Kokotek – Moskwa

Galeria

Tryb jazdy:
Nasz plan dnia wygląda prawie co dziennie tak samo. Pobudka o 5, o 6 wyjazd. 50km, w trakcie których nie robimy żadnych postojów, później 30min przerwy, zwykle pod jakimś sklepem. Później znowu 50 i tak dalej… jedna z przerw, obiadowa, trwa godzinę. Do tego w ciągu dnia mamy też zawsze Mszę Świętą.
Plan minimum, to 150km dziennie, który udaje nam się z nawiązką realizować.
Każda niedziela, to z założenia dzień wolny (od jazdy na rowerze ;)).

Dzień 1

Data:
3.05.2013

Ilość km:
210km

Średnia prędkość:
21,7km/h

Ilość przewyższeń:
1302m

Suma km:
210

Pobudka o 5 rano. Trzeba się będzie do tego przyzwyczaić ;) Msza Święta w pełnym, mimo wczesnej godziny Kościele.

Data naszego wyjazdu złożyła się ze zjazdem Niniwy. Zjechało się więc sporo ludzi, dzięki czemu mieliśmy naprawdę wielkie pożegnanie. Głównie młodzi ludzie. Łącznie koło 200, a może nawet więcej osób. Po rzewnych przemowach (m.in. bardzo sympatycznego na żywo Jerzego Buzka ;)) i uściskach, gdzie czasem obcy ludzie ze łzami w oczach życzyli mi dobrej drogi ruszyliśmy.

Przyczepka lata jak szalona. Nie mogę jechać, zostaje od razu w tyle. Co się dzieje? Poluzowana szybkozłączka. Poprawiam, i już muszę cisnąć żeby dogonić.

Ojciec wszędzie mnie chwalił. Że Gobi, że Ironman, że 1008 w 48h. A ja ledwo trzymam koło… O co chodzi? ;) Szczególnie na podjazdach mocno ciśniemy. 18km/h na długawym, 3% podjeździe, z ~50kg w sakwach to za szybko. Może to przez wczorajszy deszcz? Może skumulowane zmęczenie ostatnich dni? Cóż, zobaczymy.

Pierwsze 50km szybko poszło. Średnia 24km/h. TVN, TVP Katowice, Trwam, ciągle nas mijają i nagrywają, kręcąc na postoju wywiady. Wóz TV Trwam pięknie zajechał drogę TVN’owi. Dobrze, tak trzymać chłopaki ;)

Górnik prezentuje swój sprzęt grający. Tym razem nie ma akumulatora samochodowego, tylko mały power bank i niewielkie głośniki, typu do laptopa. Niestety muzykę słychać tylko w odległości jednego-dwóch rowerów od niego. Szkoda. Myślałem, że będziemy mieli dzięki niemu ciągła dyskotekę w trakcie jazdy ;)

Kolejne szybkie kilometry i postoje. Coś jest nie tak z moją korbą. Kilka razy w trakcie jazdy staję żeby ją dokręcić, a ta znowu się luzuje. Czyjś Tato częstuje nas sporą ilością kabanosów, którymi dzielimy się w trakcie jazdy.

Na 15min łapie nas deszcz. Dobrze, że nie dłużej ;) W trakcie postoju na stacji benzynowej pod Chęcinami wreszcie wychodzi słońce, więc można się trochę zagrzać. Podjeżdżają też rodzice Ojca z łazankami. Miła niespodzianka, jedzenia nigdy nie za wiele [; Chyba wszyscy trochę zmęczeni i niedospani, bo mimo krótkiej przerwy, i tak każdy korzysta z chwili wolnego i kładzie się szukając choćby kilku minutowej drzemki.

Kiepska końcówka – B. zostaje w tyle. Zresztą, ja też umęczony jestem nieźle ;) Trochę to pewnie spowodowane rwanym tempem grupy. Trochę ciężko się czasem na kole siedzi, szczególnie biorąc pod uwagę jazdę z sakwami i utrudnione przyspieszanie. Robimy całą grupą postój 10km przed metą. Słabo trochę tak odpoczywać tuż przed końce ale cóż zrobić ;)

Podjazd na Św. Krzyż idzie przyzwoicie. Nie szarpię się za mocno z obawy przed uszkodzeniem kolan, ale i tak dojeżdżam te 4min po czołówce która się ścigała na całego ;) Na mecie czekają już moi rodzice, z dodatkowymi zapasami jedzenia i blaszką szarlotki dla wszystkich. Dzięki!
Do tego biorę od nich co nieco sprzętu którego nie wziąłem, i oddaje im kilka zbędnych rzeczy. Już po dzisiejszym dniu stwierdzam, że czasu na zdjęcia to na tym wyjeździe nie będzie. Zastępuje więc sporawą lustrzankę małym wodo i wstrząsoodpornym aparatem. Zdjęcia może i będą gorsze, ale przynajmniej nie będę się bał wyciągnąć aparatu w trakcie jazdy ;) Tak czy inaczej, mamy na pokładzie 3 lustrzanki, 2 kamery Go Pro, i pełno kompaktowych aparatów. Jestem pewien, że zdjęć będzie aż nadto.

Oblaci na Św. Krzyżu podejmują nas bardzo gościnnie. Kolacja, ciepły prysznic, kawałek podłogi do spania. Nic więcej nam nie trzeba. Mocno styrany, ale szczęśliwy idę spać. Trochę jak na maratonie ta jazda…

Przeszło mi przez myśl po drodze, żeby zostawić przyczepkę żeby sobie ulżyć, ale pomysł porzuciłem. Próbuję jechać z nią dalej. Ponoć na poprzedniej wyprawie też był jeden gość który jechał z przyczepką. Pozbył się jej już pierwszego dnia… ;)
Na postojach porównywaliśmy wagę rowerów z bagażami. Mój ewidentnie zajął pierwsze miejsce w tym konkursie ;)

Trasa:

Dzień 2

Data:
4.05.2013

Ilość km:
153

Średnia prędkość:
24km/h

Ilość przewyższeń:
1500m

Suma km:
363

Spanie strasznie krótkie. Do tego strasznie chrapali ludzie, czego mimo wielu prób przyzwyczajenia się, naprawdę nie potrafię znieść. Chrapanie działa na mnie jak płachta na byka… Żeby zasnąć musiałem zaaplikować koreczki do uszu, i przenieść się na korytarz. W głowie grają mi lubiane przeze mnie chóry gregoriańskie. A nie, zaraz, śpimy w klasztorze. To realny, poranny śpiew zakonników. Aż miło było posłuchać. Może by się tak do tego zakonu… ;)

Budzę się pierwszy i lecę dalej do roweru ogarnąć bagażnik. Brakowało mi pałąka do bagażnika, którego moi rodzice poprzedniego dnia zapomnieli mi dowieźć. Napotkani z rana Rodzice dają mi też masę jedzenia i rękawiczki. Żarcia to mam na dobre kilka dni ;) Sakwy przepełnione.

Uwijam się sprawnie i lecimy na śniadanie, a później mamy krótkie zwiedzanie kaplicy Św. Krzyża, o której opowiada nam rezydujący na miejscu Oblat, i już wsiadamy na rowery.

Ruszam z góry jako jeden z ostatnich, ale dzięki dużemu dociążeniu (mój rower z bagażami jest zdecydowanie najcięższy w grupie ;)) szybko się rozpędzam, i na dół dojeżdżam jako pierwszy. Dziś, mimo chrapania i tak wyspałem się dużo bardziej niż przez ostatnie kilka nocy, dzięki czemu od razu dużo lepiej się jedzie. Sporo prowadzę grupę, szczęśliwie nie pada w ogóle, ale i tak jedziemy w mokrych (w przypadku moim, B., i Cimana od 2 dni) ciuchach.
Pierwszy postój już po 10km. Dostaliśmy zjebkę od Ojca, za nierówną jazdę, zły szyk grupy itd. Cóż, miał zdecydowanie rację ;) Trochę nieforemny ten nasz peleton. Ciągle ktoś wyrywa, wyprzedza niepotrzebnie, tempo też bardzo niestabilne.

Przed Ostrowcem Świętokrzyskim Cimanowi rozwala się pedał (wieziemy sporo części zapasowych, więc szybko wkręcamy zamiennik) a kawałek dalej spotykamy naszego (mojego, Cimana i B.) wspólnego kolegę Transatlantyka, z którym gadamy chwilę. Doganiając grupę chodnikiem, wpadam na serię obniżeń przy domach. Ku uciesze widzów spada mi sakwa ;) a kawałek dalej, już w Ostrowcu, spada druga (był to pierwszy i ostatni taki przypadek na wyprawie w moim przypadku).

W Ożarowie postój, gdzie dopada nas Transatlantyk w garniturze. A to nowość ;) Krótka gadka (bo postój krótki), kabanosy z chlebem na zagrychę, i lecimy dalej. Dobrym tempem docieramy do Kraśnika, który jednak mijamy żeby zrobić w końcu postój przy restauracji przy Shellu. Wcinam kotlety i jajka z domu, zapijając zamówioną herbatą.

Robimy małe zamieszanie. Ktoś chce odkupić od nas wyprawową koszulkę, kelnerka przegania gotujących na własnych kuchenkach przed restauracją chłopaków. Bez efektu ;)

Znów szybkie spanie. Jedna z umiejętności którą nabyło chyba sporo osób na tej wyprawie ;)

Pod rowerem najbezpieczniej ;)

Po 1h postoju jedziemy dalej. Wreszcie sucha droga, więc zakładam suche skarpetki i do tego sandały. Miłe uczucie ;)

Coś się dłuży droga do mety dzisiejszego dnia. Ojciec Andrzej jadący z nami jedynie odcinek do Lublina gdzie rezyduje, zarządza ponad planowy krótki postój. Ponoć się to nie zdarza na wyprawach ;) Nawet z rowerów zbytnio nie schodzimy. Postaliśmy chwilę i ruszamy na ostatnie kilometry.

Dogania nas jakiś gość na rowerze, obiecując że pojedzie z nami na wyprawę za rok. Ponoć z samego rana ruszył i zrobił ze ~150km żeby tylko z nami się zobaczyć. Ciekawe, czy rzeczywiście pojedzie za rok.
Przechodnie wytykają nas palcami (to ci! Ci z telewizji!), kierowcy pozdrawiają klaksonami. Medialna propaganda robi swoje ;) Fajnie by było po takim rozreklamowaniu wyprawy jeździć tylko i wyłącznie po Polsce. Wszyscy by nas kojarzyli i może chętniej brali pod dach ;)

Po 10km wpadamy wreszcie do Lublina na zakupy w Lidlu. Śmieszny ochroniarz, który sprawdził ciśnienie w oponach, stwierdzając, że ‘to trzeba 28 calowe koła’. Znawca ;) Dobrze, że wcześniej o tym nie wiedzieliśmy że takie trzeba.

Śpimy w domu studenckim u O. Andrzeja. Dostało mi się nawet łóżko. Niespodziewany luksus. Kolejne regulacje rowerów – jak już wyjdziemy z Polski będzie dużo gorzej z dostępnością ew części zamiennych, więc lepiej sprawdzić wszystko tutaj. Naprawiam moją ledwo działającą tylną przerzutkę (zapchany pancerz). Po mojej naprawie (tj wymianie) śmiga jak nowe.

Msze Św. mamy w malutkiej kaplicy, w której ledwo się mieścimy. Górnik przeprasza za ‘nie do końca przepisową jazdę’, tzn za jego wieczne zygzaki, wyprzedzania itp. Ponoć zwykle na tyle grupy jeździ, z racji na to że ciężko mu się dostosować.

Ojciec jechał z Górnikiem z przodu.

O: Wolniej!
G: Kazik?!
O: Wolniej!
G: Jaaa, Kazik!
Muzyka, którą Górnik puszcza, czasem go chyba trochę ogłusza ;)

Zimny, ale jednak prysznic. Dobranoc.

Oglądamy się w ‚Faktach’ ;)

Trasa:

Dzień 3

Data:
5.05.2013

Ilość km:
0

Średnia prędkość:
0

Ilość przewyższeń:
0

Suma km:
363

Znowu coś spać nie mogłem. Już którąś noc z rzędu. Nie pospałem za wiele, bo pobudka o 7:30. A niedziela, to ponoć dzień wolny :/ Trochę inaczej to sobie wyobrażałem.
Zapowiedziane TV Lublin karzę nam na siebie sporo czekać, ale w końcu się pojawia i udzielamy z B. wywiadu. W międzyczasie jest też jakieś radio. Media, media…

Odwiedzamy na chwilę KUL, starówkę, jemy małe pizze w restauracji. Dostajemy kilka godzin czasu wolnego, który wykorzystujemy z Michałem K., który ma zniżki w McDonalds, zamawiając ~10 lodów na 1 rachunek ;) Do tego chwila przyjemnego leżakowania z B. pod zamkiem. O pojechaniu na wyprawę myśleliśmy zanim się jeszcze poznaliśmy.
Ta wyprawa będzie niezłą próbą jak na początek (~4 miesiące się znamy) naszej znajomości (zdradzę od razu, że daliśmy radę ;))

Rozeszliśmy się trochę po mieście, spotykając się tak czy inaczej co jakiś czas. Ładne stare miasto, zamek, park. Zakupy i kolejne regulacje roweru. Wreszcie zakładam owijkę na kierownicę (do tej pory jechałem na samych łysych rurkach ;)). Swego czasu udało mi się przez tydzień jechać w podobny sposób i to przy większym dziennym kilometrażu. Nie było kiedy założyć ;)

O 18 spotkanie na którym każdy wylewa żale. Trochę narzekania na szyk, na medialność wyprawy, ale ogólnie wszyscy zadowoleni. Wkurzający czasem jest Marcel, który stara się uchwycić kamerą wszystko. Dosłownie wszystko. Nie dość, że jesteśmy non-stop w dużej grupie, gdzie i tak ciężko o jakąkolwiek prywatność, to jeszcze na dodatek ta kamera wszędzie…

B. boli głowa i brzuch. W ruch idzie piołónówka (wyciąg z piołunu na spirytusie – nie ma nic lepszego na żołądek!). Oby pomogło… Przy intensywnym trybie wyprawy choroba może spowodować spore problemy. Czasu na regenerację za bardzo nima…

Uzupełniam wreszcie dziennik (w którym tradycją już jest, że mam zaległości). Sąsiadka Oblatów poczęstowała B. dużymi ilościami ciasta, pasztetu, kaszanki i ogórków. Rzuciliśmy się na dary, ale niestety okazało się, że wszystko, dobre kilka kilo żarła, było zepsute lub spleśniałe :/ Tacy twardziele, a jednak emerytka by nas wszystkich załatwiła ;)

Dzień 4

Data:
6.05.2013

Ilość km:
140

Średnia prędkość:
25km/h

Ilość przewyższeń:
353m

Suma km:
503

Byłem dzisiaj na Mszy Świętej. Mam wrażenie, jakbym był na takiej prawdziwej Mszy pierwszy raz w życiu. Trwała 1,5h, nie było na niej żadnych specjalnych ceremonii czy ‘jego ekscelencji’, a ja żałowałem, że już się skończyła. To było coś.

Prowadził ją O. Ryszard u Oblatów w Kodniu koło Terespola. Świetne przeżycie. Może głupio to zabrzmi, ale miałem wrażenie że ta msza miała sens. Po mszy odmawiamy dziesiątkę różańca przed obrazem w sanktuarium, ale jak powiedział Ojciec ‘nie po to, żeby się przypodobać ludziom bo o to nie dbamy, tylko Bogu. Bóg nie śpi, więc my możemy czasem odpocząć, a On będzie działał za nas. Poświęćmy godzinę dziennie dla Boga. Ludzką samotność wypełnia Bóg, a my powinniśmy strzec się trzeba przed osamotnieniem.’

O Rysiek ma 60 lat, świetnie gra na gitarze piosenki np Feela ‘Jak anioła głos’, i chodzi po wsi gadając z ludźmi o ich sprawach. Nie, nie po kolędzie. Tak na co dzień.

Niesamowity człowiek. Takich nam trzeba! Szkoda, że tak ich mało… Ale nie wszyscy mogą być wybitni. Wszak to tylko ludzie.

To teraz od rana. Tradycyjnie, źle mi się spało (w mini garderobie, z której wystawały mi nogi na korytarz ;)). Z rana tradycyjnie pakowanie, śniadanie – koniec kotletów z domu ): Po pożegnaniu z Ojcem Andrzejem ruszamy przez zakorkowany Lublin.
Marcel po kolejnej sesji zdjęciowej, na które co jakiś czas ustawia się na trasie, zostaje z tyłu na długo. Najpierw Ciman, a później i ja czekamy na niego by już razem pod niemały wiatr w twarz dogonić grupę. Zawsze to na wspólnymi siłami sporo łatwiej.

Chwilę później, głośny huk. Joli pękła obręcz z przodu.

Już trzeciego dnia jazdy przydaje się przyczepka ExtraWheel ;) Przerzucam sakwy z przyczepki na pusty przedni bagażnik, daje Joli koło z przyczepki, a na przyczepkę zakładam jej zniszczone. Pojedzie i na takim ;) W trakcie jazdy prawie nie czuć że coś jest nie tak, choć rower z przednimi sakwami zamiast obciążenia na przyczepce zdecydowanie ciężej (gorzej!) się prowadzi. Jeśli mam wybór, to zdecydowanie wolę sakwy na przyczepce niż na przednim bagażniku. Po postoju przy sklepie dojeżdżamy do Włodawy. Moja mocno skrzypiąca korba na ostatnim odcinku, okazuje się być poluzowanym suportem… Suport wymieniałem jeszcze w Krakowie własnymi siłami, ale jak się okazało (robiłem to pierwszy raz) nie zrobiłem tego zbyt dobrze ;) Po wskazówkach Cimana zrobiłem to jak trzeba, i okazało się, że suport jest za krótki. W lokalnych sklepach odpowiedniego suportu brak, koła dla Joli też się nie udaje kupić. Znaleźliśmy za to sztuczną szczękę w trawie. Niezła była impreza…

Z pomocą Cimana rozkręcam suport, czyszczę i nasmarowany zakładam z powrotem. Obciera blat o ramę (korba trekingowa 26/36/48 z rama MTB nie są idealnym połączeniem).

Kuba Hepner przy próbie złapania się traktora pada niczym Goliat (Kuba jest dość pokaźnych rozmiarów). Ostra dyskusja z kierowcami kończy się bez rękoczynów, a my dojeżdżamy w końcu na spokojnie do Kodnia. Drogi przy granicy dość dziurawe, ale za to sporo mniej ruchliwe i przez to przyjemniejsze.
Odwiedzamy klasztor karmelitanek, które będą się za nas modlić godzinę dziennie. Sióstr jest akurat tyle ile nas, więc każdy ma przypisaną sobie siostrę ;) Karmelitanki, to taka modlitewna opoka Kościoła. Modlą się za ważne i znaczące sprawy, więc ich wsparcie jest sporym dla nas wyróżnieniem.

Później prysznic u Oblatów i wspomniana na początku Msza. Po obrządku, lokalna młodzież podjęła nas ciastkami i herbatą w salkach pod Kościołem. Wieczorem piwo i sporo śmiechu ze śląskiego ‘ja’.
„Ty to robisz, ja?” ;)
Ciman naszprycował się skondensowanym mleczkiem z tubki (zjadł 2 w 15min i zapił piwem), dzięki czemu był z deka nadpobudliwy ;)

Wszyscy wokół chrapią. Czas jechać na PKP wraz z ojcem Ryśkiem po koło dla Joli i suport dla mnie, który kupiła w Warszawie Mama Cimana, i podała przesyłką konduktorską.

Jechało się dziś super, nie licząc epizodycznego ale ostrego bólu prawego kolana.
Jutro Białoruś!

Trasa:

Dzień 5

Data:
7.05.2013

Ilość km:
172

Średnia prędkość:
27km/h

Ilość przewyższeń:
158m

Suma km:
675

Pobudka z rana i od razu lecimy na mszę. Po mszy bierzemy się za wymianę suportu. Udało się, ale nie wchodzi mi blat… Ważne, że jedzie. Z blatu nie skorzystam już do końca wyprawy, przez co mocno utrudnione było gonienie grupy i niemożliwe dokręcanie na zjazdach. Powyżej 40-45km/h praktycznie już nie mogłem dokręcić. Może to i dobrze? Przynajmniej z większą kadencją jeździłem.

Kolano boli od samego rana. Nie wróży to dobrze… Mam już sporo doświadczeń z bolącymi kolanami, więc kombinuje na tyle ile się da, żeby mu ulżyć. Trochę inne ustawienie stopy na pedale, i mocniejsze dociskanie drugą nogą. Trochę to męczące, ale lepiej tak, niż zajechać sobie kolano. Do tego przestawiam kilkukrotnie siodełko.
Po mocno dziurawej drodze docieramy do Terespola, który omijamy bokiem kierując się do granicy.

Po zaleceniach gburowatego urzędnika wypełniamy jakieś śmieszne karteczki których i tak raczej nikt nie sprawdza. Jakieś dziwne, bardzo rutynowe kontrole. Odzwyczaiłem się już od normalnego przekraczania granic. Schengen wydaje się już niejako normą. Tak po prawdzie, to nie wierzę, że granice są na tyle dobrze strzeżone, że o 3 w nocy przez środek lasu nikt nie przemknie… Kontrole na bramkach są więc wg mnie dość iluzoryczne, celem zachowania pozorów.

Celnik zagląda dwóm osobom w sakwy, i na tym kończy się jego kontrolowanie. Na paszportach skupiają się sporo dłużej, co też wydaje się bzdurą. Jeśli ktoś jest poszukiwany, i wie że granicy przekroczyć nie może, to raczej nie jest na tyle głupi, żeby pchać się w ręce kontroli. A może po to właśnie jest ta kontrola? Żeby takich skończonych idiotów wyłapywać?

W kantorze po polskiej stronie nie udaje nam się kupić białoruskich rubli. Galopująca inflacja powoduje nieopłacalność interesu ;) Udajemy się więc do banku gdzie za 100zł dostajemy około 260 000 rubli – niezły przelicznik, a ponoć kilka lat temu i tak skasowali kilka zer. Niezły przelicznik. Trochę jak nasze stare dobre ‘polskie złote’ ;) Mam bardzo żywe wspomnienia tych dziesiątków tysięcy w portfelu, a moja ś.p. Babcia do końca życia mówiła o swoich milionach złotych emerytury ;)

Białoruś. Nasz pierwszy obcy kraj. Wita nas o dziwo bardzo dobrą drogą. W Brześciu led’owe światła na skrzyżowaniach, sporo drogich, porządnych samochodów. Inaczej to sobie wyobrażałem.

Pierwszy białoruski postój robimy na stacji benzynowej. Jak już powyciągaliśmy nasze kuchenki, szybko nas przegoniono na jej obrzeża. Brzmi rozsądnie. Moja kuchenka coś szwankuje, więc zamiast gotowania makaronu, ugotowałem sobie wodę na zupkę chińską. Pożywne, ciepłe, i ponoć niezdrowe. Mimo to, zupki były istotną częścią mojego jadłospisu w pierwszym miesiącu wyprawy ;)

Kunsztem kulinarnym popisał się tutaj za to Mateusz Majchrzak, który wyciągnął spore pudełko pełne przypraw i produktów, które pozwoliły mu przygotować ‘normalne’ jedzenie.

Ciśniemy drogą M1 w stronę Mińska. Bardzo dobra ekspresówka, niezbyt duży ruch, niestety wiatr w twarz, więc jedzie się dość ciężko. Ekspresówka płatna, ale udaje nam się nie płacić – na bramce podnoszą nam szlaban i puszczają bez słowa. U nas by to nie przeszło.

Zagadują mnie jacyś Białorusini, trochę ciężko idzie dogadanie się, nie przyzwyczajony jestem jeszcze do ruskiego, którego odrobinę poduczał mnie mój Tata jakieś hmmm 12 lat temu ;p Czytanie cyrylicy jeszcze jakoś tam mi wychodzi, ale żeby coś wydukać samemu…
Droga strasznie nudna. Płasko, mało zakrętów, aż bierze na spanie i boli tyłek. Jak to na płaskim ;) Do tego dość ciepło, i nie ma co pić. Krótki postój na stacji benzynowej. Jeść mi się nie chce, ale i tak trzeba choć trochę w siebie wmusić. Przerwa minęła strasznie szybko, i znów wsiadamy na rowery.

Nuuudy. O dziwo jedzie się sporo lepiej. Siedzę na końcu peletonu, i pomimo bardziej rwanego tempa, jedzie się przyjemniej, bo nie trzeba idealnie trzymać tempa i koła, co jest psychicznie nużące.
Dojeżdżamy do jakiejś wiochy, robimy zakupy, Filip robi salto na dętce od traktora po której skakali lokalni chłopcy, i zaczepia nas też jakiś żul. Górnik radośnie obwieszcza wszystkim ‘parówki!’ machając nimi w ręce. Żul odpowiada ‘da! Pa ruski!’ ;)

Podbijamy do kościoła protestanckiego, gdzie zespół dziewczyn +2 chłopków daje nam mini koncert (też nie pozostajemy im dłużni śpiewając ‘taki duży taki mały’ i ‘barkę’). Przychodzi proboszcz i zgadza się na to, żebyśmy spali w kościele. Mała kolacja (po dwie kromki i ciastka), mycie. Hitem jest świetny kibel dwuosobowy, przy którym stoi się naprzeciwko siebie. Przodem.

Znalazłem pianino, więc nauczyłem się grać ‘ona tańczy dla mnie’, które ciągle słychać na głośnikach Górnika. Do grania dołączył się Marcin M. Po krótkim graniu B. się obruszyła, że grałem bez niej… Sytuację naprawiła kolejna dawka mojego wątpliwego talentu pianisty. Wieczorem ‚łatanie dętki’, i spanie.
170km i 150m przewyższenia. Tragedia…

‘Gdzie jedziemy?
W prawo, bo w lewo to chyba nie’

‘Kwas chlebowy, to taka coca-cola z magą’

Trasa:

Dzień 6

Data:
8.05.2013

Ilość km:
238

Średnia prędkość:
22,6km/h

Ilość przewyższeń:
695m

Suma km:
913

Świetnie się spało. Piwo na sen wybitnie pomogło ;)
Na śniadanie dwie kromki, i chwilę po 6 ruszamy przed siebie. Szybko się ociepla, i jedziemy dalej nuuudną drogą. Nie ma się czym zająć,

Idealna droga (autostrada), z niewielkim ruchem. Do tego bardzo płaska. Straszne nudy. Boję się, że cała reszta naszej drogi nad Bajkał będzie tak wyglądać… Piszę tutaj smsa Marcelowi, który ma do nas dołączyć ponownie w Moskwie, żeby kupił mi krzyżówki. Będzie się czym zająć w trakcie jazdy ;) Gramy trochę w karty, w różne gry słowne, i tak mijają kolejne kilometry i kolejne postoje. Marcin miał dobry pomysł z Kindlem (czytnik e-booków).

Przed wjazdem do Mińska Górnik założył na rower swoją największą flagę. 2x3m. Niesamowity widok. Po prostu piękny. Sama przyjemność jechać za taką flagą.

Po Marcelu kamerę (go pro) przejmuje Szymon Z, który już na pierwszy rzut oka widać, że inaczej podchodzi do tematu kamerowania. Ciekawsze ujęcia, brak permanentnej inwigilacji ;) Trochę wykorzystuje tutaj też swój nadmiar sił do powyprzedzania grupy a później gonienia jej. Każdy sobie radzi jak może ;)

Docieramy w końcu do Mińska, gdzie Ojciec dzwoni do Ojca Jurka, u którego mamy nocować. Każda obwodnica, i większa droga (cywilizowanego) świata ma słupki kilometrowe. Chcąc się odnaleźć na takiej obwodnicy, podaje się nr słupka przy którym ktoś czeka i wtedy bardzo łatwo i bezproblemowo można się odnaleźć. Tymczasem Ojciec Jurek, mieszkający od kilku (nastu?) lat w Mińsku, powiedział, żebyśmy kierowali się na ‘jeziorka’.

Żart.

Podpytujemy na stacji benzynowej, i jedziemy we wskazanym kierunku, dzwoniąc co jakiś czas do O. Jurka, który upewnia nas za każdym razem, że jest kilka kilometrów przed nami. Tym sposobem przejeżdżamy 2/3 pełnej TIRów i spalin obwodnicy Mińska (~20-30km), nie spotykając naszego gospodarza. Zapada zmrok. Zrezygnowani czatujemy na przystanku czekając ponad godzinę na odsiecz. No nie powiem, wkurzony tu byłem niesamowicie… Zamiast zwiedzić kawałek Mińska, straciliśmy dobre kilka godzin na jego obwodnicy. Idiotyzm. Widząc bezsens podejmowanych decyzji chodziło mi tutaj po głowie odłączenie się od grupy i pojechanie dalej na własną rękę. To dopiero kilka dni, a mi już takie rzeczy po głowie chodzą…

O. Jurek prowadzi naszą grupę ostrym tempem (od razu się mocno rozrywamy) jadąc na awaryjnych, przez co nigdy nie wiemy gdzie skręci. Bezsensu ciąg dalszy…

Docieramy w końcu do małego domku, na którego podwórku mamy zostawić rowery. Eh…

Sakwy wrzucamy do samochodu, i idziemy ~2-3km do właściwego miejsca naszego noclegu, tj dużego mieszkania w nowym bloku. Szybkie zakupy (jutro święto, ponoć mają być zamknięte sklepy), i powciskani jak sardynki w puszce idziemy spać koło 2 w nocy.

To był bardzo trudny koniec dnia. Czułem się zupełnie jak w wojsku, gdzie nie mam wpływu na wydawane decyzje, nawet jeśli są one bezsensowne. Nie lubię być od kogoś zależnym, a w takiej sytuacji moje ‘nie lubienie’ sięgnęło zenitu.
Dobrze, że B. była na miejscu i ze mną sporo pogadała i mnie uspokoiła ;)

Wsiadamy w kilka osób do windy, która zamyka się i rusza. Słyszymy głos O. Jurka z dołu komentujący odjazd windy „pojechali?” Mistrz ;)

Trasa:

Dzień 7

Data:
9.05.2013

Ilość km:
0

Średnia prędkość:
0km/h

Ilość przewyższeń:
0m

Suma km:
913

W ramach odpoczynku, i nadrobienia straconych godzin snu, robimy dziś dodatkowy dzień wolny. Tego to się nie spodziewałem. Nie zdarza się raczej Niniwie robić wolne bez powodu (stolica to żaden powód). Wolne od rowerów oczywiście, bo o czasie wolnym raczej nie ma tu co rozmawiać. Mieliśmy pospać, ale od rana się ludzie kręcą, więc tradycyjnie się nie wyspałem. Na śniadanie chińszczyzna, tj zupka chińska i idziemy grupą na zwiedzanie miasta. Idziemy na wspólny spacer po mieście, w którym obchodzony jest Dzień Zwycięstwa, upamiętniający zwycięstwo nad Niemcami, które zakończyło II wojnę światową, święto wyzwolenia Białorusi. Górnik wrzuca swoje głośniki do plecaka, i idziemy grupą podśpiewując ‘ona tańczy dla mnie’. Do centrum dotarliśmy już po pochodzie, ale i tak spotykamy wielu odznaczonych ludzi, którzy zbierają kwiaty od przechodniów za swoje zasługi. Na transparentach stalin, lenin, wszędzie widać sierp i młot. Jest też jeden z wielu na Białorusi wielki pomnik stalina.


Na prowizorycznej bramce kontrolnej policjanci zatrzymują kilku z nas (tych z lustrzankami). 5 min później zwijają bramkę, pozwalając na swobodny przepływ ludzi na i z placu…
Obiad w drogawej knajpie (najdroższa pizza 80zł), gdzie z Baranem dopiero za 3. Razem udaje się nam zamówić z menu coś aktualnie dostępnego. Próbowaliśmy wziąć coś lokalnego, ale z racji niedostępności, skończyło się na zestawie pizza + frytki. Zdrowo ;)

Wracamy do domu po zakupach w sklepie, w którym było zabronione niemalże wszystko, m.in. siedzenie na podłodze. Zdobyczny banan i kwiatek dla B ;)

W domu każdy gotuje jedzenie, więc jest niezłe zamieszanie. Ja tradycyjnie pozostaje wierny makaronowi (pene + pesto). W wolnym czasie nawet się umyłem. Do czego to doszło… Prawie codzienne mycie na wyprawie. Częściej niż w domu ;)
Pijemy piwo na sen i idę spać o 19-20 (wg zaleceń Ojca mieliśmy iść o 18, co niektórym się udało).
Sms od Wilka, wzywający do konkurencji nie wzbudza emocji, bo nikt go prawie nie zna ;)

Mińsk się buduje

 Dzień 8

Data:
10.05.2013

Ilość km:
240

Średnia prędkość:
24,8km/h

Ilość przewyższeń:
966m

Suma km:
1153

Pobudka o 2 rano, czyli 1 naszego, polskiego czasu. Masakra jakaś.

Jeszcze w śpiworze wciskam drugą połowę pene z pesto, szybko się ogarniam i idziemy z buta do sióstr u których zostawiliśmy rowery.
Mało powietrza w tylnym kole – jakaś mikro dziurka. Napompowałem dętkę i jest ok ;) Zakładamy sakwy pod blokiem i o 4:20 ruszamy w trasę. Praiwe 2,5h nam zeszło na zorganizowanie się :/

Charakterystyczne na wschodzie kolorowe domki

Jest zimno, dość mocny wiatr wiejący szczęśliwie w plecy dzięki czemu jedzie się super. Wokół głównie pustkowia, ew las, a że droga bardzo szeroka, to nawet las niespecjalnie chroniłby nas od ew przeciwnego wiatru.
Robimy klika bardzo krótkich postojów, i tym sposobem mamy 160km w południe. Po ponad 200km na liczniku, zjeżdżamy na boczną drogę, na której jest pełno dziur. W tak dużej grupie jak nasza, pokazywanie sobie dziur jest bardzo ważne, ale niestety duża część osób tego nie robi, czego efektem jest częste zaliczanie dziur… Na jednej z dziur Górnik robi klasyczną ‘rybkę’ (czyli ominięcie dziury w ostatnim momencie przez szybki ruch w prawo i w lewo), która oczywiście kończy się wywrotką osoby jadącej za nim. B. po wywrotce szybko zeskakuje na pobocze (cenna umiejętność, szczególnie jeśli za nami jechałby samochód), gdzie okazuje się, że poza wielkim siniakiem na biodrze i lekkimi obtarciami (w tym roweru) nic się nie stało. Uf.

Zestaw grający Górnika

Docieramy nad bardzo zimne jezioro, gdzie kilku facetów i B. jako jedyna dziewczyna się zanurzają (ja tylko do kolan ;)). Pod małym daszkiem wcinamy lokalny specjał, tj coś pomiędzy bezami a piankami. Strasznie mnie od tego zmuliło, do tego od dobrych kilku dni jestem coraz bardziej chory (jak się później okazało, wyleczyłem się dopiero po miesiącu jazdy…). Ledwo żyje. Do tego B. trochę zdycha (też chora…), więc dopycham ją na kilku podjazdach ;) Jeśli ja jestem od niej zdecydowanie silniejszy, a jedzie mi się ciężko, to ona, będąc jeszcze bardziej chora ode mnie musi naprawdę cierpieć… Nie daje tego twardziel po sobie poznać i robi co może żeby utrzymać tempo. Szacun ;)
Wreszcie docieramy do Szumilina, gdzie mamy świetną gościnę w byłym MDK’u, a aktualnie klasztorze oblatów.

Dostajemy duuużo ryżu, który jest ponoć dobry. Ja przez masakryczny katar w ogóle nie czuję smaku.
Po obiedzie wcinam jakieś leki i padam trupem spać (koło 20). Mamy nie wykończone pokoiki, w których są łazienki bez zamknięcia, ew bez drzwi ;) Piecu też chory, kaszle w stylu dławiącego się starego diesla…

240km ze średnią >24km/h. Nieźle.

Trasa:

Dzień 9

Data:
11.05.2013

Ilość km:
200

Średnia prędkość:
23,9km/h

Ilość przewyższeń:
973m

Suma km:
1353

Spałem niby 9h, ale ledwo się zwlekam. Koło mnie już czeka fanta i ciastka przywiezione przez B. Miło. Nie dość że sama chora, to jeszcze dba o mnie ;)

Na śniadanie parówki i pasztet od Ojców – pojedlimy. Ruszamy na trasę z wiatrem centralnie w twarz. Od samego początku B. zostaje w tyle, więc ją przez cały dzień co chwilę dopycham ;) Pomimo kiepskiej dyspozycji, tzn jadę zasmarkany i z gorączką, do tego na postojach trochę zdycham, o dziwo jedzie mi się świetnie. Zaczynam żałować, że jednak zostawiłem lustrzankę w domu, kosztem małego aparaciku, bo wreszcie bez problemu mogę prześcignąć grupę i porobić jakieś zdjęcia.

Ostatnie zakupy na Białorusi, gdzie wydajemy reszte pieniędzy. Obkupieni w dużą ilość Syroków, czyli małych, bardzo słodkich serków/deserów i skondensowanego mleka w tubkach siadamy pod sklepem i się obżeramy. Idzie zwymiotować od nadmiaru słodyczy… ;)

„Mogę zamiast 6 000 rubli dać ci baton?”
Ah ta inflacja ;)
50 rubli warte jest niecałe 2 grosze. 100 takich banknotów, 2 zł. Wychodzi niewiele drożej niż papier ;)

Koniec z tą stertą białoruskiej kasy. Białoruś była dla nas bardzo miła. Do tego zadbana, dobre drogi, oby tak dalej!
Przekraczamy niestrzeżona granicę z Rosją (takie ichnie Schengen) i stajemy na siku po 300m. Górnikowi te 300m wystarzyło, żeby stwierdzić, że straszny burdel w tej Rosji ;)

Fakt faktem, od razu dużo więcej śmieci i większy nieład.

Sprawnie docieramy do Katynia.

Niezbyt widoczne miejsce, flaga mniejsze od górnikowej…

Tablica napisane w duchu ruskiej propagandy. Na nielicznych tablicach jest bardzo mało konkretnych informacji, jakieś lanie wody o przymierzu polsko rosyjskim, i do tego maks połowa napisów przetłumaczona na język polski. Po krótkim spacerze odprawiamy mszę przy pomniku ofiar. Na koniec mszy minuta ciszy, którą przerywa okrzyk Miśka „cześć i chwała, bohaterom!”. Zaśpiewaliśmy też hymn.

Poruszające miejsce. Każdy powinien je odwiedzić.

Ciśniemy kawałek dalej do Smoleńska, gdzie na ostrym podjeździe B. łapie ostry ból brzucha. Zostaje z Usią (która Smoleńsk odwiedzała niedawno), a my jedziemy do miejsca katastrofy.
Jadąc główną drogą nie ma żadnej tabliczki informacyjnej. Na miejsce katastrofy dojeżdża się po zakurzonych betonowych płytach. Jest sporo zniczy pod pamiątkową (nieściętą) brzozą i pamiątkowy kamień wysokości ~0,5m nad ziemią. Słabo. Strasznie słabo. Po wypadkach na drogach widuje się większe pomniki upamiętniające te katastrofy…

Podjeżdżamy pod Franciszkanów, gdzie Wojtek wciska się pod bramą i znajduje ojca Ptolemeusza, który dostał ponoć przykaz, żeby przyjmować tylko duchownych , ale lituje się i bierze nas pod dach.
W ciasnej sali konferencyjnej jest… ciasno. Ojciec zachowuje wobec nas spory dystans, zdecydowanie nie spoufala się. Siada z nami przy stole, i raczy nas historią zakonu, po czym udostępnia kuchnię i pralkę.
Nasz pierwszy wieczór w Rosji. Idziemy na poszukiwanie monopolu ;) Wybieramy się w ~7, by po godzinnych poszukiwaniach wreszcie znaleźć otwarty sklep. Z suchością w gębie podchodzimy do odpowiedniego działu, przy którym wita nas odgradzający sznurek i kartka „w godzinach 23-8 alkoholu nie sprzedajemy”. W Rosji! Tego to się nie spodziewałem… Próbujemy jakoś przekonać ekspedientki żeby sprzedały nam na lewo, ale nic nam się nie udaje wskórać.

Z podkulonymi ogonami wychodzimy ze sklepu. Kawałek dalej trafiamy na bar, w którym udaje się nam zaopatrzyć ;)
Smoleńsk ma około 300tys ludności, więc specjalnie duży nie jest. Duże są za to skrzyżowania, a drogi szerokie. Człowiek stoi na początku skrzyżowania, rozgląda się w lewo, prawo, nic nie jedzie, można iść. Jak się już przechodzi, to po pewnym czasie znowu się trzeba rozejrzeć, bo zanim się przejdzie przez drogę, to może coś nadjechać… W wielkiej Rosji, wszystko jest больши́е…

Raczymy się naszymi zapasami w naszej noclegowni (po przeskoczeniu ~3m płotu po raz drugi), i kładę się spać na karimacie na dziedzińcu, bo nie chcę mi się ściskać niepotrzebnie wewnątrz. To już 8 dzień wyprawy, a to dopiero pierwsze spanie na zewnątrz. Szkoda, lubię spać na dziko, w namiocie, gdzie człowiek jest blisko natury i chłonie otoczenie wszystkimi zmysłami.

Trasa:

Dzień 10

Data:
12.05.2013

Ilość km:
0

Średnia prędkość:
0km/h

Ilość przewyższeń:
0m

Suma km:
1353

Niedziela. Znaczy się teoretycznie wolne. W praktyce o 11 spotkanie, później wspólny obiad, spacer, o 18 msza, a o 21 apel. Czyli non-stop razem, i brak czasu na cokolwiek.

Idziemy na bardzo szybkie zwiedzanie, tzn odwiedzamy bardzo ciekawy zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz Sobór Zaśnięcia Matki Bożej.

Ojciec wychodzi z założenia że ‘zabytki będziemy zwiedzać, jak sami będziemy zabytkami’, dzięki czemu zwiedzanie na wyprawie ograniczamy możliwie do minimum ;)
Sam nie jestem fanem łażenia po muzeum w każdym odwiedzonym mieście, ale chciałbym czasem zobaczyć coś więcej, co udaje mi się tym razem dzięki Konsulowi. Wziął razem z nami udział w Mszy, po której trochę nam poopowiadał, a następnie wziął mnie, Pieca, Wojtka i Ojca na małą wycieczkę.

Wsiedliśmy do białego Volvo na czerwonych tablicach rejestracyjnych, z okien którego konsul pokazał nam swoją siedzibę: ‘a tu sobie malwy jeszcze posadzę’. Bezcenna informacja. Z naszych podatków. I malwy i wycieczka ;)

Objechaliśmy kawałek całkiem ładnego miasta – duże parki, rodziny spacerujące po historycznych placach. Z drugiej strony, jak wszystkie ruskie miasta, Smoleńsk jest dość mocno zaniedbany, brudny i po prostu dziadowy. Trochę jak u nas ~30 lat temu.

Dzień 11

Data:
13.05.2013

Ilość km:
49km

Średnia prędkość:
20km/h

Ilość przewyższeń:
200m

Suma km:
1402

Spanie znowu super, ale pobudka niestety jak zwykle bardzo wczesna. Jeszcze się do niej nie przyzwyczaiłem (do końca wyprawy mi się to do końca nie uda).
Zebrać się coś nie mogłem, pakowanie też mi kiepsko idzie, przez co do kółka, którym kończymy każdą przerwę dochodzę jako zdecydowanie ostatni, za co dostaje ‘żółtą kartkę’ ;)
Jedzie się fajnie. Jak już wyjechaliśmy ze Smoleńska, w którym czychało na nas sporo niebezpiecznych, dużych, czasem nie zakrytych studzienek, przywitała nas szeroka i porządna droga. Kolejny wschód słońca widziany z siodełka. Oj, naoglądałem się ja tych wschodów za całe życie ;)

Mijamy stojący na poboczu radiowóz (DPS – taka nasza drogówka), obok którego stoi patrzący spode łba policjant. Po chwili radiowóz mija nas i zatrzymuje się kilkaset metrów dalej, i ten sam policjant tym razem już zdecydowanie nas zatrzymuje.

Po rusku w naszej grupie poza 3 osobami praktycznie nikt nie gada. Przy czym tak naprawdę dobrze dogaduje się chyba jedynie Krzysiek Skok ;)

Z policjantami gadają we dwóch – Ojciec i Skok.

‚Żdec adin czas, budiet eskorta’

Godzina to przy naszym trybie spora strata, ale wyjścia nie mamy. Trzeba czekać. Godzina, akurat tyle, żeby zrobić mszę. Kilkanaście metrów od drogi, przytuleni do siebie, żeby przez hałas drogi nie umknęło żadne wypowiadane słowo.

Adin czas minął (jedna godzina), policjant dalej stoi koło nas, i wyłapuje kolejnych piratów drogowych z przepaloną żarówką wlepiając kilkudziesięcio złotowy mandat. Głowy nami sobie nie zawraca. Dalej pojechać nie możemy, bo policjant nie wie, czy możemy legalnie jechać tą drogą. Eh…

Na rozgrzanym poboczu drogi zalegamy na karimatach i leżakujemy. Wreszcie jest okazja wyciągnąć szachy które ze sobą wiozę ;) Szybko okazuje się, że nie mam się co równać do ninowowych mistrzów – Pieca i Kuby K ;) Trochę się z tymi szachami wygłupiłem. Piecu ranking na poziomie 2000, ja nawet nie wiem o istnieniu ogólnego rankingu ;)

Eskorty ciągle brak. Maniura dzwoni do konsula (szczęście, że go wczoraj poznaliśmy, na pewno będzie inna gadka) i razem ze Skokiem jadą załatwiać pozwolenie na dalszą jazdę.

Spędzamy dobre 4-5h na słońcu. Gdy już zaczęliśmy zamieniać się w skwarki, ktoś wpadł na pomysł, żeby schować się pod mostem. Świetny pomysł! W przyjemnym cieniu od razu w ruch idą kuchenki i po chwili unosi się zapach gotowanego… makaronu ;)

Drugie gotowanie na mojej kuchence – tak samo jak i pierwsze – zakończone fiaskiem. Zapchana, brudna, nie wiadomo. Korzystam z palnika B., która gotuje sobie razem z Jolą. Ja chciałem sobie gotować sam, bo naczynia mamy małe, a jem dużo… Dość powiedzieć, że z czasem jadłem pełną menażkę makaronu, i jeszcze po dziewczynach dojadałem ;)

Na obiad makaron z konentratem (jeszcze z Krakowa), i przyprawami. Pycha.
W końcu przyjeżdża Maniura oraz konsul, który razem z policją eskortują nas do bocznej drogi ~700m wcześniej. Do malutkiej wioski, w której po dość szybkich wyjaśnieniach z odpowiednikiem naszego sołtysa – gołową (nie wiem czy to dobre słowo…), ruszamy dalej, za wieś, prowadzeni przez starą rozklekotaną (służbową?) ładę.
Po kilku kilometrach jazdy asfaltem w głąb pól, odbijamy na polną dróżkę, by kilka set metrów dalej, na środku wielkiej łąki zatrzymać się.

– Tu poczekacie na decyzje w sprawie eskorty

Serio? TUTAJ?

Udało nam się przekonać gołowę, do zmiany miejsca. Osiedliśmy przy stawie, kawałek dalej. Pogadaliśmy chwilę z konsulem, i po 15 min zostaliśmy sami.

Co tu robić? Woda się kończy, jedzenia zbyt wiele nie mamy…

Do kąpieli w stawie zniechęcają pijawki. Rozbiliśmy namioty, przy czym mój minutę później potoczył się prosto do jeziora. Olać pijawki, trzeba ratować namiot! Tym samym byłem pierwszym, który trochę mimowolnie się wykąpał. Niektórym strach przed wodnymi stworami nie pozwolił się wykąpać przez cały nasz pobyt tam. Jak już mokry i tak byłem, to popływałem chwilę ;)

15min później podjechał do nas duży pickup. Z środka wysiadł uśmiechnięty Sasha i zaczął wyciągać podarki dla nas. Co dostaliśmy?

– mięso z całego, świeżo zabitego barana

– 30 litrów piwa

– 10 litrów wódki

– 40 litrów wody

– 10kg ziemniaków

Bardzo szybko polubiliśmy nasz obóz nad jeziorkiem ;) Kto za to wszystko zapłacił? Do dziś nie wiadomo. A przykaz o zadbaniu o nas ponoć wyszedł od kogoś ‚z góry’.

Kobiety wzięły się za skrobanie ziemniaków, faceci za szykowanie mięsa. Jak już się trochę rozochociliśmy a nasze zapasy trochę się skurczyły, wskoczyliśmy więc w kilka osób razem z Sashą do samochodu i pojechaliśmy do sklepu. Samochód zostawiliśmy 100m od głównej drogi, by na piechotę dojść do sklepu.

– Na głównej nie można jeździć po pijaku, bo policja sprawdza. Na wsi można.

W drodze powrotnej odwiedziliśmy gospodarstwo, gdzie Sasha chwalił się bydłem, oraz obwiózł nas po okolicy pokazując swoje niezliczone hektary łąk.

Podjechaliśmy też na pamiątkową mogiłę ofiar wojny.

Po powrocie impreza się rozkręcała coraz bardziej. Przyjechali kolejni Rosjanie. Na skuterze, na koniu. Konia niestety nie upilnowali, i zaczął łazić między namiotami niszcząc trochę dwa namioty, laptopa, i na do widzenia kopnął leżącego w namiocie Michała w głowę… Dobrze, że nic poważnego się nie stało. Mieliśmy niezłego stracha…

Ruscy Polakom nie sprostali i popadali jak muchy ;) Jeden z nich, wracając do domu (jadąc skuterem oczywiście) złamał rękę… Się działo ;)

Trasa:

Dzień 12

Data:
14.05.2013

Ilość km:
13,2km

Średnia prędkość:
15km/h

Ilość przewyższeń:
40m

Suma km:
1415,2

Ciężki poranek. Jak to po imprezie.

Siedzimy sobie na wyschniętych kępkach trawy, w kurzu i lekkim brudzie. W tych warunkach podjęliśmy delegację administracji rejonu w którym przebywamy. Laski na szpilkach w białych bluzkach łażące po błocie – świetny widok ;) Wręczyli nam jakieś foldery reklamowe, i zdjęcie brzozy rosnącej przy mogile, upamiętniającej miejsce. Śmiać się czy płakać…

Plan na dziś? Taki jak wczoraj, czyli czekamy na informację o eskorcie. Pierwszy raz na wyprawie mieliśmy prawdziwy czas wolny. A to spacer, a to pograliśmy w coś (jak Piec chciał w mafię grać, to go zabijaliśmy od razu ;)), a to sklep odwiedziliśmy… W sklepie ciekawostką było liczydło, na którym ekspedientka ku mojemu zdziwieniu bardzo szybko wszystko liczyła. Musiał dobrą chwilę pomyśleć żeby przypomnieć sobie jak ten wynalazek działa.

Założyliśmy małą polską wieś. Każdy przypisał sobie jakieś funkcje (był nawet człowiek odpowiedzialny za wifi – Filip ;)), i zrobiliśmy prymitywną tratwę, na której chyba tylko Górnik umiał pływać ;)

O 12 miała być informacja czy jedziemy. Później o 15. W końcu odwiedził nas konsul, zasiadając w swoim garniturze na rozklekotanych ławkach przy ledwo tlącym się ognisku. Trochę z nami pogadał dyplomatycznym, działającym na nerwy językiem – niby coś mówił, ale tak naprawdę nic nam nie powiedział :p Mamy czekać.

Salon piękności

Wieczorem znowu zrobiliśmy ognisko, tym razem skupiając się na śpiewaniu wszystkich piosenek jakie znamy. Cel taki obrałem sobie głównie ja, Baran i Piecu. Fajnie było ;)
Pieca przed wyprawą praktycznie nie znałem, i ze sporymi obawami zaproponowałem wspólne spanie w moim namiocie, ale okazało się że był to strzał w dziesiątkę (koedukacyjne namioty nie wchodzą w grę).
Szczególnie jeśli chodzi o pobudki, które robiliśmy zwykle 30min później niż reszta, a i tak się wyrabialiśmy.

Z konsulem

 Dzień 13

Data:
15.05.2013

Ilość km:
90km

Średnia prędkość:
23,5km/h

Ilość przewyższeń:
200m

Suma km:
1505km

Informacji dalej brak. Wiedziemy dalej nasze beztroskie życie ;)

Mszę mieliśmy przy mogile na pagórku 500m od obozowiska, a później posłuchaliśmy audycji o Popiełuszcze, którego relikwie wieziemy do Wierszyny (porzuciliśmy obozowisko na dobre ~2h).

Nagle Maniura mówi, że jedziemy.

Z jednej strony fajnie że ruszamy, a z drugiej, to wcale mi tu źle nie było… ;)

W godzinę jesteśmy spakowani, gotowi do drogi i dojadamy ugotowane ziemniaki (same, bez dodatków – pyszne!). Przyjeżdża konsul, i dalej ciągnie swoim dyplomatycznym bełkotem. Nic nie wiadomo. Mamy czekać.

– Może dziś pojedziecie, ale nie mogę jeszcze nic powiedzieć, bo to za wcześnie.

Podjechaliśmy do wsi, gdzie wdałem się z konsulem w małą dyskusję. Niestety człowiek nie do przekonania, za to bardzo działający mi na nerwy. Odpuściłem zanim doszło do rękoczynu ;)

Ku niezadowoleniu współtowarzyszy wykupuje w dwóch sklepach ostatnie rulony, które stają się podstawą mojego jedzenia ;) Szczególnie biorąc pod uwagę fakt że kuchenka nie będzie mi działać przez około miesiąc.
Rulony, to takie tanie rolady, takie małe ciasta. Kosztuje toto czasem nawet 1,5zł, jedząc dwie można się najeść, i do tego jedna taka ma ~800kcal… Stałem się na tej wyprawie razem z Piecem ekspertem od rulonów ;) Często zamiast śniadania czy robienia kanapek wcinaliśmy rulony. Rulona można było zjeść w trakcie jazdy, a na przerwie po prostu poleżeć…

W końcu eskortowani z przodu policją, a z tyłu konsulem ruszamy. Policja wybrała nam trasę, przez którą nadłożymy około 150km.

Prowadzi nas konsul, który mimo teoretycznej znajomości okolicy i GPS’a w samochodzie i tak się gubi ;) Dobrze, że Ciman był czujny i że złapaliśmy kapcia, co pozwoliło na pogadanie z naszym przewodnikiem (na uwagę w trakcie jazdy, że jedziemy w złym kierunku nie zareagował ;)).

Do tego mówił, że droga jest tylko trochę dziurawa, ale to niebezpieczne tylko dla samochodu a nie roweru. Żartowniś… Samochodem to po dziurach się przejedzie i nie poczuje się nawet nic, a rowerem można koło rozwalić, ew wywalić siebie i innych w ciasnym peletonie.

Po 50km krótka przerwa (z racji na ogrom komarów), i o zachodzie słońca udało się dobić do prawie 100km. Policja pokazała nam niezbyt dobrą pod namioty (nierówna była, duże kępy traw) polankę, mówiąc że tu mamy spać. Ok. Atakują nas chmary, najniebezpieczniejszych zwierząt na Syberii – komarów.

Nasze pierwsze spanie całkiem na dziko (niestety przedostatnie na tej wyprawie). Wreszcie ;)

Ja: Piecu, masz ciepły śpiwór?

P: Za ciepły

Ja: To może nie zakładajmy tropika?

P: Kanieeeszna

Obaj nieźle zmarzliśmy… ;)

Trasa:

Dzień 14

Data:
16.05.2013

Ilość km:
195km

Średnia prędkość:
22,2km/h

Ilość przewyższeń:
862m

Suma km:
1700km

Bardzo dużo rosy, która osiadła na śpiworach i ciuchach. Spanie bez założenia tropika to zdecydowanie nie był dobry pomysł… Więcej tego nie robiliśmy.

Z rana od razu wskakuje do mnie Baran, która ma lekki (czytaj: za zimny) śpiwór, w którym marznie prawie każdej nocy. Jak zresztą sporo innych uczestników wyprawy ;) Razem się grzejemy i wcinamy śniadanie.
Znowu masa komarów, które pomagają nam się szybko zebrać i uciec z powrotem na asfalt. Konsula brak, eskorty brak. 3 dni czekaliśmy na eskortę, która nas obstawiła przez 3 godziny. Takie rzeczy możliwe tylko w Rosji.

Przepis na szybką i pożywną kanapkę wg Pieca.

Składniki: 2 kromki chleba, serek topiony za 6 rubli (~60groszy)
Przygotowanie: włóż serek między kromki (nie, nie marnuj czasu na rozsmarowywanie!). Gotowe.

Ja coś kiepsko się czuję (brzuch), z grubsza ciągnę się z tyłu, gdzie jedzie mi się wyraźnie łatwiej z racji tego że nie muszę trzymać koła cały czas. Czasem wybijam się do przodu, i podopycham trochę nadal chorego Barana ;)

Skoro eskorty już nie ma, próbujemy odrobinę skrócić trasę do Moskwy, przez co ładujemy się w 25km odcinek kiepskiego szutru, na którym nasz peleton mocno się rozciąga. Niektórzy mają cieniutkie (1,2”) opony, na których przy obładowanym rowerze ciężko się przebić.

Robimy postój w małym miasteczku. Ceny rosyjskie, czyli drogo. Mięso 2x droższe, warzywa 2-3x. Środek sezonu, zwykłe pomidory po 12-20zł/kg… Tylko chleb za te 2zł idzie kupić ;) No i oczywiście rulona.

Próbuję iść za potrzebą do lasu, ale zdecydowanie nie był to dobry pomysł. O ile w miasteczkach komarów brak, za to w przydrożnym lesie, gdy te bestie tylko wyczują człowieka (czyli po jakichś 5 sekundach), od razu zlatują się całe ich chmary gryząc wszędzie ;)

Zasygnalizowałem towarzyszom, że coś jest nie tak z oponą, ale nie zdążyłem się zatrzymać i wybuchła dętka. Dziura w oponie :/ Wziąłem na wyprawę 3 zwijane opony Schwalbe Marathon XR, które mają miano legendarnych, i nie do zdarcia. Niestety swoje lata już mają (przebieg bardzo mały), i guma sparciała, przez co najzwyczajniej w świecie pęka.

Zakładam zniszczoną oponę na przyczepkę, gdzie mogę jechać na niskim ciśnieniu.

300m dalej postój obiadowy przy małej altance w środku lasu. Sporo komarów :/ Jak się później okazało, odcinek przed Moskwą był pod względem komarów najgorszym na całej wyprawie.

Ruszając na trasę znowu łapię kapcia (a nawet dwa).

Dziś znów 200km ustukaliśmy. Mimo dość wczesnej godziny (tj sporo przed zachodem słońca), wbijamy się do przydrożnej szkoły na spanie. Szybko znajduję się ktoś, komu Skok i Baran udzielają wywiadu.

Pod prysznicem nawet ciepła woda, mniejsza z tym że żółta.

Układam się w miarę z boku grupy, żeby trochę mniej słyszeć chrapanie, którego (mimo walki z tym) nie potrafię znieść.

Trasa:

Dzień 15

Data:
17.05.2013

Ilość km:
204km

Średnia prędkość:
21,3km/h

Ilość przewyższeń:
1174m

Suma km:
1914km

Zwykle mam problem z obudzeniem się, i ledwo swój budzik słyszę. Tym razem obudziło mnie 10 budzików. Ciman dokopał jeszcze leżącemu, żeby się upewnić że nie śpię. Dzięki ;)

Początek trasy tak jak wczoraj ledwo żyję. Problemy z żołądkiem, straszna słabość. Jak pojawia się na niebie słońce to trochę mi się poprawia. Znowu zaczynam działać jak elektrownia słoneczna – jest słońce – jadę, nie ma, umieram.

Im bliżej Moskwy, tym droga robi się coraz bardziej ruchliwa. Dziś też wyjątkowo ciepło. Doczłapujemy się do mszy w lasku przy drodze, idziemy z Baranem na poszukiwanie studni we wsi.

Wreszcie udaje mi się odpalić swoją kuchenkę, dzięki czemu robię sobie makaron z sosem z torebki. Pychota ;)

Na około 50km od Moskwy zaczynamy mijać potężny korek. Moskwa jak się zakorkuje, to ponoć tydzień schodzi zanim korek się rozejdzie ;)
Większość ludzi w korku pozdrawia nas, macha, trąbi, my śpiewamy. Taka mała korkowa impreza.

Rosjanie znani są w sieci z filmików na których jeżdżą jak wariaci. My już przywykliśmy do tego, że ciągle ktoś nas mija na trzeciego, czasem po poboczu. Tym razem Rosjanie i tak nas zadziwili. Ludzie mijali korek jadąc po przeciwległym pasie lub jego poboczu na wstecznym. Majstersztyk.

Na spanie po raz kolejny udaje nam się wbić do ludzi, tj do hali sportowej, a dokładniej na kort tenisowy tuż przed nią. Mały problem mieli ci, którzy nie mieli samonośnych namiotów. Znowu trafił się nam gorący prysznic. Coś nam się za dobrze powodzi.

Chłopaki skorzystali z okazji, i trochę się poprężyli w siłowni. Inni w międzyczasie zagadywali lokalne dziewoje (Piecu robił to w samych majtkach – wyglądał jak typowy rusek). Każdy znajdzie coś dla siebie.

Znowu sporo komarów, więc rozluźniamy mięśnie (tj pijemy piwo) we trzech w naszym namiocie.

Jutro Moskwa!

Trasa:

Dzień 16

Data:
18.05.2013

Ilość km:
96km

Średnia prędkość:
20km/h

Ilość przewyższeń:
200m

Suma km:
2000km

Sprawna pobudka, choć na umycie zębów to już mi brakło czasu. Ciągle na coś brakuje czasu na tej wyprawie… Nie ma to jednak jak samotna jazda ;)

Wychodzę na początku na prowadzenie w swojej grupce (jedziemy wg zaleceń policji 3 grupami po ~8 osób), i ciągnę na szpicu cały dystans do Moskwy.

W międzyczasie wjeżdża we mnie Kuba K., a w Kubę Ojciec dla którego kończy się to pół saltem z roweru ;) Kawałek dalej Górnikowi spada jedna z sakw które zwykle przypina ekspanderem (zapasowych naciągów ode mnie wziąć nie chciał – ekspander lepszy ;)), którą szczęśliwie udaje się wszystkim ominąć.

Ruch się wzmaga. Droga do moskwy bardzo monotonna, z obu stron drogi wycięty las na ~10m, a co 20m jakiś billboard. Widząc znak o McDonaldsie uciekam do przodu, ale niestety tylko poranne menu, więc się nie skusiłem i po chwili doganiam grupę z pustymi rękami, co niektórych bardzo rozczarowuje :p

B. się trochę obraziła rano, że jej nie pomogłem się zebrać. Jak niby miałem pomóc, skoro sam się nie wyrobiłem? Nie zrozumiesz.

Wreszcie zaczynają się pierwsze moskiewskie zabudowania, droga poszerza się coraz bardziej o coraz to kolejne pasy.

Czekamy pod znalezionym sklepem rowerowym godzinę. To dopiero 2tys kilometrów, a już sporo awarii za nami. Potrzebujemy kilku opon, kół…

Nie spodziewając się zbyt wiele po farmaceutce w aptece:

Baran: Do you speak english?

Eskepdientka: Yes

B.: yyyyyyyyyyyy….

;)
Co to zaskoczenie robi z człowiekiem. Normalnie problemów z porozumiewaniu się po angielsku raczej nie ma :p

Sklep rowerowy bardzo drogi, kół 28″ brak, szukamy następnego. Kupujemy w końcu opony (jakieś nieznane mi Maxxisy) i udajemy się na Plac Czerwony. Szybko doczepia się do nas jakiś policjant, który każe ściągnąć Górnikowi flagę. W sumie mu się nie dziwię. Gdybym zobaczył bandę rusków zdobywających warszawską starówkę z wielkimi flagami też by mi się to nie podobało ;)

Tak czy inaczej, udaje nam się zrobić fajną fotkę na środku placu z wyciągnięta flagą. Robimy oczywiście spore zamieszanie, stając się celem wielu obiektywów.

Zjeżdżając z placu trafiamy na 7 pasmowe skrzyżowanie. Nijak nie idzie go przejechać. Po pewnym czasie zaczynamy nieśmiało wjeżdżać na nie tamując ruch. Policjant z drogówki (DPS) widząc co robimy chyba nie wiedział jak zareagować, i się po prostu odwrócił w drugą stronę ;)

W parafii w której śpimy jest akurat jakaś imprezka, więc kręci się sporo ludzi, a my tylko robimy dodatkowe zamieszanie.Tym większe podziękowanie dla przychylnych księży którzy nas przyjęli.

Mamy zrobić sobie w niedzielę wspólny obiad. Kupujemy więc 6kg makaronu, 12 puszek pomidorów, 4 kg piersi, do tego zakupy dla nas (duuużo rulonów). Ledwo dajemy radę we trzech toto donieść do domu.

Robimy małą posiadówę z jednym z księży, który opowiada nam co nieco o działaniu rosyjskich służb. Podsłuchy czy przesłuchania nikogo tu nie dziwią.

Nocleg mamy w salkach przy katedrze. Ciasno, ale niektórzy nawet łóżka dla siebie dostali. Znalazła się pralka, jest prysznic. Oj, nie sądziłem że na wyprawie na syberię co dziennie będziemy mieć możliwość umycia się ;)

Trasa:

Dzień 17 – niedziela

Data:
19.05.2013

Ilość km:
0km

Średnia prędkość:
0km/h

Ilość przewyższeń:
0m

Suma km:
2000km

Próbujemy wykorzystać chwilę wolnego, i z samego rana zbieramy się na małe zwiedzanie Moskwy. Robi na mnie spore wrażenie. To co widzieliśmy do tej pory w Rosji, to dziadostwo, brud, bieda. Moskwa jest całkowitym tego przeciwieństwem. Jest wielka, ładna, i dość zadbana. Ulice są bardzo szerokie (największą jaką widzieliśmy, była 9 pasmowa), skrzyżowania jeszcze większe ;) Moskwa, to taki zupełnie inny świat w porównaniu do reszty dotychczasowej Rosji.

Już stacje metra były bardzo ciekawe i zaprojektowane ‘na bogato’. Ciekawostką była budka ze strażnikiem na początku/końcu każdych schodów ruchomych. Ot, taka mała, bezsensowna walka z bezrobociem. Obejrzeliśmy Sobór Chrystusa Zbawiciela, który jest największą cerkwią prawosławną na świecie. Później spacer wzdłuż rzeki Moskwa w stronę Kremla.

Na Placu Czerwonym zastaliśmy jakieś uroczystości. Tłum dzieci powiewał flagami z wizerunkami Lenina, Stalina, z sierpem i młotem… Jak w jakimś koszmarze… Odwiedziliśmy też mauzoleum Lenina, do którego niestety nie da się przemycić komórki ani aparatu. I kontrolują to chyba lepiej niż na lotniskach. Grobowiec robi spore wrażenie (szczególnie to, jak jest strzeżony). Sam Lenin to na pierwszy rzut oka to wypchana kukła, z woskową twarzą. A to ponoć nadal jego mumia, którą 2x w tygodniu się konserwuje… ;)

Wśród pamiątek zaskoczyły nas wyraźnie matrioszki z podobiznami Obamy, Micheala Jacksona, Harrego Pottera czy Putina ;) Kto by chciał mieć ośmiu putinów w domu? Jakoś te tradycyjne bardziej mi się podobały.

Pomimo że się przy powrocie rozdzieliliśmy, to i tak spotykamy się przypadkiem w jednym z pociągów metra. Świat jest mały ;)

Po mszy w katedrze, przed którą dziewczyny zaczęły gotować makaron, wcinamy wspólny obiad (z gotującego się prawie 1,5h makaronu ;)). Pyszne było!

Tradycyjny co niedzielny serwis rowerów, zakupy (rulony, duużo rulonów). Została wolna chwila, więc idziemy z B. na piwo na okolicznym placu zabaw. Mało tych wspólnych chwil mamy na wyprawie.

Mamy okazję zostawić w Moskwie rzeczy których nie potrzebujemy, bo autobus którym będziemy wracać też się tutaj zatrzyma. Korzystam z możliwości, i porzucam co nieco kluczy do rowerów, które mamy zdublowane.

Wieczorem pomagamy jeszcze posprzątać po parafialnej imprezie. Zapakowanie krzeseł i stołów do tira, w 15 chłopa zajmuje nam godzinę. Szymon zajmujący się tym swego czasu zawodowo, mówi, że we pięciu by to w 30min zrobili. Ot efektywność pracy ;)

W podziemiach katedry w której śpimy, cały czas siedzi bardzo dziwny i tajemniczy jegomość. Nawet gdy idę o 3 w nocy za potrzebą, on siedzi na krześle i pilnuje 10” czarnobiałego telewizorka.

Łączna trasa:

Dwa tygodnie wyprawy za nami. Trochę sobie to wszystko inaczej wyobrażałem, ale nie jest źle. Największym problemem są dla mnie dość krótkie postoje, na których czasem ledwo się wyrabiam. Wczesne pobudki (nawet w niedzielę), też nie są zbyt miłe ;) Zastanawia mnie fakt naszego pędzenia w trakcie dnia, tylko po to, żeby wieczorem mieć np 4h wolnego. Wolałbym chyba bardziej zrównoważony tryb dnia, tj cały czas wszystko na luzie robić, a wieczorem nie mieć tych kilku godzin wolnego ;)

Kolejna odsłona relacji pojawi się w drugiej połowie lutego ;)

9 myśli nt. „Kokotek – Moskwa

    • Dzięki ;)

      Ilość przewyższeń, czyli ile się podjechało pod górkę.
      Dla przykładu wjeżdżając z poziomu morza na 100m, później zjeżdżając na 50, i wjeżdżając z powrotem na 100, będziemy mieć 150m przewyższenia ;) Mam licznik VDO MC 2.0, który sam zlicza na trasie przewyższenia.
      Przy przewyższeniach rzędu ~1000m/100km można mówić o górzystej trasie.

    • Bardzo mi się podobało,chcę jeszcze.”Smaczków” to poskąpiłeś.Możesz nalać chochlą,a ograniczasz się do łyżki.
      Najlepsza fotka „modlitewne skupienie” -„przytuleni do siebie, żeby nie umknęło każde wypowiadane słowo”,jak dziewczyny się picują też fajne.Oczywiście hitem byłby dwuosobowy kibel w użyciu :) bomba
      Tak szczerze: fajniej w grupie,czy jednak solo?
      Przyjrzałem się też fotce roweru.Jesteś wysoki,tak myślę trochę ponad 180 ramka 19 sztyca wyciągnięta,taki udziwniony ten rower.Sprawdziło Ci się to ?
      Dziękuję.

      • Yurek, dzięki. O to w niej chodziło ;)

        GoralNizinny, dzięki za konstruktywną krytykę. Postaram się poprawić w kolejnej części ;)

        W grupie czy solo? Nie potrafię chyba na to pytanie odpowiedzieć. Ciężko jedno z drugim porównać. Myślę, że w Podsumowaniu się na ten temat mocniej rozpiszę.

        Co do roweru, to fakt, udziwniony jest mocno. Ale sprawdził się świetnie ;)

  1. Bardzo dobra relacja z bardzo niezwykłej mega wyprawy. Wyrażam wielki podziw i gratulację za zrealizowanie tej ekspedycji dla wszystkich uczestników. Zbiera mi się na wiele komentarzy, ale się powstrzymam, bo lepiej, żebym się uczył z Twoich opisów zamiast kłapał dziobem. Czekam z niecierpliwością na c.d.

  2. Dzięki ,że mogłem przeczytać Twoją relację po uprzednim przeczytaniu książki Polska Syberia 2013. Powiem ,że czytając Twoje opisy bardzo setnie się ubawiłem , impreza goście i koń biegający po polu namiotowym. Przyznam ,że nawet sam Michał Kandefer delikatnie odnotowuje ten fakt w swym dzienniku .
    Te kobiety w pełnej gali z folderami. Faktycznie jak wspominają autorzy Polska Syberia-,, Rosja to stan umysłu”. Ciekaw jestem Twego opisu wypadku Hani oraz odczuć uczestników. Dla mnie to w pewnym sensie fenomen ,że właściwie mało się znając dojechaliście chyba ,że faktycznie to działanie Boga przez sakramenty i modlitwę oraz waszą wspólną ciężką pracę.Pozdrawiam serdecznie Przem

    • Fakt, książkowa relacja jest niestety mocno okrojona w niektórych kwestiach.
      Również uważam, że sami, bez Boga i codziennej mszy, byśmy nie dotarli całą grupą ;) Bywało trudno.

      Wszystkie opisy się pojawią. Chcę przyspieszyć i do ~połowy kwietnia wrzucić relację już do końca wyprawy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>