2013 – MRDP

Ile kilometrów można przejechać na rowerze w ciągu 10 dni? 100, 500, a może 1000? A może tyle, co tegoroczni uczestnicy Tour de France, 1513,5km?
Uczestnicy MRDP – czyli Maratonu Rowerowego Dookoła Polski – przejechali ich 3130 :)

MRDP – Maraton Rowerowy Dookoła Polski – 3130km non-stop, limit 10 dni

MRDP to drugi najdłuższy maraton rowerowy świata. Zawodnicy mają do przejechania 3130km, a trasa prowadzi możliwie blisko granic Polski. W skrócie: zaczynamy pod latarnią morską na Rozewiu, później Mazury, Bieszczady, góry góry góry. Na końcu Sudetów skręcamy na Szczecin, by po 300km wzdłuż wybrzeża znów zobaczyć latarnię na Rozewiu.

Maratończycy są zdani tylko na siebie, samemu planując odpoczynki i noclegi, śpiąc po kilka godzin na dobę i niejednokrotnie zarywając noce jadąc non-stop.
Moja relacja nie zawieraświetnych zdjęć, ani filmów w HD. Będzie to opowieść o walce z przeciwnościami losu, o ludzkiej życzliwości i o tym jak nie zasnąć na rowerze po 30 godzinach jazdy non-stop.

Zapraszam do przeczytania najdłuższej relacji z MRDP jaka powstała, i prawdopodobnie kiedykolwiek powstanie ;)

Fotki z różnych źródeł i nie do końca po kolei, żeby tekst był odrobinę urozmaicony ;)
Cytaty to sms’y które pisałem w trakcie jazdy, i które pokazywały się na stronie mrdp.pl jako relacja on-line, lub dialogi w trakcie trasy z ludźmi.

Lektura tylko i wyłącznie dla wytrwałych!

Galeria:
https://picasaweb.google.com/113355242078790491964/MRDP2013

Ew: https://www.facebook.com/waxmund/media_set?set=a.10201678267375585.1073741828.1146706977&type=3

MRDP, MRDP!
Jeśli mnie pamięć nie myli, to o MRDP usłyszałem w 2008 roku. Wydawało się to dla mnie kosmicznym i zupełnie nieosiągalnym osiągnięciem. Z racji tego, od razu znalazło się to na mojej liście rzeczy, które trzeba zrobić ;)

MRDP czyli Maraton Rowerowy Dookoła Polski. Odbyły się do tej pory dwie edycje, w 2005 i 2009, które ukończyło łącznie 7 osób… :p Trasa zaczyna się na przylądku Rozewie i na nim kończy, wiodąc cały czas bardzo blisko granic Polski. Przed nami do przejechania 3130km w limicie 10 dni. Na kartce, to przy średniej 25km/h raptem 13h jazdy dziennie, więc wydaje się, że nie jest źle. W rzeczywistości, przy skumulowanym zmęczeniu trochę gorzej to wygląda.

Przygotowania? Trening? Ciężko powiedzieć. O treningu to ja mam bardzo, bardzo marne pojęcie, i może z raz w życiu pojechałem na rower z założeniem jazdy treningowej. Rowerem jeżdżę na co dzień po mieście. Do tego jeżdżę co nieco na wycieczki po okolicy (czasem trochę dalszej), na dłuższe wyprawy z sakwami… Rower to dla mnie głównie środek transportu i dodatkowo umożliwia mi podróżowanie bez którego życia sobie nie wyobrażam ;) A że lubię czasem pocisnąć, to i z jazdy turystycznej wychodzi niby jakiś tam trening.

W tym roku mocnego kopniaka dla kondycji dała na pewno dość intensywna wyprawa wraz z Niniwa Team z Polski nad Bajkał. 8 500km w 2 miesiące z czterema, a czasem i 6 sakwami to już ponoć nie w kij dmuchał ;) Po wyprawie jedyne co zauważyłem, to odrobinę większą lekkość na podjazdach, i szybszą regenerację organizmu. O ile to pierwsze większego znaczenia nie ma, to z tego drugiego bardzo się cieszyłem. Na MRDP to bardzo ważne, wszak czas na regenerację jest bardzo mocno ograniczony.

Dopiero po wyprawie podjąłem decyzję o starcie w MRDP. Spowodowane to było m.in. obawami o kontuzje. Gdyby mnie na wyprawie kolana, czy cokolwiek innego bolało, to na MRDP nie byłoby nawet sensu startować. Szczęśliwie z Syberii wróciłem jak nowy, więc postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę i po ostatnich konsultacjach z Transatlantykiem, widząc że nasz forumowy kolega Wilk już jest na liście, zapisaliśmy się by mu towarzyszyć ;)

Zeszło mi trochę z przygotowaniem sprzętu. Wyremontowałem przed startem mocno styrany już rower, który kupiłem jako używkę (za całe 900zł – to tak dla tych, którzy uważają że bez roweru za kupę kasy to nie ma co myśleć o ściganiu się), i jeździłem nim dobre kilka lat (~25 tys km), w tym również trochę zimą, więc nie był już w zbyt dobrym stanie. Pod młotek poszły obie przerzutki, koła, opony, linki i pancerze. Wszystko pójdzie do mieszczucha, więc nie ma tego złego. Na nowych kółkach zauważyłem (możliwe że iluzoryczną) pozytywną zmianę. Po pierwsze na wadze samych opon zszedłem o 0,5kg w dół (nadal mając opony z wkładką – Schwalbe Durano Plus 700x23c).
Mniejsza szerokość (z 25 na 23mm) trochę zmieniła też zachowanie roweru, ale do tego bardzo szybko się przyzwyczaiłem.

Do tego wielkie pedały platformowe rodem z DH (nie, nie jeżdżę w żadnych zatrzaskach ani noskach, choć próbowałem). I wielkie, ważące prawie 900g siodło Brooks Flyer, na którym pokonałem już tysiące kilometrów bez najmniejszego bólu tyłka. Mam nadzieję, że sprawdzi się i tu ;)

No nie powiem, dość oryginalnie się mój rower prezentował na tle innych ;) Dobrze, że nigdy się takimi rzeczami nie przejmowałem [;

600 401
Pakowanie:

Tu miałem sporą zagwozdkę. Od torby podsiodłowej robionej przez Rafała B., takiej jaką miał Transatlantyk, przez małe sakwy Ortlieba, do dużych sakw Crosso Dry. Wybrałem tą ostatnią opcję, licząc na wygodę i dużą pojemność (żarcie i picie na nocki). Sakwę wziąłem oczywiście tylko jedną (lewą), ale pomimo czasem konkretnego dociążenia, nie czułem żadnego przechyłu roweru na którąś ze stron. Jeździłem do tej pory sporo w ten sposób, więc dobrze wiedziałem na co się piszę ;)

Co wziąłem ze sobą? Ogrom rzeczy.

– 4 małe łatki szosowe
– klej do łatek
– taśmę izolacyjną (w razie czego, to pół roweru idzie tym naprawić ;))
– 6 dość krótkich zipów
– zapasową oponę (Schwalbe Durano)
– zapasowy hak przerzutki
– łyżki do opon
– skuwacz
– malutkie zapięcie do roweru (linka za 5zł), które można dosłownie zębami przegryźć ;)
– imbusy (4 i 5, 6’ke miałem w skuwaczu)
– woreczek na okulary
– śpiwór Cumulus X-lite 200
– folia NRC (robiąca za karimatę)
– trochę zapasowych baterii (na jakieś 3 dni)
– maść Bengay

Elektronika:
– GPS Garmin 62s
– licznik VDO MC 2.0 (prawdopodobnie naderwany kabelek – wysiadł w połowie trasy)
– licznik Sigma Speedmaster 5000 (dostałem w połowie trasy na punkcie)
– MP3 + słuchawki Creative EP-550 (nie lubię dousznych, przez które świata nie słyszę)
– komórka Samsung Solid GT-C3350

Ciuchy:
– spodenki za kolano Specialized
– koszulka z BB-Touru
– ciepła bluza z wyprawy na Syberię
– buff zwykły
– buff przedłużony polarem
– 1x skarpetki (majtek brak ;p)
– kurtka goretexowa (z wbudowanymi ochraniaczami na ręce)
– krótkie rękawiczki rowerowe (miałem nie brać w ogóle… ~pół trasy przejechałem bez nich)
– nakolanniki (dobre kilka warstw lycry. Niestety nie windstopperowe)
– okulary Uvex (fotochromy)
– kask Uvex Race 1

W połowie trasy dobrałem z wysłanej przez siebie paczki drugą, grubszą parę skarpetek, i ocieplane nogawki.

Higiena:

– pół (jak nie mniej :P) szczoteczki do zębów
– koncentrat pasty do zębów
Normalnie biorę jeszcze ręcznik i mydło, ale tym razem obyło się bez tego ;)

Nie miałem ze sobą żadnego nożyka, scyzoryka czy śrubokręta.

wszystko co potrzebne na najbliższe 10 dni :) (odjąć nożyczki i klocki hamulcowe)

Żarło:

Jakieś 15 bułek ze sobą wiozłem na starcie, później na punktach dobierałem do nie raz podobnej ilości. Do tego ze 3 batony awaryjne (nie lubię zbytnio słodkiego ;p).
Do tego 2 litrowe bidony na rowerze, i ew dodatkowe picie w sakwie.

Przed startem:

Nad morze przyjechałem nocnym pociągiem z czwartku na piątek. Piątek spędziłem na ostatnich regulacjach, plażowaniu i przejażdżce do Jastrzębiej Góry na odprawę (której nie było :p). Te ~6km bruku nie wróży zbyt dobrze. Mam nadzieję, że na początku tempo będzie spokojne, i nie rozwalę od razu roweru… Jadę kawałek z napotkanym przypadkiem Krzyśkiem W.

stonka nad morzem

Po ‘odprawie’ spotykam się z Wilkiem i Transatlantykiem, i razem jedziemy na obiad i jak to z T. bywa, piwo ;) Trzeba zbierać siły, a co :P

Później z powrotem po bruku do Władysławowa, gdzie dzięki uprzejmości Julii G. z CS mam super spanie we własnym pokoju ;) Pogadaliśmy trochę, wypiliśmy piwo (no dobra, dwa). Dobrze mi zrobiła czyjaś obecność, bo tak, to pewnie bym się już zamęczył myślami o starcie ;) Ania która przyjechała ze mną nad morze, spała u swojej koleżanki.

Prysznic (ciekawe kiedy następny?) i spać.

Dzień startu:

Po pobudce od razu dość nerwowo. Czy zdążę ze wszystkim? Ostatnie pakowanie, robienie góry kanapek (około 15 bułek), i skorzystałem jeszcze ze śniadania zaproponowanego przez Julię. Dzięki!

Jadę na start. Po raz trzeci ten sam bruk. Trzęsie, siodło skrzypi (częsta przypadłość Brooksów). Pod latarnią spotykam pierwszych zawodników. Z czasem zbierają się kolejni, do tego pojedynczy kibice. Pojawia się też organizator całego przedsięwzięcia, czyli Daniel Ś. i robi krótką odprawę. Dostajemy mapki (skala 1:700 000 :D) + kilka małych mapek pomagających przejechać przez miasta. Może się przydać gdyby GPS wysiadł. Niektórzy korzystali tylko z tego do nawigacji, i jak np Wojtek G. nie raz się przez to gubili. Przy takiej skali mapy, nic dziwnego ;)

600 449

Liczni fotografowie robią pamiątkowe zdjęcia przed latarnią, do tego pamiątkowe zdjęcie naszej trójki (tj ja + Wilk + Transatlantyk), których mamy już trochę na koncie dzięki BBTourom ;) Chyba nigdy nie zrozumiem, czemu dane zdjęcie musi być zrobione każdym aparatem, a nie np jednym czy dwoma najlepszymi skoro i tak są później udostępniane ;)

600 449
Start!

Jeszcze szybkie buzi na drogę od A. i ruszam jako ostatni. Mimo, że A. jest ze Szczyrku który jest niemalże na trasie, to będzie na mnie czekać na mecie na Rozewiu. Będzie motywacja do dojechania ;)

600 449

Hmmm. No ładnie. Dopiero wystartowałem, a już mam 4 strony A4 w wordzie…. :D

Szczęśliwie na początkowym odcinku po bruku tempo jest bardzo spokojne (choć i tak szybsze niż bym sam na tym kawałku jechał). Wilk pechowo traci jeden z bidonów po którym przejeżdża mu samochód. Peszek ;)

Na asfalcie tempo wzrasta, ale i tak bez szału. Czuję w sobie spore podniecenie całą imprezą, adrenalina na wysokim poziomie a tu średnia w granicach 25km/h. Jak żyć? Nadal trzeba się powstrzymywać i kumulować w sobie rosnące pokłady siły ;)

Jeszcze na bruku z tyłu zostaje dwóch zawodników, a my całą resztą po masie przetasowań i rozdzieleń czy to na światłach czy innych przeszkodach przejeżdżamy trójmiasto.

Grupetto Gorlice w osobie WojtkaG. robi pożytek z nadmiaru energii spowodowanego zapewne zbyt dużym stężeniem pepsi w organizmie i prowadzi grupę przez spory kawałek pod silny niesprzyjający wiatr :)

600 450

Dołącza się do nas Michał-Z, który przywiózł Wilkowi bidon (ale ten już zdążył sobie kupić nowy). Jedzie z nami kawałek i nagle znika bez pożegnania :p

Po zjechaniu z głównej drogi w Przejazdowie, tempo trochę wzrasta. Ja nadal czaję się z tyłu, więc przy jechaniu na kole sporej grupki zauważam to jedynie dzięki wskazaniom licznika… ;p Wiem, cwaniakuje na początku, ale cóż mam napisać innego, skoro tak się czułem? ;)

Na trasie dołączają do nas czyiś znajomi, a my stajemy na postój pod sklepem, celem zebrania maruderów, by razem wjechać na prom w Świbnie. Lądujemy na nim już w 17 osób – na pozostałe 2 osoby sporo czekaliśmy, a i tak się nie pojawiły, więc pojechaliśmy dalej. Prom opłacony przez organizatora ;)

Na promie próbuję przykleić czołówkę do kasku taśmą izolacyjną (nie mogłem zipów znaleźć), ale nie wyrabiam się.

Start po raz drugi! ;) Od razu zaczynają się jakieś szarpania. Do przodu wyrywa Wojtek G., który po chwili gdy już zaczęliśmy go gonić kpiącym gestem wyciąga aparat ;) Kawałek później znowu wyrwał do przodu, ale aparatu już nie wyciągnął. Cóż, może się jeszcze kiedyś zobaczymy ;) Wojtek na pewno jest mocny, ale wydaje mi się trochę leniwy :p Czyżby zamierzał się spiąć, i na MRDP nie oddać prowadzenia od początku do końca? ;)

Nasz peleton trochę się szarpie, czego końcowym efektem jest 7 osobowa ucieczka.

600 322

- Dobrze że nie wieje
– Jasne. Gdyby wiało to pewnie byśmy nawet 30km/h nie jechali
– Wiadomo. Ledwo byśmy się toczyli

Wiało niemalże centralnie w twarz, tempo na prostych trzymaliśmy na poziomie ~33-35km/h ;) Z racji wiatru oczywiście od razu zaczęły się równe, około 2km zmiany. Wreszcie jest i moja kolej. Wreszcie można się trochę wyżyć! ;) Podokręcałem gdzie się da, ale niestety drugi za mną odpuścił, i musiałem zwolnić :p Sprawnie pędzimy przez kolejne wioski wpadając do nieoficjalnej stolicy bikestatowiczów – Elbląga. Ktoś nam macha, ktoś robi zdjęcia. Za Elblągiem znowu wychodzę na zmianę, czego efektem jest urwanie dwóch zawodników z naszej 7 osobowej grupki.

Ktoś gubi komórkę, czekamy chwilę na niego. Korzystając z okazji przelewam szybko wodę z butelki w sakwie do bidonów. A niektórzy już o suchym pysku jadą ;) Zapasy się jednak opłacają, szczególnie na początku gdy człowiek świeży i nie potrzebuje odpoczynków.

We Fromborku nasza grupka z bliżej niewyjaśnionych przyczyn się rozdziela, i jedziemy do Braniewa we dwóch, razem z Radkiem T. Tam niezbyt szybki postój – kebab/zapiekanka. Kanapki oszczędzam na gorsze czasy ;) Na postoju wymija nas Stasiej którego wcześniej urwaliśmy. Po chwili gonienia lecimy już we trzech. Od momentu zjechania z DK54 drogi kiepskie, ciągłe nierówności, do tego trochę (miejscami dużo) dziur.

Dociągamy wieczorną porą do Lelkowa/Górowa Iławieckiego/Bartoszyc/Sępopola. Czas się przygotować na noc. W ruch idą lampki, bluza, buff. Niestety lampki do kasku nie udało się przyczepić, więc kask ląduje w sakwie. I to akurat wtedy, kiedy ryzyko gleby jest największe… ;p

Już w całkowitych ciemnościach odłącza się od nas Stasiej, który po dziurach woli jechać ostrożniej. Ja pechowo co chwilę zaliczam kolejne dziury, więc też w końcu zwalniam. Radek ma lepszą lampkę, więc może sobie pozwolić na szybsze tempo, ale i tak dostosowuje się do mojego. Na lepszych odcinkach wychodzę na prowadzenie, na gorszych albo siedzę na kole korzystając z jego lampki, albo jadę te ~15m z tyłu.

W Glitajnach wreszcie wskakujemy z powrotem na dobrą drogę. Tempo znacznie wzrasta, utrzymując się na poziomie ~33km/h na prostej. Po 3minutowym postoju wjeżdżamy do Srokowa. Z racji na późną porę, droga pusta, więc bez problemów przejeżdżamy wahadła na odcinku do Węgorzewa.

Jest już koło 1. w nocy. Radek planuje jechać dalej, a ja pomimo że bardzo, bardzo kusiło mnie żeby jechać dalej, bo zmęczenia nawet nie czułem a spać się w ogóle nie chciało, postanawiam wg mojej strategii pójść spać.

Rozglądam się za jakąś kwaterą, podpytałem z głupa kilka osób czy by mnie nie wzięło na chatę… Szczerze, to trochę nie wiedziałem co ze sobą zrobić ;) Gdybym miał namiot, to rozbiłbym się za miastem. Bez namiotu chciałem skorzystać z tego że w mieście cieplej i wilgoć pewnie też mniejsza. W końcu zagadany rowerzysta powiedział, że mogę spać na jego działce, na którą mnie podprowadził. Klucza nie miał, więc trzeba było skakać przez płot ;)

Na działce tylko trawa. To chyba moje pierwsze spanie w życiu na dziko bez namiotu. Rozkładam skrzętnie folię NRC która ma mi służyć za karimatę. Po szybkiej kolacji (bułki) kładę się w śpiworze. Super – miękko, wygodnie, ciepło. Nagrywam jeszcze na dyktafon trochę wydarzeń z dnia dzisiejszego i po założeniu buffa na szyję i głowę co by zimno nie było zamykam oczy.

Bzzzzzz. Komar. Jeden, trzeci, piąty. Tego nie wziąłem pod uwagę. Niestety należę do osób które bardzo przyciągają komary. Komarzyce potrafią mnie ugryźć w supermarkecie, zimą i w pociągu. Dosłownie wszędzie mnie te bestie znajdą. Jak ja będę spał, skoro mnie będą cały czas gryźć? Zaciskam śpiwór pozostawiając niewielką dziurkę na oddychanie. Ubijam kilka potworów i po kilku minutach spokojnego oddychania (serducho cały czas na wysokim pulsie) zasypiam.

Cały dzień pod wiatr.

Przejechane:
331,26km, 28,39km/h, 11:40h, przewyższenia 1885m
Łącznie: 331,26km

Trasa:
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=afcpkuzlzftkzooq

Dzień 2 – po 4,5h snu

Budzik dzwoni jak najęty. Zrywam się szybko (szkoda czasu na drzemki!) i grzeje się we wschodzącym słońcu (nie żebym zmarzł). Dobrze, że mam zapasy jedzenia, to mogę przy pakowaniu i porannym rozciąganiu już coś wcinać i pić.

Ku zdziwieniu porannych biegaczy skok przez płot z rowerem, i po powrocie na właściwą trasę (nadrobione ze 2km…), jadę dalej.

Czuję, że nogi nie są już jak nowe. Do tego trochę chłodno, więc początek bez szału. Dopiero jak się rozgrzałem, a i słońce wyszło wyżej stanąłem na szybkie rozciąganie i zrzucenie z siebie bluzy. Tempo wzrosło.

Rozciągałem się dużo. Bardzo dużo. Na całym MRDP podejrzewam że spędziłem na tym ze 2-3h, jak nie więcej. Rozciągałem się dosłownie na każdym postoju tuż po zejściu z roweru, póki mięśnie rozgrzane. Do tego obowiązkowo wieczorem przez dłuższy czas, żeby się nie zastało wszystko, i żebym mógł z rana jeszcze wsiąść na rower ;) Głównie nogi, kręgosłup, trochę pokręciłem rękoma.

Właściwy postój robię w Gołdapi (55km). Miałem ochotę na coś ciepłego, ale wcześnie było, więc wszystko jeszcze pozamykane. Wciągnąłem ze dwa jogurty i bułki. Po ruszeniu licznik zagroził wysiadającą baterią. O nie, na to sobie pozwolić nie mogę. Jestem niewolnikiem licznika, i nie potrafię bez niego jeździć. Nawet jadąc do sklepu za rogiem muszę jechać z licznikiem.

Obchodzę 5 sklepów (w tym Tesco), baterii brak. Nic nie poradzę. Jadę na zdychającej dalej.

Baterię udaje mi się kupić dopiero w jednej z wiosek. Ufff, kamień z serca. Bez licznika bym nie pojechał ;)

Pojawiają się pierwsze brukowe odcinki. Szczęśliwie niezbyt długie, i z alternatywą w postaci chodnika, którą oczywiście wykorzystuję.

Dużą radochę sprawia mi rowerzysta z wielkim napisem na kartkach „Rozewie 2700km” ;) Znaczy się, że już niedaleko… ;) Kawałek dalej stoi drugi z zatkniętą sporą flagą Polski. Dzięki chłopaki! ;) Od razu noga lepiej kręciła ;)

600 450

Przed startem, ludzie straszyli Garbatymi Mazurami, więc cały czas czekam na garby. Nie doczekałem się ;) Ciągle tylko jakieś małe hopki. Pojawiła się na drodze tylko jedna konkretniejsza ścianka, która i tak szybko się skończyła. Eh, aby do gór ;)

Bardzo ładny odcinek z Gołdapi do Wizajn. Niezłe drogi, ładne widoczki. Kilka razy widzę z drogi tablicę informującą o granicy państwa. W Wizajnach mijam Krzyśka W., który cisnął całą noc. Jest dopiero ~10 rano, więc całkiem sprawnie mi to idzie.

W Sejnach mijam kolejnego prawdopodobnie nieśpiącego zawodnika. Kawałek DK16 to od razu porządny asfalt i trochę lepszy wiatr. Szybko poszło, ale trochę nagrzałem się już na słońcu, więc czas na postój. To i tak ponad 100km od Gołdapi, więc postój zdecydowanie zasłużony. Siedzę pod drzewkiem prawie 20minut mocno się nawadniając i jedząc ile wlezie.

Dobrze że odpocząłem, bo zaczął się tragiczny odcinek. Nie dość że dość mocno wieje, to tragiczny asfalt. Dziura na dziurze, łata goni łatę. Olbrzymim slalomem (nadkładam dystans! :p) prę do przodu, ale zbyt szybko to się jechać nie da. Sytuacja nie zmieniła się aż do Lipska. Niby tylko 40km, ale bardzo męczące 40km.

Za Lipskiem dłuuuga prosta i otwarty teren do Dąbrowy Białostockiej. Pierwszy kryzys. Tempo marne, wiatr dmie prosto w twarz, do tego na prostej widać jak wolno się przesuwam względem odległego horyzontu. Nie jest dobrze.

Na konto kryzysu, w Dąbrowie spore ilości zimnego picia i jedzenia + odpoczynek w cieniu. Dowiaduję się tutaj wreszcie, że WujekG który byłem pewien że dojeżdża już powoli do Bieszczad, okazuje się być za mną :P Jego szybkie ciśnięcie na początku skończyło się w krzakach… A to ci niespodzianka. Wypoczęty i dodatkowo zmotywowany cisnę jak nowy. Na drodze pojawiły się też zakręty, więc od razu lepiej się jedzie. Nie ma nic bardziej demotywującego niż długaśne proste.

Kawałek za cudowną Sokółką (patrz google) doganiam Daniela Śmieję, który spał 1-2h, co przy moich 4,5h spania sporo zmienia. Zaraz zaraz. Daniel chciał iść na rekord, ja go mijam… hmmm, no nieźle. Narzeka na kłopoty żołądkowe, i nie daje rady nawet usiąść na kole.

Znowu 15km odcinek do Sokołdy po dziurach i wskakuje na DW676 na Białystok. Idealny asfalt… tak to można jechać ;)

Docieram wreszcie do Supraśla i czekającej w nim Joanny Łatośłętkowej. Sam Łatoś niestety z powodu wypadku nie mógł się pojawić na punkcie, więc zaprzągł do roboty żonę. Ogromne dzięki!

Na punkcie wziąłem prysznic, i zjadłem 3 kotletowy obiad. Super! W oczekiwaniu na obiad przejrzałem też sakwę robiąc w niej porządek. Dostałem też górę kanapek na drogę (stare akurat się skończyły – idealne wyczucie) i jakieś batony. I soki. No lepiej być nie mogło ;)

Niestety pozamykane już wszystko więc nie udaje mi się kupić małych paluszków do czołówki, a jedynie wyżulić jedną, nawet nie wiadomo czy sprawną baterię od kelnerek. Lampka jeszcze działa, ale długo już nie pociągnie. Głupi człowiek, że nie wziął zapasu od razu…

Wiele się z Asią nie nagadałem, bo już 600km w nogach i to niezłym tempem, więc mózg już trochę zmulony. Aż mi głupio trochę było, i mam nadzieję, że nie uznała mnie za buraka ;)

Jeden z wielu pięknych zachodów słońca. Rzadko jest okazja żeby codziennie oglądać wschód i zachód słońca na rowerze ;)

Wypoczęty i umyty (na postój zeszło aż 1h 10min…) cisnę jak nowy przed siebie. Po świetnym kawałku z idealnym asfaltem przez puszczę, znowu wjeżdżam w boczne dróżki a tam znowu kiepścizna. Momentami świetny asfalt, i nagle zaczynające się tragiczne odcinki, na których nie było mowy o zgadnięciu jaki kolor miał właściwy asfalt. Do tego bardzo dużo dziur. Ciągła jazda w olbrzymim skupieniu żeby te wszystkie nierówności ominąć, która i tak kończyła się okazyjnym zaliczaniem dziur. Puszcza, cicho, ciemno, mały ruch, powoli zdychająca lampka. Aż strach czasem ;)

W Hajnówce pozamykane wszystko. Zagaduję mocno podpitą grillującą w ogródku parę o baterie. Wygrzebali 2 sztuki, czyli łącznie z wyżuloną wcześniej jedną, mam dokładnie tyle ile mi potrzeba ;)

Kawałek dalej mijam otwarty Orlen… Eh…

600 449

Na obrzeżach Hajnówki wymieniam baterie w czołówce, i dojeżdża do mnie w tym czasie Daniel Ś. Jedziemy razem ucinając sobie pogaduszki. Po prawie 400km samotnej jazdy miło z kimś pogadać ;) Asfalt lepszy, choć mocno chropowaty i wyraźnie zwalnia. Kolejny raz mimo dużej pokusy żeby jechać dalej, szczególnie, że znowu jest z kim, zatrzymuje się w Kleszczelach na nocleg pod cerkwią. Taki niewielki murek przy skwerku, dzięki któremu spałem w idealnej ciemności, nie szło mnie znikąd dojrzeć ;) Tradycyjnie rozciąganie, kolacja, nagrałem po raz drugi i ostatni relację na dyktafon w komórce i spać ;) Ten szelest NRC…

Przejechane:
388km, 24,51km/h, 15h 50min, przewyższenia 2341m, 52,84max
Aż żal że nie dokręcone do 400… ;)

Łącznie: 719,26km

Trasa:
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=xhellmloasgcqdjg

Dzień 3 – po niecałych 5h snu

Jeszcze przed wschodem (i budzikiem) obudziło mnie kropienie. Zebrałem się szybko spod gołego nieba na ławkę na skwerku. Dramatyczna to była pobudka, więc dospałem jeszcze godzinę na ławce.

Trochę chłodno z rana, co chwilę coś próbuje lekko kropić.

Z lasu łypią na mnie wilcze ślepia. Leży chuda bestia i zbiera siły do ataku. Krótka gadka i jadę dalej. Siemiatycze za mną.

Sam zrobiłem postój jakieś 10km dalej na stacji benzynowej na hot-doga (a nawet dwa) ;) Ciepłe żarcie to jest to! Chyba dopiero na tym maratonie poczułem jak duża różnica jest pomiędzy ciepłym żarciem a kanapkami. Do tej pory potrafiłem całe tygodnie jechać na samych kanapkach bez problemu… ;p

Widzę jak Wilk (nie zauważywszy mnie) mija mnie niezłym tempem – w końcu podjazd był, a te są jego długodystansową siłą ;)

Wskakuje kilka minut później na rower, licząc że Wilka dogonię. Mam nadzieję, że Wilk nie jedzie z podobnym założeniem, bo wtedy łatwo go dogonić nie będzie :p

Długo mi z tym gonieniem schodzi, szczególnie że coś się nie najlepiej jedzie. 20 stopni, pochmurno, a ja niestety działam trochę jak elektrownia słoneczna. Jak słonko świeci, to od razu szybciej jadę ;) Długo schodzi od momentu kiedy pierwszy raz Wilka zobaczyłem przed sobą, do chwili gdy go wreszcie dogoniłem. Załatwiam się tuz przed dogonieniem, żeby później już czasu nie tracić ;)

Ciśniemy Waxmundowolffy. Terespol za nami.

Aard z Danielem wymyślili ten termin, jako jednostkę nak**wiania ;)

Z grubsza od miejscowości Zaczepki jedziemy sobie razem wymieniając się doświadczeniami z dotychczasowej trasy. Wilk staje na zmienienie baterii, ja kawałek dalej na kupienie wody. Dociągamy razem do znajomego mi z wyprawy na Syberię Kodnia. Tam dłuższy postój na obiad. Trochę szybciej się ogarnąłem i chciałem już odjeżdżać a tu się nie da. Wilk spiął nasze rowery, i udaje że kluczyk zgubił. Takie to wilcze zagrania ;) Kluczyk zostawił przypadkiem przy kasie w knajpie. Dobrze, że zapamiętałem ten fakt, bo trzeba by nieźle kombinować znowu… :p

Po obiedzie w Kodniu osobno. Kryzys przed Włodawą. Pomogła lodowata woda i jej obfity kontakt ze skórą. Bidony też pełne. Włodawa za mną :)

Ruszam sam. Na tym etapie jazda na kole już tak wiele nie daje. Za to bardzo już czuć nawet małe różnice w sposobie jazdy. A to ktoś dynamiczniej zaczyna podjazd, a to wolniej go kończy… Samotna jazda wydaje się sporo łatwiejsza. Po 30minutach robi się nagle 30 stopni i upał. Picia znowu nie mam, więc upał mi wyjątkowo trochę doskwiera. We Włodawie zagaduję babuszkę na gospodarstwie, która uzupełnia mi bidony lodowatą wodą. Wylewam oba na siebie (aż mi dech zaparło), jeden wypijam (litrowy), i z dwoma pełnymi jadę dalej. Tempo znaczenie wzrasta ;) Do tego bardzo ładne okolice, niestety asfalt na zmianę dobry i dziadowy… Ale na trasie MRDP już chyba do końca tak będzie.

Po około 90km kolejny postój pod sklepem. Picie. Dużo zimnego picia. W upale niestety boli trochę siedzenie i stopy. Tydzień przed startem grając w koszykówkę nabawiłem się straszliwych odcisków na stopach, które niedoleczone, teraz dają o sobie znać.

Gdy już powoli się zbierałem, pod sklep podjeżdża Wilk z zamiarem odpoczynku. Dobra motywacja do dalszej ucieczki ;)

Męczące odcinki wzdłuż Bugu. Ciągłe dziury które męczą głównie ręce i psychikę i wybijają niesamowicie z rytmu jazdy. Jeszcze ta jazda naokoło… Jadąc do Zosina trochę brakowało mi motywacji, mając w zanadrzu taki skrót ;) Ale stety niestety, jakakolwiek modyfikacja trasy nie wchodziła w grę. Za to kawałek z Zosina do Hrubieszowa… bajka… mógłbym tak cały czas. Trzy dychy z licznika nie schodziło.

1008km czyli tyle co BB-tour zrobione w 56h. Jeszcze ~2x tyle :)

471 707

Na koniec BB-Touru byłem wypruty i ledwo stojący na nogach. Teraz tryskałem energią i chciałem więcej. Kwestia psychiki? Do mety daleko, to nie można sobie pozwolić na zmęczenie tak wcześnie? ;)

Na wyjeździe z Hrubieszowa dłuższy postój i przygotowanie do nocnej jazdy. Zakombinowałem z żarciem. Cebularz + sok bananowy szybko dał o sobie znać, i jeszcze w tym samym sklepie kupiłem coś na żołądek zjadając od razu dozwoloną dobową dawkę leku.

Trochę zmulony jadę dalej. Już po ostatnich odcinkach wiedziałem, że potrzebuje porządnej lampki, którą załatwiłem sobie w Przemyślu. Mój Tato chciał oczywiście podjechać i mi ją dać przed nocą, ale uznałem, że byłaby to zbyt duża pomoc jak na kategorię extreme, i kazałem mu czekać w Przemyślu (w którym akurat przy okazji był).

Szczęśliwie za Hrubieszowem asfalty bardzo dobre, i niestety ciemne. Ciemne, więc dziur nie było widać, dlatego bardzo długie odcinki jeździłem środkiem drogi po białej linii, co dawało mi szanse zauważyć na niej dziurę ;)

Wreszcie zaczęły się jakieś hopki i fajniejsze zjazdy. Średnia może i przez to gorsza, ale o ile większa przyjemność z jazdy! ;)

W rejonie Tyszowców woła mnie z drogi Daniel Ś. Podjeżdżam na chwilę, ale że jest trochę chłodno, to cisnę po chwili dalej żeby się nie wychłodzić na postoju. Świetnie mi szła jazda na tym odcinku. Sama radość ;) Po postoju w Tomaszowie Lubelskim, w którym wiedziałem że śpi Adam W., pocisnąłem jeszcze kawałek dalej dojeżdżając do Lubaczowa. Idealnie udało się dokręcić do Lubaczowa i 400km na liczniku. Osiągając miasteczko zacząłem rozglądać się za spaniem. Noc bardzo ciepła, dopiero pod koniec założyłem na chwilę bluzę. W Lubaczowie przeskoczyłem przez płot, i ułożyłem się pod kapliczką na terenie kościelnym. Bezpiecznie ;) Nie wiem czemu mnie tak ciągnie do spania w miasteczkach, szczególnie, że wg mojej logiki, w krzakach bezpieczniej :p Tak czy inaczej spać chodziłem późno w nocy, wstawałem z samego rana, więc i tak praktycznie nikt mnie nie miał szans dojrzeć w sennych wioseczkach.

Od samego początku maratonu bardzo mocno pocę się w nocy w śpiworze. Idąc spać nie mogę serducha uspokoić, które cały czas pracuje na wysokich obrotach. Próbując się uspokoić, jadę ostatnie kilka kilometrów bardzo, bardzo spokojnym tempem. Serducho się uspokoiło trochę, ale ze śpiwora z rana i tak mokry wyszedłem ;p

WujekG wysnuł po MRDP teorię, że to ‘przedłużenie wysokiej aktywności wyścigowej – tłuszcze dalej się spalają, co gorsza podczas snu organizm bierze się za białka’. Tak czy inaczej, chyba nie za dobrze.

Przejechane:
405.46km, 24,6km/h, 16h 29min, przewyższenia 1614, max 54.25
Łącznie: 1124,72km

Trasa:
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=xtdrwruqvkxomkcy

Dzień 4 – po 4h snu

Spało się świetnie, ale niestety sporo wilgoci z zewnątrz (nie licząc tej którą sam wytworzyłem niestety). Gdy się już zbierałem akurat otworzono teren kościelny i zaczęły się przeciskać przez bramę babuszki, szepcząc jedna przez drugą ‘ktoś tu jest!’. A to Ci niespodzianka. Wstają biedne o 5 żeby być pierwsze a tu je ktoś ubiegł ;) Chwilę później kościelny podszedł do mnie, i po krótkiej wymianie zdań zaproponował herbatę. Niestety szedł nastawiać wodę, jak ja już byłem gotowy do drogi, więc grzecznie podziękowałem i wskoczyłem na rower.

Dzisiaj początek gór. Wielki dzień. Jeśli dziś dobrze pójdzie, to bardzo dobrze wróży to na przyszłość. A jeśli przejadę już góry w przyzwoitym tempie, to nic nie powinno mnie powstrzymać ;)

Z rana od 2 dni trochę ciężko idzie rozkręcanie się. Długo zajmuje mi rozgrzanie mięśni i rozbujanie serducha. Wielkie oczy robię, gdy okazuje się, że zamiast na Nową Groblę, i dalej na Przemyśl, jadę na Wielkie Oczy. Po raz kolejny już nadrabiam trochę. Albo za często patrzę na gps’a, albo za rzadko… :p

Męczę się trochę na krótkim odcinku z Duńkowic do Radymna, na którym wiatr wieje centralnie w twarz. Do Przemyśla już boczny, więc jest sporo lepiej. Dojeżdżam wreszcie do stacji Orlen na której czeka na mnie mój Tato z kanapkami i lampką. Montuje sprzęt (Mactronic Noise + dodatkowa bateria i ładowarka) i wcinam podwójną porcję pierogów + rosół. Po tak pożywnym i długawym drugim śniadaniu (+ suszenie śpiwora), zjeżdżam malowniczą serpentyną do Przemyśla. U podnóża podjazdu do Arłamowa widzę Radka T. siedzącego na poboczu. Zmienia dętkę, i narzeka na różne bóle. Mówi, że tempo ma żadne, więc nie ma sensu żebym na niego czekał.

Arłamów. Wywołałem myślami Kondora lasu ;) Ładnie tu

Wjeżdżając w Pogórze Przemyskie przypomniał mi się Kondor, który to w zeszłym roku jechał ze mną kawałek w trakcie BB-Touru. Dosłownie dwie minuty później, zatrzymuje się koło mnie kolarz, i pyta, czy wiem kim on jest. No jasne, Kondor! Przyłączył się do mnie, opowiadając ciekawostki o okolicy. Podjazd do Arłamowa zrobił już dziś dwukrotnie z poprzednimi zawodnikami.

600 449

Za Krościenkiem doganiamy Daniela Ś., który siada mi szybko na kole (jadę zdecydowanie szybciej od niego :P), i razem dociągamy do Ustrzyk Dolnych, gdzie zatrzymałem się z Kondorem na zakupy w biedronce. Długawą kolejkę, wykorzystałem na konsumowanie zakupów, wychodząc ze sklepu niemalże z pustymi rękami ;)

Przy skręcie na Równię Kondor robi krótką sesję po czym żegnamy się, a ja sprawnie atakuje podjazd na Lutowiska.

Tabliczka ‘Ustrzyki Górne 14′ kojarząca sie z BBT z bólem i cierpieniem, tym razem wywołuje tylko uśmiech :)


Szybkie zakupy (picie, duuużo picia) i obiad w jednej z knajp w których się posilamy na koniec BBT.

Ja: A te pierogi na H to z czym są?
Kelnerka z wielkim uśmiechem: Z mięsem i kapustą
J: Pewnie pani to już z milion razy powiedziała
Kelnerka z jeszcze większym uśmiechem: Dzisiaj? Tak ;)

Nie wiem czy moja Mama czyta te relacje, ale na wszelki wypadek wysłałem jej kartkę, że wszystko ok

W trakcie czekania na obiad wypisałem na szybko kupioną kartkę ;) Doszła 2 września… :p

Esemesuje w sprawie pogody i nadciągających deszczy. Przede mną czyste niebo, jakie deszcze? Po chwili zaczęło kropić, a ja dojrzałem za sobą wielką chmurę burzową… W ekspresowym tempie się zebrałem, i jeszcze szybciej zacząłem zdobywać przełęcz za Ustrzykami ;) Udało się uciec skrajem burzy, choć mijające mnie samochody były już całe mokre. Nie lubię deszczu na rowerze.

Jeszcze tylko jedna hopka za Cisną i nagle atakuje mnie bardzo mocny wiatr, oczywiście w twarz, lub lekko z boku. Ledwo dotaczam się do Komańczy na kolejny postój.

J: Orientuje się pan czy jest tu jakiś sklep?
Przechodzień: Tak, w prawo. A skąd pan jedzie?
J: Z Rozewia. Na Rozewie.
P: Niemożliwe.
J: Niech Pan sprawdzi na www ;)

Sytuacji tego typu było bardzo dużo. Do tego moje pytania „którędy nad morze?” wywoływały bezcenne reakcję u ludzi ;) Było m.in.: w prawo! Trzeba zawrócić! Nad które? I te zdziwione miny…

W Komańczy niestety zasięgu brak (nie mogłem podbudować morale czytaniem nowych, pełnych dobrych słów smsów). Wciągnąłem kilka kanapek z zamówioną herbatą, i przy ustającym już szczęśliwie wietrze jadę w kierunku Tylawy.

600 449

Wiedząc o jutrzejszych opadach, zastanawiam się tutaj mocno nad zarwaniem nocy i pójściem spać w ciągu dnia. Wiem jednak, że kiepsko znoszę zarywanie nocy, co może być tym trudniejsze, że ostatnie kilka nocy śpię po 4-5h. Za Duklą padają mi baterię do GPS’a, a mimo przegrzebania całej sakwy, nie znalazłem nowych (dopiero dzień później się pokazały). Wszystko pozamykane, przypominam sobie o Senesie mieszkającym w Nowym Żmigrodzie. Zagaduję smsem, i obiecuje mi pomóc. Wyjeżdża mi nawet na przeciw samochodem (tego się akurat domyśliłem, bo nie odezwał się z niego :P), i zgarnia mnie z drogi do siebie. Uzupełniam puste już bidony (druga ważna potrzeba), i dostaje paluszki do gps’a. Super.

Wskakuje na rower, i mimo wszystko, decyduje się, na nie zarywanie nocki. Może jakoś przeżyje ten deszcz.

Noc, podjazd, idealna cisza. Nagle od przodu niebezpiecznie szybko zbliża się do mnie odgłos ‘teksańskiej masakry piła łańcuchową’. Ja na poboczu, obie lampki na full mocy. To tylko nieoświetlony gokart z 14 latkiem za kierownicą. Dziś jeszcze młodszego widziałem prowadzącego malucha. Z papierosem w gębie :)

No nie powiem. Napędził mi stracha. Za dużo horrorów… ;)

Jak na gminę Gorlice przystało, przywitało mnie Grupetto. Imienia nie zapamiętałem oczywiście…

Zagaduje mnie kolarz, który okazuje się wyjeżdżać po zawodników z Grupetto którzy jadą za mną. Jedzie ze mną kawałek, po czym zawraca by zgarnąć swoich. Ja tymczasem korzystam z zaproszenia Wojtka K., którego siostra podejmuje mnie u siebie ;) Prysznic, i pierwsze spanie w łóżku od startu. Ależ wygoda…

Niezły dzień choć kupę czasu straciłem na pierdołach. Dużo się bawiłem gps’em, licznikiem… Sporo pogadałem w sklepach… Tak czy inaczej dystans wyszedł przyzwoity (cały czas ponad plan), i do tego bardzo dużo przewyższeń, więc i tak jestem zadowolony ;)

Przejechane:

327km, 15h 4min, 3849m przewyższenia, max 65,14
Łącznie: 1451,72km

Trasa:

http://www.gpsies.com/map.do?fileId=giirozupbwvvezox

Dzień 5 – po 4h snu

Wygodnie, to od razu ciężko człowiekowi wstać. O ile jestem śpiochem, to do tej pory o dziwo bez problemów wstawałem po tych kilku godzinach spania. Dziś mi się wyraźnie nie chciało, szczególnie, że wiedziałem, że czeka mnie deszcz, którego wybitnie na rowerze nie lubię. Wolę wichurę w twarz, niż mokro. Co prawda na MRDP i tak prawie cały dystans jechałem pod wiatr, ale jak do tego dołożyć jeszcze wiatr…

Leje. Słabo.

Z cukru nie jestem, więcej juz nie dam rady zjeść. Jadę

Znałem prognozy, i wiedziałem, że lać nie przestanie. Mimo to, liczyłem, że chociaż największy deszcz przeczekam, więc schowałem się na małej stacji benzynowej. Praktycznie cały czas jedząc (nie byłem rano głodny, więc bez śniadania jestem), robię porządek w sakwie. Minęło 40 min, pada praktycznie tak samo. Trudno, trzeba jechać. Pogodę, rekompensuje trochę trasa – znowu zaczynają się konkretniejsze górki, niestety widoki przez zachmurzenie mocno ograniczone.

Koledzy na początku trasy zachęcali mnie smsowo do jazdy czekającymi na mnie gorącymi 15’kami na południu kraju.

Jest pierwsza na trasie 15ka,. Niestety nie gorąca, a zimna i wilgotna :p A pod koniec się na dodatek okazało, że jednak 17 ma. Peszek :)

Jednak 18 miała. Podstępna ścianka. 12 stopni, pada. Na kolanach chyba z 5 warstw lycry :)

Zimno trochę było, ale że tempo utrzymywałem całkiem dobre, to nie było źle. Wyziębiłem się dopiero na nie chcącym się skończyć zjeździe. W Muszynie staję w barze żeby się zagrzać. Zupa, herbata. Właścicielce bardzo nie podobało się to, że ma klienta (trochę nabrudziłem). Cóż ta komuna zrobiła z ludźmi… ;)

600 341

Gdy się już zbierałem zauważyłem zatrzymującego się przy barze Wilka. Chwilkę zagadaliśmy, i pognałem dalej. Niestety przy takiej wilgoci zaczął boleć trochę tyłek. Trasa lekko w dół/po płaskim, więc nie szło zbytnio odpocząć. Tempo trochę spadło. Co chwilę przestaje padać dając nadzieję na polepszenie, ale nie zdąży mi nawet kurtka wyschnąć (pod kurtką sucho cały dzień) i pada na nowo :/

Już w Starym Sączu (46km dalej) robię postój na 3 minuty w sklepie.

Łącko. Śliwki już zebrane z tego co widzę :)

Krościenko i skojarzenie wprost z ‘Górska trzysetką z przygodami’ :) i super pomoc Adama

Ciągnę dalej, byle do Krościenka w którym czeka kolega Adam ;) Wyjechał mi trochę na przeciwko, i zaciągnął do przydrożnej knajpy. Zamówiłem jakąś pizzę, Adam Ś. poczęstował babcinym obiadem. Zagryzłem jeszcze bułką. Nawet się najadłem. Jak widać po powyższym, potrzeby jedzeniowe miałem całkiem spore ;) Porzucam tutaj swoje okulary, w których i tak bardzo mało jeździłem. Gdy miałem je na nosie czułem większe zmęczenie i senność…

Zbieg okoliczności, że w Krościenku spał akurat Adam W. Ponoć niektórzy myśleli, że połączyliśmy nasze siły ;)

Mam świadomość, że ruszając z Krościenka będę pierwszy w stawce. Niesamowite osiągnięcie, szczególnie biorąc pod uwagę, że moim celem jest jedynie zmieścić się w limicie. Do tego utrzymując dotychczasowe tempo, mam szansę na wynik w okolicy aktualnego rekordu. Kosmos. Z jednej strony niesamowite uczucie, z drugiej strony, czy ja nie szarżuje za bardzo?

Łącząc nasze siły (niedosłownie – nie było oczywiście mowy o wożeniu się na kole czy jeździe z zawietrznej, co było zabronione regulaminem) atakujemy krótką, acz zacną ściankę w Hałuszowej i malowniczą drogą wzdłuż Jeziora Czorsztyńskiego jedziemy w kierunku Łapszanki.

Nachylenie duże, ja wychłodzony, na wszelki wypadek (kolejny już raz tego dnia), podchodzę kawałki podjazdu. Idę niewiele wolniej niż jadę, a w międzyczasie mogę coś zjeść, rozgrzać się, i do tego odpocząć. Czemu by więc tak nie zrobić? ;) Tak, niestety ja też miałem zbyt ciężkie przełożenia na góry (30/25 przy kumulującym się zmęczeniu to jednak za dużo jak dla mnie na okoliczne ścianki).

Hmm, tzn. że chyba nie szarżuje jednak za bardzo skoro idę pod górkę ;) Mam spory zapas kilometrowy po poprzednich dniach, więc mogę trochę wyluzować. Najważniejsze, to nie złapać jakiejś kontuzji, co w takich warunkach jest na pewno łatwiejsze. I tak jeśli dojadę w limicie to się nie będę posiadał ze szczęścia. Jakbym dojechał pierwszy… to chyba bym zgolił wąsy. A nie, zaraz, nie mam. Hmm, to może bym zapuścił? ;)

Ciągle dostaje sms’y o położeniu przeciwników, ale ani razu nie przyszło mi do głowy, żeby kogoś gonić. Od początku jadę swoim zaplanowanym systemem i tempem.

Łapsze Niżne. Wreszcie nie pada :)

600 341

Sytuacja przejściowa. Po 15minutach znowu deszcz.

Z racji na kiepskie warunki niezbyt szybki zjazd. Jadący z naprzeciwka samochód zatrzymuje się, i pyta czy mi czegoś nie potrzeba.

?

Zawraca i pytanie się powtarza. Herbata, banany… Podziękowałem za pomoc, bo i tak planowałem postój w Zakopanem. Chwilę pogadaliśmy, okazało się to, że to (zgadując po komentarzach na MRDP) Baranowscy ;) Poznaliśmy się na jednym z warszawskich alleycat’ów ;)

Z tyłu samochodu kartka: „MRDP – mamy ciepłą herbatę i banany”.

Mimo, że z pomocy nie skorzystałem, to i tak wielkie dzięki za świetną inicjatywę. Bardzo to budujące było, że praktycznie obcy ludzie angażują się w pomoc. Od razu przyspieszyłem ;)

Do Zakopca wjeżdżamy znowu wyziębieni. Rozgrzewa nas mocno babka, która nie patrząc na nic wyjeżdża na drogę. Udało się szczęśliwie wyhamować, choć w deszczu nie było to łatwe.

Mijamy stojącego pod sklepem Wilka i po kolejnym już chwilowym zgubieniu się (ah ten GPS…) zatrzymujemy się na ciepłą herbatę. Zapotrzebowanie na cukier wysokie. Bardzo wysokie. Do szklanki herbaty nasypałem jakieś 6 łyżeczek cukru, i dalej niesłodka mi się wydawała… :p

Wspominałem już, że nie lubię słodkiego zbytnio? W domu jem może jednego batonika i ze dwa pączki na miesiąc . Zero czekolady i innych słodyczy.

Idę do sklepu czując głód. Kupuję ze 12 batonów. Każdy inny dla urozmaicenia. Wchłaniam jednego za drugim ;) Ciekawe jakie różne potrzeby ma organizm, i sam potrafi się doprosić :p

Żegnam się z Adamem (którego i tak podziwiam, że w taką pogodę chciało mu się jechać ~70km razem ze mną – dzięki za wszystko!) i po minięciu Kościeliska śmigam szybko w dół. Jak dokręcam, to wiatr większy i zimno. Jak nie dokręcam, to się nie mogę rozgrzać i też zimno. Jak żyć?

Staję w Czarnym Dunajcu. Coś nie tak. Czemu tu jest sucho? Nie padało? Ciekawe.

Stopy bardzo mocno wychłodzone. Do tego mokre skarpety, buty. Próbuję podsuszyć na szybko buty papierem toaletowym (ze skutkiem prawie żadnym). Co by tu jeszcze wymyślić… Folia NRC! Trochę ciężko idzie rozrywanie jej (ręce już trochę podrętwiałe od jazdy i siły w nich brak a noża nie mam żadnego). Zdejmuje skarpetki, i gołe stopy owijam folią. Od razu cieplutko, genialny pomysł, naprawdę ;) Komfort +10.

Jadę do Jabłonki robiąc małe wyścigi z miejscowymi chłopakami na rowerach ;)

Nagle ni z tego ni z owego, zaczyna wariować licznik. Od dawna miał trochę naderwany kabelek… Czyżby to był problem? Jak ja mam jechać bez licznika? Przecież się nie da ):

Drogę i tak dobrze znam, więc przestawiam GPS’a na ekran komputera podróży. Uff, może jakoś to będzie ;)

Cały dzień bardzo mało piłem. Na koniec Jabłonki (czyli u podnóża Krowiarek) zauważam że oba bidony puste. Od Czarnego Dunajca cały czas sucha droga, mi się ciepło wreszcie zrobiło, więc pić się od razu chce… Wszystko pozamykane. Podjeżdżam do domu w którym się świeci w oknie. Babulinka >80 lat zlewa moje pukanie w okno. Nieugięcie pukając dalej, poświeciłem czołówką na bidon. Ze strachem otworzyła okno momentalnie odsuwając się od niego.

– Nalałaby mi pani wody?
Oba bidony pełne, można atakować podjazd ;)

Idealny wieczór. Gwiazdy, pełnia, mgła u podnóży gór. Ja i rower. Pięknie tu. Gdyby tylko nie te 8 stopni tzw. Ciepła… :)

Dopóki się las nie zaczął, to na podjeździe świetne widoki. W lesie ciemno i trochę straszno :p Kolejny błąd w GPS’ie, który po Bieszczadach często myli się w profilu wysokościowym, i umiejscowieniu przełęczy. Ostatnio sporo się nim bawię w trakcie jazdy (tylko czas marnuje!), choć nic mi to oczywiście nie daje, bo i tak jak trzeba to się potrafię zagapić i pomylić drogę :p

kici kici, taś taś… :)

Wiedziałem, że Wilk jest gdzieś w okolicy… ;)

Na zjeździe z Krowiarek zimno. Jeszcze dość wcześnie, kilometrów nie za wiele, ale cały dzień w deszczu, więc trochę w obawie o kontuzje postanawiam pójść spać trochę wcześniej, i do tego w jakiejś agroturystyce czy innym motelu. Zawoja wszak turystyczna miejscowość, więc nie powinno być z tym problemów.

Już pod koniec zjazdu (żeby dnia od niego nie zaczynać…) pukam i dzwonię do różnych drzwi. Głucho, ciemno, nikt nie odpowiada. Podchodzę wreszcie do kilku domów, w których się świeci w oknach, i proszę o kawałek miejsca na podłodze…

- jak to spać u nas? Nie
– nie da rady, bo my tu porządki robimy
– panie, co pan. Ja mam dzieci! :D

Ot polska gościnność ;) Z drugiej strony gdyby o północy mnie obcy człowiek pytał o spanie to też nie wiem co bym pomyślał. Teraz za to już wiem co bym pomyślał. Jeśli ktoś cię pyta w takich warunkach o nocleg, tzn. że jest bardzo zdesperowany, i noclegu naprawdę potrzebuje. I że trzeba mu pomóc ;)

Coraz zimniej, dodatkowo straciłem trochę czasu nic nie zyskując. Duża wilgoć, śpiąc w krzakach mogę przemoknąć i wymarznąć. Przystanków brak. Już na samym końcu Zawoi, widząc skręt na podjazd do Stryszawy zauważam kapliczkę. Hmmm… Po szybkiej akcji włamuję się do środka. Sucho, ciepło. Czego chcieć więcej? Może trochę miejsca na nogi… po przekątnej było jakieś 150cm, co przy moich 188cm wzrostu nie daje zbytniego komfortu.

Rower przypinam do znaku na zewnątrz, i rozkładam się w kapliczce. Po całym dniu ziąbu, miło wejść do ciepłego śpiwora… ;)

Przejechane:
281km, 14h 17min, przewyższenia 3150, max 69
Łącznie: 1732,72km

Trasa:
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=cbqjwxycnridrjvh

Dzień 6 – po 4,5h snu – początek męki :p

Koszmarna noc. Bardzo bolały mnie nogi. Pół nocy spędziłem na zwijaniu się z bólu. Wczoraj wcześnie skończyłem jazdę, więc dziś budzik dzwonił już o 4:30. Na zewnątrz ciemno, i jak zgaduję nadal zimno. Wygrzebuje się ze śpiwora. Prawa noga do niczego. Wychłodzenie dnia poprzedniego? Ścisk w kapliczce? Przeciążenie? Nie wiem. Tak czy inaczej ścięgno achillesa i kolano do wymiany…

WojtekG straszy, że w Stryszawie są jego zdjęcia autoportret-akt. Chyba skoczę naokoło, przez Suchą Beskidzką… :)

Czuję, że nic z dalszej jazdy nie będzie, a z Suchej Beskidzkiej mam pociąg do Krakowa (w którym na co dzień mieszkam).

600 401

Posiedziałem chwilę w kapliczce umartwiając się nad swoim losem. Szkoda. Szło mi tak dobrze z limitem (jestem prawie dobę do przodu!), do tego nadal jestem w ścisłej czołówce…

Dobra, szkoda czasu. Trzeba się ruszyć. Skarpetki z folii NRC na nogi (+ małe ulepszenie w postaci taśmy izolacyjnej) i wsiadam na rower… sorry, błąd. Nie mogłem nogi podnieść, więc wejście na rower nie wchodziło w grę.

Do Suchej mogę iść albo po płaskim przez Maków, albo skrótem ale przez podjazd przez Stryszawę. Jak już wlezę na górę, to do samej Suchej będę miał zjazd… Ok, idę do Stryszawy. Do tego Stryszawa jest na trasie…

Idę. Powolutku, bo strasznie boli. Prawą nogą duży krok, lewą mały żeby ścięgna w prawej nie zerwać. Ponoć jak achilles strzela to jest trzask jakby się deska złamała ;)

Rozgrzałem się trochę na podejściu i udaje mi się nawet wskoczyć na rower. Zjazd ze Stryszawy, skręt do Suchej… Aj, pomyliłem kierunki i pojechałem na Żywiec. No co za pech. Teraz będę musiał się dotoczyć do Żywca. A Żywiec jest na trasie…

Wreszcie sucho (nadal chłodno). W Kukowie staję pod sklepem. Udaje mi się kupić skarpetki ;)

Pod sklep podjeżdża Daniel Ś. Chwilę gadamy, trochę mnie to podnosi na duchu. Ekspedientka częstuje nas herbatą, Daniel częstuje mnie maścią. Mówi, że ta na niego już nie działa, ma mocniejszą ;) Do tego zwraca uwagę na moje buty, które nie dają oparcia ścięgnu. Wg niego, przez to mogę mieć problemu.

Nie ma sprawy. Ściągam pasek na pięcie, i już jest oparcie. Bardzo możliwe, że dzięki tej radzie achilles przetrwał ;) Dzięki!

Smaruje kolano i ścięgno (ze 2x grubsze niż lewe…) maścią. Zaszkodzić na pewno nie zaszkodzi, a może uda się jeszcze trochę powalczyć. Daniel zgubił się w łazience, tempo mam żadne, więc ruszam bez niego. Siodło pod sklepem obniżyłem już drugi raz. Wiem, że na pewno pomoże to na ścięgno, ale z drugiej strony zdemoluje już i tak bolące kolano.

W połowie drogi do Żywca dogania mnie Daniel. Zwalnia do mojego tempa i razem przetaczamy się przez Żywiec. Tuż za nim staję żeby się kurtki pozbyć, i jadę dalej swoim wolniutkim tempem. Daniel na MRDP jeździł zdecydowanie wolniej ode mnie, teraz widzę jak mi ucieka i nie mogę z tym nic zrobić. Jadę na granicy bólu. Gdybym miał do mety 50, 100km, to zacisnąłbym zęby i cisnął ile wlezie, ale Zawoja, to dopiero 1707km trasy, do końca jeszcze 1400, więc jeśli chcę myśleć o dojechaniu, to nie mogę się załatwić na amen. Może jakoś powolutku się uda jeszcze potoczyć… choćby góry przejechać… a może nad morze zdążę…

W Milówce jakimś cudem doganiam na odległość 50m Daniela (pewnie stawał gdzieś), który wbrew wskazaniom mojego GPS’a o skręcie, jedzie prosto. Dogonić go nie dogonię, zawołać też nie dam rady. Skręcam we właściwym kierunku, po czym piszę mu sms’a czy aby na pewno dobrze jedzie.

Słońce. Wreszcie :):):) Będzie dobrze. Spałem dziś w przydrożnej kapliczce. Trochę ciasno, ale fajnie :) Z rana straszny kryzys

Jakoś od razu mniej bolało jak słonko wyszło… Tak czy inaczej, co bardziej stromy podjazd idę z buta bo się jechać nie da. Świetne widoki rekompensują mękę.

Ładnie w górach było, więc sobie dołożyłem dodatkową ściankę przy Istebnej… Kawałek z danielem3ttt z BSa. Super punkt zrobiony przez Rodziców mojej dziewczyny Ani. Tak tak drogie Panie. Niestety… :) :p Na punkcie paczka która wysłałem z domu ze świeżymi ciuchami i nowa mp3’ójka. I dużo jedzenia i picia. I nowy licznik. Jazda znowu ma sens :) Dzięki! :)

Na punkcie na Kubalonce zabawiłem dość długo, bo wiedziałem, że w tym tempie i tak do mety nie dojadę, więc gdzie ma mi się spieszyć? A odpoczynek może coś pomoże. Pojadłem, popiłem. Zebrałem myśli…

Założyłem czystą koszulkę (taką samą, tylko bez błędu w nazwisku :p), i wrzuciłem do sakwy drugie spodenki (też za kolano) i ocieplane nogawki. Na drogę dostałem worek z makaronem, bułki, picie… Super. Ciekawe czy się przyda ;)

Ze zjazdami przez kolano też już mam problem. Jadąc na stojąco mocno czuje kolana. Za mocno. Zjeżdżam więc na siedząco, co przy licznych nierównościach zbyt bezpieczne (ani komfortowe) nie jest.


600 450

Sms od Łatosiałętki:

Po rozpoczęciu maratonu sprzedaż rowerów dla kobiet wzrosła o 50%. Po dzisiejszym info o pickniku u zaraz-teściów, nastąpił krach: -85% w odniesieniu do zimowych miesięcy stanu wojennego. Cnn w breaking news przestrzega przed przyjazdem do Polski: damki lecą przez okna, lądują w rowach, rzekach, wszędzie. Strajkują prządki, pielęgniarki, kasjerki. Żeś narobił. Na to nie ma świętego! Nawet od spraw beznadziejnych odmówił współpracy. Ni ma rady: napieprzaj tak szybko, jak się nikt nie spodziewa. Odwołuje siostry z zakonu niewyżytek. Miały czekać na mecie.

Chciałem zrobić przerwę w jakimś parku. Zapomniałem, że jestem na Śląsku… :p Trasa jak na 3. Śląskim Maratonie 24h. Wtedy przejechałem 450km w 16h. Przydałoby się teraz takie przyspieszenie :) Dostałem pozdrowienia od aktualnego rekordzisty MRDP, który zaliczył w tym roku kolebkę ultra maratonów – RAAM :)

Od Kubalonki zrobiłem jakieś ~65km, po drodze kilka razy się rozciągając. Nie ma tragedii. Postój na wcinanie makaronu, i toczę się dalej.

W aptece, chciałem kupić maść którą miał Daniel (czyli tą mocniejszą):

Ja: Ma pani taką maść, tylko mocniejszą?
Farmaceutka: Hmm, ale pana maść jest na receptę…
J: A ma pani coś mocniejszego nie na receptę?
F: Coś się znajdzie. Chce pan słabsze czy mocniejsze? Większą tubkę czy małą?
J: Najmocniejsze. Największą tubkę ;) A nad morze to którędy?

Tym razem zaliczam kawałek trasy z 2. Śląskiego Maratonu 24h, czyli mojego pierwszego startu w jakimkolwiek maratonie w życiu. To było raptem 2 lata temu… ;)

Dawno się nie cieszyłem ze średniej ledwo powyżej 20km/h. Hmm. Nigdy? :) Sucha Psina. Fajna nazwa, nie? :)

Wyjątkowo dmucha mi w plecy, więc mimo tego, że ledwo kręcę, to nawet nie jadę tak bardzo wolno. Dostałem 10min później sms’a, że nie wiadomo gdzie jestem. Przecież napisałem, że w Suchej Psinie…

600 450

Nie idzie. Niby kręcę dobrze nogami, tj. na zmianę, ale kilometrów nie ubywa…

Boli coraz bardziej… Dalsza jazda nie ma sensu. Mam ochotę spać w normalnych warunkach. W jednym z pensjonatów w Nysie wita mnie napis ‘zakaz wprowadzania rowerów’. Zajeżdżam na Orlen na hot-doga, gdzie zagaduję mnie mijający mnie wcześniej motocykliści.

Ekspedientka woła jakiegoś innego typa (>30 lat), żeby zapiekankę odebrał.
Motocyklista przypominający trochę z twarzy Sylvestra Stallone leniwie woła: E, bąbel, zapiekanka
;)

Jadę do podpowiedzianego mi sms’em motelu. Wita mnie duży neon 24h. Super!
Na drzwiach z kolei czytam kartkę „motel czynny od 6 do 22”. Jakiś żart… :p
Wbijam bocznymi drzwiami, w pokoju już napalone.

Ja: Pracujecie lub śpicie tutaj?
Chłopy: Ta, pracujemy
J: Otwarte jeszcze? Mógłbym tu spać?
Ch: E, zamknięte. Przedzwonię do szefowej.
Ch: Szefowa mówi że zamknięte. Nie przyjmujemy.
J: A ta kanapa?
Ch: Nie ma sprawy, wbijaj.

Pogadaliśmy trochę (przy okazji ogarniałem co się da, i smarowałem się) i po 10 sekundach od położenia się usnąłem na za krótkiej oczywiście kanapie.

Przejechane:
270km, 15h 30min, 2017 przewyższenia, max 67
Łącznie: 2002,72km

Trasa:
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=dxlbdkxixkaeznso

Dzień 7 – po 4h snu

Znowu chłodno, do tego nie idzie się rozgrzać przy moim wolnym tempie. Do tego pod wiatr. Obniżam siodło po raz trzeci i jadę 15km/h na prostym. W Złotym Stoku znowu nachodzi mnie na batony. Kupuję z 10.

Trochę nudzi mi się już słuchanie swojej playlisty, a druga MP3 niestety coś szwankuje. Próbuję włączyć radio – coś nie działa. Staje na postoju, nagle radio świetnie odbiera. Jadę – radio nie działa, staje – działa. Suuuper. Idealne radio dla rowerzysty ;)

Tragedia. Jogurt zalał cała kierownicę i sprzęty na niej. Lepi się. Z rana znowu (nadal?) nie szło jechać. Góra przed Lądkiem poszła nieźle. Stronie Śląskie. Walczę już tylko z limitem czasu a ten szybko się kurczy. Ludzie dziwnie na mnie patrzą jak pytam którędy nad morze :)

O dziwo podjazd do Lądka idzie mi nawet przyzwoicie. W kość za to daje mi nierówny zjazd. U podnóża przełęczy Puchaczówka staje. Nie da się jechać. Gorzej, że iść też już jest ciężko.

Kombinuje znowu z siodłem. Achilles trochę się podgoił, kolana już oba na skraju życia. Siodło sporo do góry, do przodu i bardziej w poziomie bo ręce już też umęczone.

Na powyższym w końcu stanęło (było sporo innych kombinacji). Na powyższym ustawieniu stanęło, bo tak samo jak każde inne, nie dało ono nic…

Eh, nawet nie wiem skąd tu pociągi jakieś jeżdżą. Może z Międzylesia, wszak ono na krajówce leży.

Idę sobie powoli na Puchaczówkę, na którą jeszcze rok temu ścigałem się z Remigiuszem ;) Teraz mam czas żeby nacieszyć oczy widokami, które trochę psują place budowy. Się rozwija region. Z góry na pewno będzie ładny widok. Posiedzę tam sobie, a później pociąg do domu. Wygląda to na koniec zabawy.

Po raz drugi pogodzony z porażką, wymodliłem się na całego, sporo przy tym obiecując ;)

Jest lepiej. Wymodliłem poprawę. Serio. Było źle. Oszczędzam maksymalnie stawy cały dzień, już drugi. Inaczej nie da rady bo do mety daleko. A sił tyle się marnuje… Międzylesie. Komórka zdycha.

Można powiedzieć że cud, albo że pomogło ostateczne ustawienie siodła. Tak czy inaczej, jak za sprawą magicznej różdżki, zacząłem przyzwoicie jechać. Powoli, ale w porównaniu do stanu ‘ledwo idę’, powolna jazda wydawała się olbrzymim postępem.

W Międzylesiu pojeździłem trochę w poszukiwaniu ładowarki do komórki, i siadłem na podwójną porcję pierogów. Komórka, to niby Samsung Solid, ale niestety nowy, więc bateria niesformatowana, a i ciągle się nią bawię, więc miała prawo zdychać ;)

Komórka naładowana, lampka (niestety dedykowany akumulator, więc ładowałem ją przy okazji postojów) też.

Do rachunku dostałem kartkę pocztową, którą naprędce wypisałem.

Właścicielka lokalu (już wiedziała skąd i dokąd jadę): jak to, tylko ‘pozdrawiam’ na kartce? Kiedy pan rozmawiał ostatnio z mamą?

Ja: Przed startem. Ale zadzwonię na mecie

Wł: Jak to? To ja napiszę za pana więcej na tej kartce. Nie, nie trzeba pieniędzy na znaczek ;)

Albo dojadę cały i zdrowy (nie wiem czemu T9 podpowiada wesoły zamiast zdrowy :p) albo wcale. Jeszcze RAAM trzeba w końcu solo zrobić, rekord świata w Ironmanach pod rząd (teraz chyba 33 jest) i dopiero można odpocząć :) Zdrowie najważniejsze. Bardzo tu ładnie jest :)

Męczący podjazd za Międzylesiem (dziury i szuter na końcówce). A na samym szczycie rozłożyła się na polance młoda malarka. Widok piękny. W sensie, że góry ładne.

Do góry wyścig z rolkarzem. Przegrałem :) A na zjeździe wyprzedzili mnie (starzeje się…) poznani wczoraj motocykliści :)

Przeganiam na zjeździe pana po 50’tce jadącego na rolkach, a chwilę później zaczyna się podjazd. Niebezpiecznie skraca do mnie dystans, w końcu doganiając ;) Pogadaliśmy trochę z przyjaznym Czechem a na zjeździe dopadli mnie motocykliści, ucinając sobie ze mną pogawędkę przy 60km/h ;p

Sms od Łatosiałętki:

Bądź jak Św. Fryc: innych ziąb, deszcz, wiatr, wycieńczenie łamie, gnoi – jemu zupełnie nic. Jesteś galopującą kulą świetlistego Ognia – jak św. Fryc!

W Kudowie postój, a później bardzo dobrze idzie mi podjazd, na którym znów gawędzę z tymi samymi motocyklistami. Później jeden z fajniejszych zjazdów w życiu ;) Na asfalcie rozpisane przez jakichś rowerzystów znaki. A to o skręcie, a to o dziurach, a to ‘hamuj!’ przed ostrym zakrętem… Całkowita ciemność, lampki na (prawie) full mocy, spokojnie ponad 60km/h można było jechać, mając jedynie nadzieję, że ślepia przypatrujące się z lasu nie postanowią nagle wskoczyć na drogę. Jazda trochę jak w jakiejś grze komputerowej, albo z pilotem w samochodzie rajdowym ;)

Na końcu podjazdu przy Nowej Rudzie nagle coś strzeliło w achillesie. Myślałem, że się z bólu popłaczę. Siadłem na dobre kilka minut, po czym ujechałem jeszcze kilka kilometrów i ległem na przystanku. Może przejdzie w nocy…

Przejechane:

203km, 14h 52min, 2125m przewyższenia, max 69,2
Łącznie: 2205,72km

Trasa:
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=apzljzgbxwpjpmme

Dzień 8 – po prawie 6h snu

Norrrmalnie zaspałem :D Tragedia. Pierwszy raz od początku wyszedłem suchy ze śpiwora (nie, nie sikam do niego w ramach oszczędności czasu). Nie wiem skąd to pocenie się…

Do tej pory każdego dnia budziłem się jak była szarówka, albo jak było w ogóle ciemno. Tym razem obudziło mnie grzejące w twarz słońce ;) Przystanek był duży, cytując WojtkaG: ‘jak taka mała karczma’. Spanie zdecydowanie najlepsze (nie licząc Gorlic oczywiście). Zebrałem się na prędce. Nogi wypoczęły, po wieczornym straszliwym bólu ani śladu. Skończyły się zapasy jedzenia.

Kupiłem w sklepie kilka bułek i wędliny. Zero siły w ścierpniętych rękach. Nie ma mowy o rozerwaniu bułki w normalny sposób. Zaciskam pięści na bułce rozrywając ją na pół. W tę stronę jeszcze nie jadłem nigdy bułki ;)

Zrobiłem sobie kilka takich kanapek, i jedzenie już w trakcie jazdy. Jedzie się bardzo, bardzo przyzwoicie.

Na trasie Karkonowskiego Klasyku :) Trochę się tu wyróżniam z sakwą i resztą sprzętu :) Za Kowarami świetny punkt zrobiony przez Robba Maciąga. Tak, tego od tych fajnych książek. Pisze chłopina więcej niż jeździ, a ja co nie przyjdę do księgarni, to nadal widzę że nie wszystkie książki wyprzedane, więc do roboty!

Był makaron na miejscu, i dwa worki makaronu na drogę. Do tego buły z wędliną (której z racji na wegetarianizm Robba nawet nie śmiałem smsem proponować :p). Porzuciłem wzięte z Kubalonki drugie spodenki (które założyłem raz, tylko po to, żeby po 10min je zdjąć zakładając z powrotem stare…) i jakieś niepotrzebne skarpetki (mam i tak dwie pary, w tym jedna ciepła).

600 399

Na trasie Klasyku pełno odpicowanych kolarzy na jeszcze bardziej odpicowanych rowerach. Między nimi szwędam się ja na byle czym, z sakwą, ledwo toczący się pod górę ;)

W górach zdecydowanie jest to co kocham. Mógłbym tak cały czas. Choćby z buta :) Pozdro z Zakrętu Śmierci :) Czas jechać poopalać się nad morzem, na zasłużony odpoczynek :)

Dopiero co w pociąg chciałem wsiadać, a teraz o morzu myślę… Warto czasem być upartym ;)

Minąłem najlepszy widok na Świecie. Drugi taki jest gdzieś w okolicach Łodzi :) Wiochy, słonko, nic nie boli, choć nadal jadę ostrożnie. Super :)

Mój błąd. Druga z miejscowości o nazwie Świecie w Polsce jest w Kujawsko-Pomorskim ;) Na płaskim jadę w okolicach 25-27km/h. Morze coraz bliżej! [;

Zagaduje mnie Mors z BS’a, który żeby nam pomóc pozbierał szkiełka z pobocza wzdłuż brukowego odcinka (!), który najpewniej ominiemy właśnie poboczem. To się nazywa poświęcenie ;) Dzięki!

600 450

W restauracji w Przewozie czeka na mnie Wąski. Pogadaliśmy i pośmialiśmy się trochę, wciągnąłem kolejne 2 porcje pierogów, dostałem kolejne buły na drogę, do tego coca-colę Anię… ależ się dossałem ;) Ładowanie sprzętu, i śmigam dalej. W Lubuskim coraz więcej bruków, dziur, i jeszcze gorszych bruków. Szczęśliwie sporo z nich zdążam przejechać jeszcze za dnia, gdzie łatwiej wytyczyć sobie lepszą ścieżkę przejazdu.

Bruk i nierówna droga mnie wykończyły. Czekam w Gubinie na poprawę, ale chyba zaraz pójdę spać…

Przed Gubinem nogi znowu odmawiają posłuszeństwa. Siedzę w centrum ze zwieszoną głową. Prom już nieczynny o tej godzinie, naokoło jechać mi się w moim stanie i tak nie opłaca. Jadę obolały kimać do lasu, tuż przed promem.

Spanie w lesie, na wielkiej polanie z wybitnie wyeksponowanym wielkim wozem :) Tuż przed promem. Idealna cisza :) Las śpi razem ze mną :)

600 399

Tak, wiem, że wielki wóz na naszym niebie zawsze dobrze widać. Tym razem rozciągał się na szerokość całej polany, nie pozwalając od siebie oderwać wzroku. A las niestety nie spał razem ze mną. Sporo komarów tym razem utrudniało wypoczynek…

Przejechane:
308,1km, 14h 40min, przewyższenia 1605m, max 59,9
Łącznie: 2513,82km

Trasa:
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=vyhzegecgkikdude

Dzień 9 – po 4,5h snu

Tęsknicie? :) Na promie było super. Miło jest się przemieszczać bez męczenia się :) Wreszcie kawałek główną drogą był. Zupełnie inna jazda. W Słubicach sami niemcy ;p Sporo napisów jest tylko po niemiecku :/ Powoli, ale jednak do przodu :)

Po męczącej nocy, ciężko mi się było zwlec. Twarz cała zgryziona przez komary. Na promie zaległem trupem, i łapczywie łapałem rozgrzewające promienie słoneczne. Do tego nie mniej łapczywie wchodzi Robbowy makaron ;) Mam już serdecznie dość bruków.

Za radą WojtkaG, wysyłam poganiającego sms’a Wilkowi, który ma duże szanse na zwycięstwo ;)

Nie dawałem znaków życia przez całe 9h, więc moi Rodzice oczywiście już całkiem spanikowali pisząc mi dziwne sms’y. A komórka w kurtce w sakwie…

W Słubicach dłuższy postój, bo jazda średnio idzie. Z jednej strony każdy postój to strata czasu, a jadąc tym tempem i tak mam małe szanse na dotarcie do mety. Z drugiej strony, po każdym postoju jadę szybciej. Ciężko znaleźć złoty środek.

Wysuszyłem śpiwór (bardzo duża wilgoć w nocy), pojadłem na całego i ruszyłem pod mocny wiatr, który do Słubic mnie miło dopchał, a teraz strasznie przeszkadzał.

Ale brzydkie te niemki. No naprawdę… Uciekam stąd. Aby nad morze! :) Niech ktoś pożyczy Wojtkowi sprawny rower… :)

W trakcie jazdy pisałem smsy głównie ze stroną MRDP.pl, Anią, oraz WojtkiemG, który zawsze podnosił mnie na duchu pisząc o tym jakiego ma lenia, czy o kolejnej gumie ;) Do tego świadomość że jakimś cudem nadal tyle osób jest za mną… Jeśli oni chcą się zmieścić w czasie, to ja będąc przed nimi też dam radę!

Jadąc tragicznie wolno pod silny wiatr przez pustkowia, morale strasznie spadły. Mięśnie cienia zmęczenia nie czuły, kolana już oba do wymiany. Achillesy (też oba) naciągnięte. Żeby to wszystko nie bolało, jadę bardzo pokracznie stawiając nogi na pedałach. Dobrze, że spd’ów nie miałem, bo wtedy nie miałbym takiej opcji…

Dzięki wiatrowi wyżyłem się trochę. Mogłem krzyczeć ile sił w płucach i głos ginął w sekundę…

– POMOCY!!!
– JUŻ NIE MOGĘ!!!
– DALEJ NIE JADĘ!!!

Ew bardziej optymistycznie:
– TAKI WIETRZYK? DOBRZE ŻE NIE W TWARZ!
– JUŻ PRAWIE META!

;)

Zdjąłem licznik bo już nie mogę patrzeć na tą żenadę. Jak dojadę w limicie to będzie cud. Na zegarze też go nie mogę mieć, bo widzę jak mi czas ucieka :p Póki co morale +1:)

A jeszcze kilkaset kilometrów wcześniej tak tęskniłem za licznikiem, po tym jak mi się popsuł ;)

Chciałem wciągnąć coś w McDonaldsie w Kostrzynie nad Odrą, ale duża kolejka pełna germańskich oprawców mnie zniechęciła. Bułka z sakwy w dłoń, i odpoczynek na ławce przy drodze.

Droga mocno kręci, więc wiatr czasem w twarz, czasem w plecy. Przynajmniej się nie nudzi [;

Wszystko po niemiecku. Więcej niż po polsku. Jak tak można… Osinów Dolny. Ochroniarz w sklepie jak mu powiedziałem skąd jadę to prawie z krzesła spadł i momentalnie próbował mi nieba uchylić

Ochroniarz w małym centrum handlowym, w którym ceny były w euro, a sklep bardziej przypominał sklepy na lotnisku niż nasze sklepiki ;) Z pomocy (prysznic, odpoczynek, herbata) nie skorzystałem, tylko pojechałem do okolicznej biedronki na zakupy.

Bardzo fajny kawałek trasy z Osinowa w stronę Widuchowej. Las chroniący przed wiatrem, później szpaler drzew przez które można było dojrzeć Odrę i okoliczne pagórki.

W środku lasu znak na Dolinę Miłości. A to ciekawe. Jadę tam!

Doliny nie znalazłem. Ciekawe o co chodziło ;)

Przed Gryfinem dołącza do mnie 4gotten z forum, który jedzie ze mną jakieś 30km. Podrzuca mi banany, bułki i batony. Wielkie dzięki ;) Miło było z kimś pogadać. Poza krótką gadką z kimś na punkcie, i zagadywanymi ekspedientkami, jadę cały czas w ciszy. Pomagały znacznie sms’y, ale było to tylko ‘słuchanie’, bo na odpisywanie szkoda było sił, szczególnie że na tym etapie czułem już że pisanie smsów mi przeszkadza, bo zawsze obciążało jedną ze stron bardziej, powodując różne bóle ;p Na początku trasy co chwilę wyciągałem komórkę czy to czytając czy też pisząc sms’y.

480 640

Fajnie się jechało w okolicach Szczecina z racji wielu latarni. Lepiej się jedzie jak jest jasno, niż w zupełnej ciemności przy świetle samej lampki. Ujechałem jeszcze kawałek po ciemku, ale brała mnie już senność, więc przed 2 w nocy wyłożyłem się na niezbyt wygodnym (całe 3 małe deseczki…) przystanku. Zawsze to wilgoci mniej niż w trawie ;)

Przejechane:
276,1km, 15h 27min, 555m przewyższenia, max 52,6
Łącznie: 2789,92km

Trasa:
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=pbmaypczalrhlvfc

Dzień 10 + 11 (10 doba) – po 4h snu

Wiedziałem dokładnie ile mam do mety. 360km. Znałem też prognozę. Non-stop silny wiatr w twarz. Niby niedaleko, na świeżo ruszając o 6 rano byłbym spokojnie przed północą. W swoim aktualnym stanie mocno zastanawiałem się, czy zdążę. Czy po drodze nie wysiądzie mi na amen kolano, ścięgno. Czy nie zepsuje się rower…

Wstałem o 6 rano, prosząc wieczorem pierwszy raz o dodatkową pobudkę dzwonieniem do mnie z rana. Nie było potrzeby – emocje na końcówce trasy i tak nie pozwoliły mi się dobrze wyspać, a słysząc pierwszy budzik od razu się zerwałem na nogi. Zbyt napięty grafik, żeby móc sobie pozwolić na zaspanie.

Wilk: e, nie, ja to powoli. Adam, tak, on to jest mocny. Ja to spokojnie :) Ogromne gratulacje! Honor naszego forum uratowany :p A jeszcze w Zakopanym byłem przed nim :) Wilku – jesteś wielki! :)

Już kładąc się spać, miałem dokładne info ile Wilk ma do mety, i ile ma przewagi. Będąc pewien jego zwycięstwa, wysłałem mu sms’a z gratulacjami ;)

Jestem siódmy. Od pierwszego kryzysu w Zawoi minęło mnie 5-6 zawodników, którzy cały czas byli niedaleko mnie, i z którymi ciągle się mijam na postojach od początku trasy (poza Wilkiem i Danielem nikogo na oczy nie widziałem ;p). Znaczy się, że za mną jeszcze co najmniej 7 zawodników. Taka kalkulacja zwiększa moją nadzieję na dojechanie. Przecież ci za mną też się chcą zmieścić w czasie…

Na tym etapie (już od wczoraj) ciągle kalkuluję. Ile czasu mam na jazdę, z jaką średnią, ile na postoje. Dziesiątki razy to przeliczyłem w głowie, biorąc pod uwagę wszystkie opcje. Powinno się udać, jeśli zarwę nockę…

Ostatni Skręt. Ostatni koniec Polski zaliczony. Ostatnia prosta i meta :) Międzyzdroje. Ludzie. Dużo ludzi. W górach fajniej :) Słonko i wiatr w twarz, tak jak na prawie całej trasie MRDP. Jakieś fatum :p

Póki droga szła przez las, nie było źle. Na otwartych przestrzeniach nieźle mnie zwiewało… Będąc bliżej brzegu wyciągam głowę ile się da, wypatrując morza. Morza, o którego zobaczeniu marzę od 9 dni jazdy, i przejechanych 2800km.

Morze :):):):):) Przepiękny widok :) Morale +100. ‘być ponad to, co nas boli, co ośmiesza tylko nas…’ :) Trzęsacz

Niezapomniane uczucie ;) Choć widziałem morze tylko przez kilka sekund, to uśmiechałem się do niego chyba przez kolejne 20km [;

W Trzebiatowie podrzucają mi prowiant państwo K., których widziałem ostatnio jakieś 13 lat temu ;) Wiele nie pogadaliśmy, i wskoczyłem na rower. Na odchodne spytali czy chce jakieś przeciwbólowe, kusząc mnie ketonalem forte. Wziąłem w kieszeń. Na czarną godzinę. Jeśli ma mi braknąć godziny, to łyknę, i pocisnę ile wlezie na koniec ;) Do tej pory znosiłem wszystko bez żadnych przeciwbóli (jedynie maść).

Dociągnąłem do Kołobrzegu, coraz częściej na trasie stając na rozciąganie (po którym od razu trochę lepiej się jedzie). Zasłużony odpoczynek w knajpie. Zamówiłem makaron, zagryzłem bułką. Jedzie się coraz ciężej. Gdyby nie myśl o tym, że do mety już tak blisko, niewiele ponad 200km (niedaleko :D) to bym już chyba nie dał rady. Coś mi ten makaron siadł na żołądku. Wcinam leki na żołądek, ale strasznie mnie muli…

Po wyjeździe z Kołobrzegu znów witają mnie wiatraki. Miejscowość Gwizdów mówi sama za siebie. Do tego tabliczka o planowanej elektrowni wiatrowej o mocy 50MW w Tymieniu też nie nastraja mnie dobrze. Straszliwie wieje. Wiatr rzuca mną po całej wąskiej i niestety dość ruchliwej drodze. Aż sobie zszedłem z roweru na trochę, i na płaskim (!) podszedłem ze dwie minuty, żeby zebrać motywację i siłę do dalszej jazdy.

Po skręcie do Mielna o niebo lepiej. Zabudowania, drzewa, jadę! Gorące 40’ki na dyskotekach, młodzież szukająca przygód, emeryci na rowerach jadący w podobnym do mojego tempa, i dziwnie na mnie patrzący podczas mijania mnie (ew czasem ja ich). Szybciej nie dam rady…

Za odcinek z Osiek do Rzepkowa Daniel ma u mnie na pieńku ;) ~3km po płytach ażurowych to nie jest co czego bym chciał na końcówce trasy :p

Trochę po remontowanych drogach i już po ciemku w Darłowie. Od kilku dni, w momencie zachodu słońca temperatura drastycznie spada. Przed zachodem jadę w krótkim rękawku, po zachodzie zakładam bluzę z polarem, kurtkę i ocieplane nogawki…

Darłowo. Kupiłem gumy żeby nie zasypiać, do tego litr energygówna :) Nie wieje już tak, da się jechać. Życie toczy toczy swój garb uroczy…

Zakupy w biedrze (spokojnie mogłem robić rzadziej zakupy, ale że i tak musiałem dać odpocząć nogom, to wolałem mniej wozić, a częściej kupować – na początku robiłem całkowicie odwrotnie).

Jest 21, do mety raptem 170km. Toż to nie więcej niż 6h jazdy powinno być, a ja się zastanawiam czy zdążę w 15…

Wiatr szczęśliwie bardzo ucichł więc śmiga się przyzwoicie. Udaje się i 20km/h na prostym ;) Mimo nocy fajne widoki z małych pagórków na spore połacie migających wiatraków.

Jedyna szansa żebym zdążył się dotoczyć to zarwać nockę. Mimo zmęczenia i niewyspana w ciągu ostatnich dni. Wiem, że niezbyt dobrze znoszę zarywanie nocek. Tym trudniejsze to będzie, że tempo mam spokojne, a wtedy się zdecydowanie bardziej chce spać, niż jak człowiek jest pobudzony ciśnięciem ile wlezie… Energydrinków nie pijam nigdy (może z 5 w życiu wypiłem, niedobre toto), kawy nie miałem skąd załatwić, od coca-coli już zęby bolą.

Aby tylko nie zasnąć i będzie dobrze ;)

Jeszcze przed Ustką. Coś błysnęło, zaszumiało. Chwilę później już błyskało z daleka na czerwono. Elbląg mnie wyprzedził :) Nawet na koło nie miałem szans wskoczyć :p Nie ma to totalnie znaczenia :)

I tak byłem bardzo zdziwiony, że dopiero teraz ktoś z ‘reszty’ stawki mnie wyprzedził. Mój cel od Zawoi (1700km) to dojechać w limicie. Choćby jako ostatni. Więcej mi nie trzeba ;)

W Ustce smaruje (maść działa 12h, więc średnio co 10h się staram) kolana i ścięgna. Po raz kolejny już na trasie (5? 7?) zagaduje do mnie przechodzień pytając czy wszystko ok, i czy nie potrzebuje pomocy. Miłe to, że nie wszyscy przechodzą obojętnie. Z drugiej strony, to ciekawe jak wyglądam, że aż ludzie chcą mi pomagać :p

Coraz bardziej przysypiam. Do Gąbina (15km dalej) usnąłem na rowerze tylko kilka razy, więc nie jest źle. Później najgorsza jazda w moim życiu. Co chwilę usypiałem i budziłem się gdy już z roweru spadałem lub na pobocze wjeżdżałem. Bojąc się jechać, zacząłem rower prowadzić. Aby do przodu. Już niedaleko… Niewiele to pomogło, bo idąc usypiałem w identyczny sposób jak jadąc. Do tego ciągnące się od Kołobrzegu zmulenie osiągnęło swoje apogeum, nie pozwalając mi nic zjeść. Wody też nie przyjmowałem. Wszelkie próby napicia się, kończyły się chodzeniem w krzaki po kilku minutach. Udało mi się nawet zasnąć na stojąco będąc opartym o znak.

Ostatnie 100km. Jeszcze wszystko się może zdarzyć. A ja już czuję zapach zatęchłego powietrza w latarni. Jej chropowate cegły pod palcami.. :)

No tragedia goni tragedię. Gdyby mnie jakaś policja zatrzymała, to pewnie by nie uwierzyli w 0.0 na alkomacie. Szedłem od prawej do lewej. Pójście spać nie wchodziło zbytnio w grę, bo bardzo zimno i olbrzymia wilgoć – jechałem w gęstej mgle. Zresztą, wtedy bym pewnie nie zdążył… Nastawiłem budziki na komórce co 1h, żeby się obudzić gdybym mimo wszystko zasnął na drodze czy w jakimś rowie.

Choćmirowo. Przetrwałem chyba najgorsze. Bałem sie jechać bo zasypiałem. Prowadziłem rower budząc się przy utracie równowagi. Nie mogłem się załatwić bo się wywracałem. Do tego bolą kolana, więc jadę wolno i marznę. Co nie wypije to 5min później tego nie ma. Toć przemiana materii dopiero :) Widziałem jeszcze dwa przeeeeedziwne stworzenia. Takie mini świnie/barany. W środku pustkowia przebiegły mi drogę. Trzeba będzie porządnie przejrzeć atlas zwierząt w domu. Albo to z zoo coś uciekło… Cóż, baton w dłoń, nowe baterie i do przodu :) Od jakichś 3h zero ludzi :) Niezła dzicz. Jeszcze te mgły… A myślałem, że to turystyczne miejscowości wzdłuż wybrzeża będą. Turyści, imprezy cała noc… You never know

Miałem trochę zwidów tej nocy, ale co do tych zwierząt, to byłem w 100% pewien, że naprawdę je widziałem. Następnego dnia, już mniej pewien. W końcu nie zajrzałem nawet do atlasu zwierząt. Nie istnieje nic takiego… A stracha mi napędziły niezłego te świnio-barany ;)

Mgły się podnoszą – niebo już jasne. Marnie mi te nocne kilometry poszły. Jednak czuć zmęczenie i niedospanie z całej trasy. Ale kto wie, może wystarczy ;) Wicko

Przejechałem 100km w 9h…

Zostało 70km i 6h. Biorąc pod uwagę nocny odcinek, może być ciężko, szczególnie, że w dzień pewnie znowu będzie wiało…

Podnoszące się mgły, podnosiły się coraz wyżej, i na moich oczach zmieniły się w chmury ;)

W Wicku chciałem się zagrzać na stacji, ale niestety była zamknięta… Jedynie kasa nocna teoretycznie otwarta, ale ekspedientka spała, więc nawet nie chciałem biduli budzić. Pokręciłem się trochę przed stacją, i pojechałem dalej.

Kawałek za Wickiem mnie mocno przycisnęło, i po zmuleniu z Kołobrzegu nie było śladu ;) Nagle się zrobiłem głodny i spragniony… Od Kołobrzegu, czyli ponad 12h nie przyjąłem chyba żadnych płynów :/

Znajome twarze, pożegnane 10 dni temu… Znak to, że już blisko :)


MichałZ i Miki, którzy byli na starcie/w trójmieście, podjechali do mnie samochodem. Przy okazji obudzili mnie, bo znowu mi się przysnęło na rowerze ;) Stanęliśmy na chwilę w parku na pogaduszki.

Jeden z szybszych zjazdów na trasie przy Jeziorze Żarnowieckim, i ostatni podjazd… Daję znać organizatorom, że powinienem być na mecie przed limitem. 20km do mety, chyba mnie nic nie powstrzyma… przed szczytem znowu czekają chłopaki, tym razem z kawą. Niestety gorącą, więc po kilku łykach jadę dalej. A nuż jakaś awaria, i jeszcze nie zdążę…

600 401

Pierwszy raz w pociąg chciałem wsiąść już w Zawoi, po tym jak z rana nie mogłem na rower wejść… Niesamowite, że jestem już tu, tak blisko

A może by tak jeszcze jedno kółko zrobić… Fajnie było… :) Tak na spokojnie teraz, 11 dni… :)

Karwia, ostatnia prosta i hopka.

600 401

Jest coraz gorzej. Ledwo idę. Ręka boli od pchania. Rower na plecach. Już niedaleko…

Nie da się iść. Czołgam się, ciągnąc rower na sznurku po ziemi. Strasznie ciężko się tak pisze smsy… Już prawie… Gdzie ten czerwony dywan… Gdzie te fanki…

Ostatnią hopkę nawet podjechałem, nie schodząc z roweru…. Taki mały sukces :P

600 401

600 401

No dobra, tak źle nie było, jechałem normalnie :) META! :):):):):):):):):):):):):) Wszystkich kocham :)


600 401

Pisząc to uśmiecham się do komputera, i nie wiem co mam jeszcze napisać ;)

Przejechane:
376,9km 22h 15min, 817m przewyższenia, max 63,1
Łącznie: 3166,82km

Trasa:
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=xihqebusuwcrgaxj

Sms od Łatosiałętki:

Patronami potencjalnie jesteśmy my, wszyscy ludzi sobie nawzajem – dzięki postawie uważności w myślach/osądach/postrzeżeniach, miłości wobec wszystkich istot, odwagi wobec sytuacji/realiów życia jakie napotykamy, współtworzymy. Spokojny, romantyczny wierszyk z pamięci w wolnym przekładzie:

Kiełkują życzenia duszy, rosną czyny woli, dojrzewają owoce życia.
Rozpoznają mą gwiazdę, moja gwiazda odnajduje mnie, rozpoznaje mój los, mój los odnajduje mnie, rozpoznaje me cele, moje cele odnajdują mnie.
Ma dusza i świat są jednym.
Życie – wokół mnie będzie jaśniej, życie – będzie mi trudniej, życie – bogacieje. Dąż do pokoju, żyj pokojem, kochaj pokój!

Poza tym jesteś już duży chłopak. Na forum to m.in. Ty nam patronujesz. Nie potrzebujesz już smoczka. Uważaj w nocy, rankiem w zmęczeniu!
Kochaj, raduj się codziennie!
Nasza audycja dobiega końca. Dziękuję Ci. Pan jest z Tobą. Już teraz Ci gratuluję!

Na mecie czekał mały komitet powitalny w osobie Ani, MichałaZ, Mikiego, Zbyszka, Ali oraz kilkumiesięcznego Leosia S., mistrzunia Wilka i Agaty z chłopakiem. Chyba byli inni zawodnicy… Była też mała nagroda… ;)

600 401

Skończyła się niesamowita przygoda. 4 dni jazdy z czystą przyjemnością, bez większego zmęczenia. 1 dzień marznięcia i moknięcia w górskich odmętach południowej Polski, który zakończył się straszną kontuzją dnia następnego. Kolejne 5 dni to jazda siłą woli, i sprawdzanie granic swojego organizmu.

Niesamowitą nagrodą jest widok tej samej latarni po 10 dniach. Ostatnie 5 dni jazdy, to ciągłe kalkulacje, wiele chwil zwątpień (jak najbardziej uzasadnionych), i kupa emocji. Dojadę? Nie dojadę? Duży stres, który całkiem ze mnie zszedł dopiero widząc ostatni skręt z drogi, widząc ostatnie 150m drogi na której końcu czekała latarnia. Wiele razy w myślach przytulałem się do tej latarni, a będąc na mecie w końcu zapomniałem tego zrobić ;)

W trakcie MRDP (szczególnie od połowy :P) sporo się modliłem, co dawało mi niezłego kopa ;)

Ostatecznie dotarłem 1h 25min przed limitem, co na tak długiej trasie, jest nie lada osiągnięciem ;) Co ciekawsze, po mnie na metę dotarło jeszcze kilku innych zawodników, w tym Transatlantyk, będący najstarszym uczestnikiem MRDP w historii. Wielkie gratulacje dla wszystkich! ;)

Łącznie przejechałem 3166,82km (dane częściowo z licznika, częściowo z gps’a), co zajęło mi 153h i 39minut, dając średnią prędkość na poziomie 20,61km/h. Przewyższeń uzbierało się 19 958m, ale podejrzewam, że było ich trochę więcej (od 5 dnia przewyższenia zliczał tylko GPS, który trochę zaniża, szczególnie na pagórkowatym, nie górzystym terenie).

Pod krzaczkiem, w oczekiwaniu na zakończenie ;)

Trudności?
Tak, trochę ich było.

1) Największym problemem i męką MRDP były kiepskie drogi. Duża część wschodniej i zachodniej ściany to dziura na dziurze. Z drugiej strony, trasa była poprowadzona możliwie blisko granic, i bocznymi dróżkami, co ma swój olbrzymi urok, a niestety w naszym kraju albo jedzie się główną drogą po dobrym asfalcie, albo boczną gdzie asfalty są kiepskie.

2) Wiatr. Jechaliśmy po pętli, więc teoretycznie wiatr powinien być raz w plecy, raz w twarz. Niestety wiatr mocno się obracał na naszą niekorzyść, i zdecydowaną większość trasy jechaliśmy z wiatrem w twarz. Do tego tragiczna końcówka, gdzie (pomijając już nawet mój kontuzjowany stan) wszyscy byli najbardziej zmęczeni i styrani, a wiatr był najsilniejszy od startu i do tego centralnie w twarz.

3) Deszcz i zimno. Piątego dnia cały czas było zimno i prawie non-stop padało. Dodatkowo również od piątego dnia do końca trasy, po zachodzie słońca bardzo szybko robiło się zimno, co utrudniało jazdę i wypoczynek zarówno na trasie jak i w nocy.

4) Brak snu? Mi osobiście poza ostatnim odcinkiem gdzie zarwałem nockę nie doskwierał.

Zalety maratonu:

1) Super trasa, pozwalająca obejrzeć z siodełka regiony rzadko odwiedzane, z racji na dużą odległość od domu, i kiepskie drogi.

2) Świetna atmosfera. Osobiście niezbyt często się spotykałem na trasie z innymi zawodnikami (jedynie kilka razy z Wilkiem i Danielem), ale były to zawsze spotkania miłe :) Do tego na starcie i na mecie było super ;)

3) Ogromne zaangażowanie osób trzecich :) Dzięki MRDP poznałem kilka osób, które mi pomogły na trasie, jak np Wąski, który przejechał ponad 100km samochodem żeby zrobić mi punkt na trasie :) Do tego pełno smsów od znajomych, a nawet od nieznanych mi do tej pory osób jak np Jan L., który jest rekordzistą MRDP.

4) Wielka satysfakcja po przejechaniu ;) W końcu to prawdopodobnie drugi najdłuższy maraton świata!

5) Nauczyłem się spać trochę jeździć w systemi ultra light, i zaliczyłem pierwsze spania pod gołym niebem (tj bez namiotu) ;)

Po 5 dniach jazdy (do kontuzji, po deszczowym dniu):

1732,72km (346,54km na dobę), 70h i 20minut na rowerze, średnia 23,63km/h, 12 839 przewyższeń.

Kolejne 5 dni przyniosło:

1434,1km (286,82km na dobę, w tym jedna kombo – ostatnia doba bez spania), 80h 19minut na rowerze, średnia 17,86km/h, 7 119 przewyższeń.

Sprzęt:

Nie miałem żadnej awarii roweru. Największym problemem, był nie dokręcony przy jednej z regulacji zacisk rury podsiodłowej, którego dokręcenie zajęło mi 30 sekund ;) Idealnie sprawdził się też Brooks Flyer. Jestem przekonany, że na żadnym innym siodełku nie dałbym rady tyle usiedzieć w tak spokojnym tempie w trakcie ostatnich 5 dni, nie czując przy tym prawie bólu.

Czołówka Black Diamond Spot 2 okazała się zbyt słaba, więc od Przemyśla jechałem z dwoma lampkami (doszedł Mactronic Noise którego umocowałem na lemondce). Ten zestaw sprawdzał się idealnie ;)

Do tego kilka razy sam z siebie wyłączył się GPS, ale po ponownym włączeniu dalej normalnie działał.

Sen:

Od soboty, do wtorku, czyli przez 10 nocy, spałem łącznie około 40h i 30min, co daje 4h i 3min spania na dobę ;) Senność w ogóle nie była dla mnie problemem na trasie, poza ostatnim odcinkiem gdzie zarwałem nockę.

Na mecie wystarczyła chwila nieuwagi i od razu zasypiałem ;)

Picie:

W trakcie MRDP wypiłem olbrzymie ilości picia. Niestety nie zapamiętałem ile czego… :p Udało mi się nie zbrukać bidonów niczym innym poza wodą. Nie lubię jak mi się bidon klei, albo woda ma posmak tego co w nim wcześniej było [; Wypiłem do tego kilka litrów soków, które albo pochłaniałem na miejscu, albo wiozłem w sakwie. I ze 4 litry coca-coli, + kilka jogurtów pitnych. Do tego kilka herbat, i wmusiłem w siebie jakieś 0,5L energy drinka na koniec :p

Jedzenie:

Żywiłem się głównie bułkami (zjadłem ich około 90), i prawie co dziennie jadłem jakiś obiad. Na 10 dni jazdy, zjadłem na ciepło:
1x kebab
8x pierogi (ruskie/z mięsem)
3x schabowy + ziemniaki (jedna porcja)
1x zraz w sosie + ziemniaki
2x frytki
1x schabowy + ziemniaki od Babci Adama Ś. :)
1x schabowy + ziemniaki od Rodziców Ani :)
Sterta makaronu od wyżej wspomnianych, oraz jeszcze większa sterta makaronu od Robba (od Robba jakiś 1kg, od Rodziców Ani koło 0,5kg)
3x hot-dog z Orlenu
4x zupa (rosół/pomidorowa)
1x średnia pizza
1x penne carbonara
Jakieś 30 różnych batonów (głównie różne wafelki – snickersów i marsów w ogóle przełknąć nie mogę :P)

Na całej trasie dostawałem olbrzymie wsparcie. Nie czytałem relacji innych, ale zgaduję, że nikomu tak wiele osób na trasie nie pomogło, lub choćby jechało ze mną kawałek. A byli to w kolejności jazdy:

– Łatośłętka wraz z żoną
– mój Tata
– Kondor
– Senes
– Adam Ś.
– Baranowscy
– Daniel3ttt
– Rodzice Ani
– Robb M.
– Mors
– Wąski
– 4gotten
– Państwo K.
– MichałZ i Miki

Na trasie dostawałem też olbrzymie wsparcie smsowe. Na oko dostałem koło 400-500 smsów w trakcie jazdy ;) Było to niesamowicie budujące i bardzo pomagało. Aż ciężko teraz żyć bez tych wszystkich codziennych smsów… Może wyślecie jeszcze czasem coś? ;)

Tutaj na pewno nie wymienię wszystkich którzy napisali mi smsa (skrzynka mi się zapchała, więc musiałem skasować na szybko sporo smsów), ale chociaż spróbuję:

Foka, Camellus, Łatośłętka, VooyMaciej, M+k, 4gotten, Eranis, RJanus, Janus, Mdudek, Magda, Olo, AdamŚ, Aaadam, Vilqu, Robb, Wojtek K, moi Rodzice, Ania B oraz jej Rodzice, Kaha i Emes, Remigiusz, Andrzej W., Łukasz R., Janek L., Zbyszek, Marek i Ula, Bitelsi, Yoshko, Aard, Daniel, Zuza, Księgowy, Borafu, Miki150, MichałZ, Kapitan Nemo, Wilczestado, Cymmes, Wąski, Martink, Natalia, Suchy, Freud i Ada, Zbyszek i Ala S., Piotrek D., Wallace, Milena P., Offensive Tomato, Suisseit, Ciman, Adriano.

Sorry, jeśli kogoś pominąłem ;) Łącznie 52 różne numery… ;) Wielkie dzięki Wam wszystkim!

Skutecznej regeneracji sił, spokojnego snu, kiedy już zjedziesz do boksu. Za Twój o-grom-ny wysiłek, trud, wdzięczni Ci jesteśmy. W naszym życiu klasa tej jakości jest poza realnym zasięgiem. Dzięki Tobie w zmaganiach tych uczestniczymy. Jesteś naszym reprezentantem. Nachylasz nam rąbek niedosiężnego (rowerowego) nieba. Jak Św. Fryc. Za Twoim udziałem, święty nam trwa czas. Głęboki, szczery Szacunek. Wdzięczność. Szczasliwej!

Mam tak długich i oryginalnych smsów sporo więcej ;)

Dzięki również wszystkim pogodynkom za aktualne prognozy, szczególnie dla Adama Ś., Yoshka i M+k.

I dla Aarda za uzupełnianie mojego profilu na BS’ie ;)

Po maratonie:

Posiedzieliśmy na mecie pod krzaczkiem co by się przed słońcem schować, które z racji dużego niewyspania wszystkich którzy przyjeżdżali pod koniec na metę bardzo męczyło. Rozdanie pamiątkowych statuetek, oraz honorowej kryształowej dla Wilka (zwycięzcy MRDP).
Była też pamiątkowa fota naszej trójcy na koniec maratonu, na pamiątkę że nam się wszystkim udało ;)

600 401

Tak, Wilk bez wąsów… Ania nawet powiedziała, że przystojny… kto wie, może takim go będziemy oglądać? ;)

Skoczyliśmy we troje (z A. i WojtkiemG) na obiad, po czym wskoczyłem na rower, by z wielkim uśmiechem, jadąc 10km/h, znowu po bruku dojechać te 9km do Władysławowa. Mijali mnie dosłownie wszyscy, mnie wszystko bolało, a i tak nie mogłem się przestać cieszyć z tego że dojechałem do mety. Chyba… nie, zaraz. Nie chyba. Na pewno nigdy nie czułem tak wielkiej satysfakcji z czegokolwiek.

Następnego dnia nierowerowo (na stopa) odwiedziłem Hel, a kolejnego dnia znowu wskoczyłem na rower, którym przejechałem tego dnia łącznie 65km, prawie bezboleśnie. Goi się na mnie wszystko jak na psie ;)

600 479

Dziś, czyli równy tydzień od startu dalej mam spuchnięte prawe ścięgno achillesa, i mocno zdrętwiałe ręce. Mam problem z przekręceniem klucza w zamku, z wyszorowaniem garnka… Przejdzie. Kiedyś ;)

Roweru nie mam dość ani trochę, i zamierzam jeszcze w tym roku trochę pojeździć. Lekarz już zakazał mi ścigania się, ale spokojnie, turystycznym tempem jakąś gminę może w tym roku jeszcze zaliczę ;)

Łączna trasa:
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=dikbnvfptpeoaanr

Trasa maratonu wiodła przez 235 różnych gmin, w tym 157 nowych dla mnie (łącznie 887, 259 w tym roku):

600 557

Cześć. Trochę jak kleszcze/rzepy – na czas MRDP – przyczepiliśmy się do Was. Tylko tak trasę tę mogliśmy przejechać – bez ryzyka kontuzji, wycieńczenia, braku snu, wychłodzenia, zwątpienia. Czyniąc tak, postąpiliśmy jak prawdziwi faceci – wykorzystaliśmy Was i zostawiliśmy B-). Dziewczyny, to trudny temat. Dość gwałtownie szybko zazwyczaj to już raczej życie po życiu ): – już nic nie uradzisz. I nie masz poradni, instancji, do której pukając, mógłbyś liczyć na skuteczną pomoc (oh no no forget it!). Pozdrowienia Tobie! Zdrowia! Pomyślności! Pamiętaj: Liczy się każdy przytomny oddech! Kochaj! Raduj się! Czyń Dobro! Pan jest z Tobą Piotrze! ;) 0) Łatośłętka

52 strony A4 w wordzie napisane 11’ką. 13 608 wyrazów, 77 613 znaków + 3 000 spacji. 576 akapity, 1683 wiersze.
Samego tekstu bez dodatkowych przerw i linków było 37 stron ;)

Ciekaw jestem ile osób przeczytało całą relację ;)

Dziękuję, dobranoc ;)

27 myśli nt. „2013 – MRDP

  1. Co by tu powiedzieć. Wielki szacun za to, ze w ogóle podjąłeś się misji przejechania dookoła PL a co dopiero zaliczyć obwód. To co? Bijesz rekord Flasha czyli 8000km w przyszłym roku po Europie? :> Ja nic nie mówie :D

  2. Przeczytałem jednym przelotem, brawa za nieugiętość! Była moc na początku oj była :) Super zapis wrażeń :D Ja wprawdzie bez kontuzji dojechałem, ale walkę o czołowe lokaty przegrałem ze snem..

  3. Bobiko, dzięki ;) Co do Flasha, to kto wie, może kiedyś… ale przyszły rok raczej odpada. Będzie na spokojnie, wyprawowo ;)

    Stasiej, również dzięki ;) Każdy z czymś walczył. Albo z brakiem snu, albo ze zmęczeniem, z kontuzjami…. niektórzy ze wszystkim na raz :P Do zobaczenia zapewne w Radlinie ;)

  4. juz zdjecie w otoczeniu ‚babek’… genialne!
    baaaaardzo fajny sposob pisania (klimacik, dystans, zero nudzenia).
    duuuzy wyczyn, a tyle pokory, normalnosci, ‚skromnosci’!
    no! tacy ludzie to mi zdecydowanie imponuja! :)

  5. Melduję przeczytanie od deski do deski :) Cóż powiedzieć… myślałeś by wydać to na papierze? :) Aż żal, że się skończyło… Szczere wyrazy podziwu i gratulacje zwycięskiego boju z samym sobą. Coś niesamowitego! :)

    Pozdrawiam

    P.S. tak poza tematem – mam wrażenie, że czytałem również ciekawą relację Pani A. – Nordkapp? Dobrze kojarzę? ;)

  6. mAnia, Boney, Mario – dzięki, miło ;)

    Darek, kto wie, może się zainteresuje kiedyś jakiś wydawca i skrobnę coś więcej ;) temat by się znalazł (choćby Bałkany)

    Goofy, w sumie jest tego tak dużo, że można by to spokojnie wydać :D ale nie wiem czy jakikolwiek wydawca czymś takim byłby zainteresowany ;) Dzięki!

    Co do A., to bardzo dobrze kojarzysz ;)

  7. Grrrrrrrrratuuuuuuuuuuuluuuuuuuuuuujęęęęęę (też sobie bo dotrwałem do końca Twojej relacji)
    Nawet mam swój udział w Twoim sukcesie (przypadkowo wszedłem w kadr aparatu, Ten na czarno w „Giancie” z kolegą Arturem (na żółto) (http://arturbike.bikestats.pl/), który namówił mnie na wyjazd „możliwie terenowo” z Elbląga do Rozewia by Was „wystartować”) i jestem z tego dumny.
    Jestem dumny z tego, że mogłem uczestniczyć w tak niezwykłym wydarzeniu jakim jest i będzie MRDP.
    Dodatkowo cieszę się, że wśród tych najlepszych znalazł się elblążanin Robert (Marek niestety z powodów zdrowotnych musiał „odpuścić”).
    Pozdro rowerowo z Elbląga

  8. Nie no, 37 stron połknąłem w zastraszającym tempie. Wesoło się wszystko czyta ( standard z resztą u Ciebie:)

    Co tu powiedzieć? Gratulacje! Szacunek. Kolejne wyzwanie to…?;)

  9. Piękny wyczyn! Na razie nie jest w moim zasięgu, ale zobaczymy, może w następnej edycji. Oby tak dalej! Trzymam kciuki za dalsze twoje myślę, że nie gorsze wypady i wyczyny!

  10. Sierra, dzięki że wpadłeś! Zawsze to miło jak są ktoś pokibicuje ;)

    Hose, konkretnego kolejnego wyzwania póki co brak. Ale coś tam się już rodzi powoli w głowie… ;)

    RomkaG, Asia, Łukasz, Nurzyniak, dzięki za miłe słowa ;)

    Nurzyniak, zachęcam do startu. Niesamowita przygoda :P

  11. Wielkie gratulacje za MRDP, a jeszcze większe za świetną relację, czytało sie extra.
    Też byłam a siebie dumna po przejechaniu 324 km na świnoujskim maratonie

  12. „Ciekaw jestem ile osób przeczytało całą relację ;)”
    Ja przeczytałem :) Wyczyn niesamowity, i pióro bardzo mi się podoba, poważnie, pomyśl o karierze pisarza! A jak będzie następna edycja, to masz u mnie bułkę z szynką.
    Pozdrawiam!

  13. 00:21… taki czas u mnie… przeczytalem jednym łykiem Guinnesa :) Nie tylko przeczytalem, ale i wracalem kilkakrotnie do roznych akapitow.
    Gratuluje Ci wytrwalosci.
    Gratuluje Ci siły ducha.
    Dziekuje za inspiracje ;)
    Wpadnij kiedys i objedz nasza wyspe ;) Zapraszamy z hindiana tak na serio!

  14. Witam,
    Przede wszystkich moje gratulacje. Świetnie się czyta Twoją relację. Nawet nie wiem kiedy doszedłem do końca i nawet nie odczułem 37 stron (no może poza tym, że wskazówki na zegarze szybko zmieniły swoje miejsce :))). Gratuluję hartu ducha. Sam złapałem bakcyla rowerowego i zacząłem co nieco czytać o ultramaratonach, i wyczyn taki jak Twój jest dla mnie poza jakimkolwiek (na razie :)) zasięgiem. jeszcze raz GRATULACJE!!! i na pewno będę śledził tę stronę :)
    BTW. Pozdrowienia ze Starachowic :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>