliśmy wejść do pociągu bez biletów do wagonu towarowego ale niestety nie udało się… następny pociąg był za godzinę, i tym razem już kupiliśmy bilety [;

Kierownik pociągu powiedział że rowery niet i się zaczęły schody. W końcu wcisnęliśmy je do wagonu towarowego, policjant przegonił ludzi z naszych łóżek w najniższej klasie (20zł za 460km jazdy) i od razy zagadywani przez ciekawskich Mongołów jedziemy do Ułan Bator. A w transsibie za kołnierz też się nie wylewa…. Do tego mongolskie buusy i inne przysmaki z baranim mięsem [;

Eh, będzie nam brakować pustynii… szczególnie jej części do Dalandzadgadu.

 w oczekiwaniu na pociąg

Dzień 20

s = 6 km

Karol kimał na środkowej pryczy a na mojej (dolnej) ciągle ktoś siedział… ale te 3h może pospałem. Z rana wszystkie Mongołki się malowały… tapeciary :p W Ułan Bator totalny chaos na dworcu. Wszyscy biegają, samochody trąbią, wyprzedzają na piątego…. Ciężko się odnaleźć na nowo wśród ludzi :)

wesoła kompanija

Ułan Bator:

Mapy miasta brak… odwiedzamy kafejkę i jedziemy w stronę placu na którym robiliśmy zakupy przed wyjazdem na pustynię. Tam dzwonimy do Uki (poznanej 1. dnia na pustynii) która wystrojona (tzn ubrana w czyste ubrania i nie śmierdząca :D) zgarnia nas do siebie [;

Rowery do piwnicy, my do mieszkania (pokój + kuchnia i łazienka). Przemili rodzice i siostra którzy coś tam po angielsku nawet mówili.

Prysznic, kupiliśmy jakieś czyste ubrania, poszwędaliśmy się z Uką po mieście… Duuuuużo smiechu :) W knajpach nie mogliśmy się przestać uśmiechać do talerzy na których było co innego niż makaron + sos z torebki [;

Okazało się w pewnym momencie że Uka ma 16 lat, a jej siostra Boka 22

Wieczorem wybraliśmy się z całą rodzinką po znajomości (tj za prawie darmo) do najlepszego hotelu w mieście na prywatne karaoke, i do łaźni…Długo nam zeszło żeby się domyć. Naprawdę długo. Straciliśmy za to po 2 kg po spędzeniu prawie 2h na myciu (czyli łącznie na całej wyprawie po 8kg), goleniu się, siedzeniu w saunie itp :p poszliśmy do wspólnej sali gdzie graliśmy w karty, biegaliśmy we troje (ja, Uka, Karol) na jednej bieżni, i siedzieliśmy w kolejnych, suchych, saunach… To się nazywa relaks :D Spanie na materacach w hotelu :p

 Chinggis Khaan

Dzień 21

Po porannych wizytach w saunie, odwiedzamy outsider mall i robimy zakupy na bigos. Idziemy z Karolem we dwóch na miasto. Spotkamy Patryka który oprowadza nas po sklepach z pamiątkami i innych przybytkach cywilizacji. Znowu była wódka, integracja… ale na końcu i tak chciał od nas kasę [;

Niski strop w jednym z barów – potężny ból głowy :p Studenci z niby ichnimi malunkami… ostre targowanie skończyło się 5 krotnym zbiciem ceny. Zrobiliśmy bigos który nie wyglądał i nie smakował jak bigos, ale był bardzo dobry :p Oglądamy Hulka, gramy w tysiąca, w kości (tzn chrząstki baranie :p) i idziemy spać do piwnicy w obawie o rowery.

 tawarisz Lenin

Dzień 22

s = 24 km

Całą noc leciała woda przez rury (prawie jak kamienie :p) i Karol nie mógł spać… :p Przez 10 z piwnicy (mieliśmy w niej kibel, duuuża przestrzeń) wypuściła nas Uka, odebraliśmy resztę rzeczy z góry (m.in. mój paszport :P) i pojechaliśmy na śniadanie (makaron + sos z torebki :p) pod Lenina. Coś siadło na żołądku…..

Po krótkim przeczekiwaniu deszczu pod hotelem, pojechaliśmy do parku pod Ułan Bator. Przeprawiliśmy się przez rzekę, znaleźliśmy fajną miejscówkę w lasku i zrobiliśmy beznadziejne ognisko (wykorzystując m.in. plastik i ‘wełenke’ :p). Mnie rozłożył żołądek. Ubrany we wszystko co miałem schowałem się w namiocie w swoim śpiworze (komfort -12..) i jeszcze mi zimno było… Spałem prawie 20 godzin…. Dobrze że na pustyni mnie coś takiego nie dopadło :p

Dzień 23

s = 17 km

Obudziłem się o 13 :p Prawie cały dzień spędzony w krzakach. Obaj. Skoczyliśmy tylko na chwile do Ułan Bator kupić wielbłądzie skarpety, posiedzieć na głównym placu (pękła linka od przerzutki w moim rowerze), i kupić setkę na żołądek :p Musieliśmy zmienić miejscówę bo już nie było gdzie chodzić…. hehe :p Blisko nas jakaś impreza.

 piwo na żołądek i dietetyczny makaron :p

Dzień 24

s = 24,7 km

W nocy śpiewy przerodziły się w techniawe. Do tego wzmożony ruch pociągów :p Dalej mocno osłabieni chorobą, jedziemy trochę dalej, nadal w obrębie Parku Narodowego Bogdkhan. W jednym miejscu zaczęliśmy kombinować, i zamiast jechać normalną drogą, musieliśmy się przebijać przez tory i drut kolczasty z całym dobytkiem :p

Koło 16 rozbijamy się na szczycie góry w lasku. Jedziemy po wodę do rzeczki i siedzimy do późna przy ognisku. Dużo ubawu przy zbieraniu chrustu – wyrywamy całe drzewa i łamiemy na małe. Chcieliśmy nawet uprowadzić jakąś kozę żeby mięsko zjeść, ale pech chciał że same konie/krowy były, których nam jednak szkoda było bo byśmy nie zdążyli ich zjeść :p Może jutro się uda :D

 stromo…

Karol też lubi ogniska :D

Dzień 25

s = 13,5 km v = 7km/h alt = 380m

Wstaliśmy. To już sukces :p Schowaliśmy rzeczy w krzakach i na lekko pojeździliśmy chwilę po okolicznych górkach. Nie ma dróg niestety, do tego potężne nachylenia (nawet 33%) i ciężko się było przebić dlatego dość szybko zakończyliśmy naszą wycieczkę w sklepie :p

Wracając na nasze miejsce zaczepił nas Ranger mówiąc że nie możemy tu być :p a jak już jesteśmy to musimy zapłacić. Wykręciliśmy się jakoś, ale od ogniska powstrzymaliśmy się przez kilka godzin…. Dopiero o 15 usiedliśmy [; Udało nam się kupić ziemniaki! Ugotowaliśmy. Bez soli, bez mycia, w skórkach. Przepyszne! :D Nieźle wygłodniali jesteśmy :p

 okoliczne górki

chcieliśmy toto zjeść, ale brakło odwagi…

Dzień 26

s = 57,6 km v = 16km/h alt = 198

Zjazd, zakupy, mycie przy pomniku pierwszych osadników w Ułan Bator, wysłaliśmy pocztówki. Pogadaliśmy trochę z Czechem który również nie mógł się nadziwić chaosowi jaki panuje w mieście…. Jazda pod prąd, na czerwonym nikogo tam nie dziwiła. Nawet policja miała to gdzieś. Do tego czasami nie było pokryw studzienek. A studzienki były olbrzymie :D Także trzeba było cały czas wyszukiwać zagrożeń.

W samochodach kierownice pół na pół a to z lewej, a to z prawej [; Ciekawie wyprzedzanie bardzo wygląda :p Do tego wszyscy trąbią na każdym kroku [;

Pojechaliśmy na lotnisko, jakimś cudem udało mi się odnaleźć jurtę w której zostawiliśmy kartony po rowerach. Przewieźliśmy je na rowerach na lotnisko i zaczęliśmy rozkręcać rowery. Nagle pojawił się gość który pomagał nam miesiąc temu zawieźć kartony do jurty… i chciał oczywiście kasę :p ale nie dostał :p Do tego na lotnisku jakiś pijak robił problemy, ale sobie poradziliśmy hehe. Spanie na lotnisku. Na ekranach nie ma naszego lotu. Ciekawe [;

 lotnisko tak samo jak większość ‚rzeczy’ w Mongolii, imienia Chinggis Khaana

Dzień 27

Jak się obudziliśmy na szczęście nasz lot już był na ekranach…. Zważyliśmy kartony. Jedyne 16 kg nadwagi :D:D Wyciągnęliśmy siatkę z narzędziami i częściami zapasowymi (prawie 4 kg), zdjęliśmy opony, i nadal z dużą nadwagą wrzuciliśmy kartony na bieżnię. Do tego palcem przytrzymałem swój karton co dało mi -2kg :p Tak czy inaczej musieliśmy zapłacić za 10 kg nadwagi. Łatwo się domyślić że nie zapłaciliśmy :p Zapłaciliśmy za 5kg. Do tego wcisnęliśmy siatkę z narzędziami z powrotem do kartonu [;

Na lotnisku bardzo pomógł nam Mongoł – prawnik pracujący w Polsce, którego też spotkaliśmy podczas 8 godzinnego czekania na samolot w Moskwie. Tam już czuliśmy się prawie jak w domu. Na lotnisku śpiewaliśmy, cieszyliśmy się…. Ale tak naprawdę i tak obaj wolelibyśmy być nadal na pustyni [; Na lot ledwo zdążyliśmy… ponoć dwukrotnie byliśmy wzywani przez megafony…

KONIEC!

lotniskowa integracja w samolocie [;

 Krótka statystyka:

Łącznie: 1398 km po pustyni + 178km przejechanych poza pustynią.

Średnio 82,8km dziennie na pustyni.

Średnia prędkość: 11,81km/h

Suma podjazdów: 9984 m

Średnio 6,5h dziennie na rowerze

Najmniejszy dystans dzienny: 39,6km

Najmniejsza dzienna średnia: 7 km/h

Najmniejsza prędkość maksymalna: 18km/h

Największy dystans dzienny: 123km

Kilkanaście gleb zaliczonych w przeróżnych momentach (w tym raz wpadliśmy jeden na drugiego…. Niestety musieliśmy odpuścić jeżdżenie w cieniu drugiego…)

2 sprzeczki [;

Sprzęt:

Ani jednego kapcia. Jedyną awarią był zerwany łańcuch i podniszczony tylny bagażnik Crosso, który jednak bez problemu wytrwał do końca wyprawy.

Do tego porwały nam się trochę sakwy (crosso) i przebił jeden z worków z wodą. Karolowi prawie starły się od chodzenia bloki w spd’ach. Pod koniec często się same wyczepiały.

Fauna:

Pełno wielbłądów (baktrianów), szarańczy, dziwnych żuków, trochę gryzoni… Raz napotkane ślady prawdopodobnie Irbisa (pantery śnieżnej)…(?)

Podsumowanie:

Była to nasza pierwsza wyprawa terenowa, i pierwsza poza europejska. Zupełnie nowe, inne, bardzo ciekawe doświadczenie które pomimo wielu trudności i przeszkód będziemy zawsze miło wspominać.
Najgorzej wspominamy pchanie rowerów. Rowery nie są po to żeby je pchać, tylko żeby na nich jeździć! W kość nam dała też trochę nawigacja (dużo dróg nie pokrywających się z mapami, czasem brak jakiejkolwiek drogi…).

Zupełnie nie odczuliśmy problemów związanych z wielkimi amplitudami dobowymi, sięgającymi nawet 40 stopni (w dzień 38, w nocy dwukrotnie był prawdopodobnie przymrozek).
Pustynia była bardzo zróżnicowana, krajobrazy ciągle się zmieniały pomimo naszego bardzo wolnego przemieszczania się. Zdecydowanie polecamy wyjazd tam, choć chyba ten teren bardziej nadaje się na wypad jeepami niż rowerami (:

Ufff, ale się rozpisałem :D:D Do następnego!
Dzięki wszystkim którzy mieli swój wkład w wyprawę :*

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>