2012 – BB-Tour – 1008km w 60h

Po świetnym jak na mnie starcie w zeszłorocznym BB Tour (szczególnie biorąc pod uwagę, że w zeszłym roku pierwszy raz zrobiłem ponad 300km na raz), w tym roku ostrzyłem sobie zęby na więcej. Godzina do urwania na nie gubieniu drogi, godzina do urwania na braku kontuzji na końcu trasy, 2 godziny mniej postojów, minimalnie szybciej… taki był plan. Powinno wyjść poniżej 43h ;) A jak to było w rzeczywistości? Zapraszam do lektury :)

Przed maratonem trzeba dużo trenować, trzymać dietę itp. Tak słyszałem. Ja tymczasem przed BBT przez 1,5 miesiąca jeździłem rowerem po Bałkanach (z Polski przez m.in. Kosowo do Albanii i z powrotem – obszerna relacja z galerią w trakcie przygotowania :P). Było super.


gdzieś w Serbii :)

Wracając do diety. Jedliśmy tam jak zwykle co popadnie, a o jeździe treningowej też zbytnio mówić nie można, bo po pierwsze jechałem na innym rowerze, a po drugie to w wolniutkim, turystycznym tempie.

Do Polski wróciłem tydzień przed BBT. W ramach odpoczynku od roweru, poszliśmy na 15km spacer po Krakowie, razem z Francuzem który nas wziął na stopa i podwiózł pod sam dom. Całkowicie oduczyłem się chodzić. Na Bałkanach poza spacerem po sklepie i odejściem na stronę, praktycznie nic nie chodziłem. Tak długi spacer nie był dobrym pomysłem… Już na początku coś strzeliło pod kolanem, coś było nie tak z lewym ścięgnem achillesa… Trzy dni później wsiadłem na szosówkę, z której niemalże spadłem – rower zachowywał się zupełnie inaczej, niż obciążony 6 sakwami (czasem nawet 80kg bagażu) rower MTB + przyczepka Extrawheel. Jeździłem więc trochę po okolicy, żeby się przyzwyczaić do roweru. Nie do końca mi się to udało, ale lepsze coś niż nic :)


Góry w Albanii

Dojazd do Świnoujścia:
Już w środę rano zaczynam swój powolny transport w kierunku Świnoujścia. Wyjeżdżam ze Starachowic samochodem do Krakowa, gdzie miałem jeszcze sporo rzeczy do załatwienia.
Pierwsze na czym się skupiłem, to kupno komórki z Androidem, która pozwoliłaby na monitoring mojej pozycji w trakcie wyścigu. W punkcie w którym komórkę kupowałem, okazało się, że Pan się na zapas pochwalił podczas naszej poprzedniej rozmowy, i zapasowej baterii do komórki nie ma. Zaczynają się problemy [; Szybki objazd Krakowa i znalazłem szczęśliwie tuż przed zamknięciem punktu z komórkami zapas. Bez niego komórka miała zerowe szanse dotrwania do mety…
Posypał mi się jeszcze lewy pedał. Wymieniłem go na nowy, a że prawego sam odkręcić nie mogłem, to podjechałem do serwisu. Panowie w serwisie (Ando, przy moście Dębnickim) najpierw dali mi klucz, żebym sam sobie odkręcił. Widząc mój zapał do pracy, zaproponowali mi że mnie zatrudnią :) Niestety moje wysiłki na nic się zdały. Z pomocą przyszedł serwisant wydłużając klucz do ok. 40cm. Raaazem, raaazem. Ani drgnie. Trudno. Zostaje stary pedał, z lekkimi luzami. Nie ma tragedii. Jeszcze wizyta w Decathlonie żeby kupić dętki, w Swoszowicach, gdzie odbieram litrowe bidony isostara. Chciałem mieć dwa różne bidony, żeby mi się nie mieszało nigdy, w którym jest woda, a w którym inne napoje. Pozostało tylko spakować się na najbliższy tydzień w sakwy, co zajęło mi nie 20min jak chciałem, tylko 2h :)

Ok, spakowany. Środa wieczór, ruszam w kierunku Świnoujścia. Demontuje rower na peronie i pakuję się w pociąg w Krakowie Płaszowie. Pociąg objęty całkowitą rezerwacją miejsc, tzn że nie można w nim przewozić rowerów o ile nie ma przedziału rowerowego (a wiadomo, że ten bywa niezmiernie rzadko). Zdemontowany rower przykrywam dużym pokrowcem i udając że to zwykły bagaż, wrzucam go na ruszt nad głową w przedziale. Szczęśliwie nikt się nie czepia, i spokojnie dojeżdżam do Jaworzna, gdzie czeka już na mnie M. z najlepszą szarlotką na świecie :) Tym miłym akcentem zakończyła się środa :)

Cały czwartek walczyłem ze swoją nową komórką, próbując uruchomić w niej aplikację zapewniającą monitoring na wyścigu. Nie udało mi się. Szkoda, że zamiast hasać po Jaworznie, napsułem sobie tyle krwi, a toto nadal nie działa. Moja wizyta w Jaworznie obejmowała też objadanie się tym co mi M. zaserwowała. Morale wzrosły :) O 19:30 wskakuje znowu w pociąg (po zdemontowaniu roweru) już bezpośrednio do Świnoujścia. W przedziale impreza. Dwóch gości z głośnikami i akordeonem. Pospane… a z Panów byli tacy eksperci, że obaj stwierdzili, że na takim wyścigu jak na BBT to większość pewnie jeździ na rowerach typu ostre koło, bo to przecież łatwiej. Żartownisie ;)

Dojechaliśmy koło 9 do Świnoujścia, gdzie na promie spotykam – tak jak w zeszłym roku – Tomka L. Startujemy w tej samej grupie, ciekawe kto kogo tym razem przegoni [;
Podjeżdżam pod ośrodek w którym spaliśmy w zeszłym roku. Szybko dowiaduję się, że w tym roku śpimy gdzie indziej :p Cóż, trzeba było zadzwonić do Vagabonda Dopytać gdzie mamy spanie, i po krótkim błądzeniu po mieście docieram na miejsce. Przy ośrodku kręci się już pełno kolarzy, w tym sporo znajomych twarzy. Zagaduje do Marcina A. o pomoc z komórką i nadal nie działającym monitoringiem. Wbijamy się do Roberta Janika gdzie spędzamy dłuższy czas przy komputerze. Nie przejdzie. W serwisie komórek gość przyjmuje moją i Krzyśka D. borykającego się z tym samym problemem komórkę i o 14 zaczyna walkę z komórkami.
Ja w tym czasie próbuję się ogarnąć przed wyjazdem. Szalejemy trochę z Marcinem A. z taśmą izolacyjną. Pomysł przyklejenia czołówki do kasku na stałe był naprawdę dobry. Nic nie latało, był dobry kąt, dostęp do baterii, włącznika. Super. Taśma poszła jeszcze w ruch przy mocowaniu pompki do roweru. Później upychanie czego popadnie w podsiodłówkę i w torbę na ramę. Wziąłem ze sobą: multitoola (rozkuwacz, imbusy, śrubokręt i dwa płaskie klucze), zapasową linkę przerzutkową, opaskę na kolano, ocieplane nogawki, bluzę, kurtkę, odtwarzacz MP3, komórkę (a nawet dwie), kilka batonów, paczkę cukierków kopiko i niezłą stertę baterii.
O 19 ruszamy na odprawę techniczną, by dowiedzieć się kilku szczegółów odnośnie wyścigu i bardzo chaotycznie zaprezentowanych wskazówek dotyczących naszej trasy.


na odprawie technicznej

Po odprawie jeszcze szybkie piwo na rozluźnienie z Kurierem, który jedzie w tym roku na spokojnie, razem z żoną. Postaliśmy na rogu ulicy, pośmialiśmy się. Oby tak dalej.

Po 22 ruszyłem jeszcze odebrać swoją komórkę od serwisanta. Trackmate (aplikacja pozwalająca na monitoring) działa. Nie udało się co prawda zarejestrować urządzenia, ale może jeszcze się rano uda…
Drugie piwo na rozluźnienie, tym razem z Transatlantykiem :)
Na kolację ugotowałem paczkę spaghetti z pesto (niestety bez soli, fuj…), z czego połowa została na śniadanie. Jeszcze tylko golenie brody, zapuszczanej od końca czerwca. Trochę przeszkadzała jednak. Wolę bez [;
Spanie dopiero koło północy. A miałem się wyspać…
Dzień startu:


Wschód słońca w Świnoujściu

O 5 z minutami pobudka. Wciskam w siebie drugą połowę makaronu z pesto (już mi bokiem wychodził, ale jakoś go zjadłem :P). Przed startem jeszcze smarowanie na wszelki wypadek kolan, na co dała się również namówić Danka :p

Później szybki prysznic, i jako jeden z ostatnich ruszam na prom. Zapisuję się na listę startową, i kilkanaście minut przed startem, dzięki pomocy Marcina rejestruję swoją komórkę w systemie trackmate. Działa! Po tylu godzinach walki, wreszcie działa monitoring.
Robimy pamiątkowe zdjęcie naszej ekipy forumowej, w której zebrało się aż 8 osób: Wilk, Transatlantyk, Offensive_tomato, Yoshko, Vagabond, Ricardo, Radeklstr i ja :) Tym samym, staliśmy się po ekipie WTR Włocławek najliczniejszą grupą na BBTourze :)


Ekipa forum + nie jadący (jeszcze) Memorek

Mamy małą obsuwę, więc po krótkim przemówieniu władz i wystrzale armatnim, ruszamy spokojnie w kierunku startu ostrego.


jak nie huknęło…

Gdy tylko dojeżdżam na miejsce startu, już słyszę 8….7…..6…. pierwsza grupa już startuje. Ustawiam się razem z drugą grupą (startowaliśmy w grupach po 8 osób wg najlepszych czasów w poprzednich edycjach BBT, a dalej wg najlepszych czasów na eliminacjach, na końcu zawodnicy solo) i niestety już problemy. Doczepia się do mnie sędzia główny, który każe mi przyczepić numer startowy do koszulki, a nie do kasku. Rozwiązanie złe, bo wiadomo, że nikt nie będzie przepinać co chwilę numeru startowego przy przebieraniu, a tym bardziej nie będzie wielokrotnie dziurawił kurtki przeciwdeszczowej dostarczonymi agrafkami. A numer na kasku w ogóle nie przeszkadza, jest dobrze widoczny i nie trzeba go przepinać. Cóż poradzić, sędzia nie ugięty, więc dzięki pomocy Memorka przepinam numer na plecy.

Tyle przemyśleń przed tegorocznym BBTourem. Jak pojechać, ile i gdzie odpoczywać, co ze sobą wziąć. Mętlik myśli w głowie, a ja już słyszę 4…3…2…1…


(czarna kurtka to ja)

Start!
Startujemy. Od razu rwę do przodu by po chwili usadowić się na kole Raptora, który planował dogonić pierwszą grupę. Szybko rozdziela nas ciężarówka, a ja zostaje z tyłu, by jechać jednak trochę wolniej z resztą grupy. Cały czas jedziemy pod lekki wiatr. Mimo to jedzie się dobrze i dość szybko. Wychodzę trochę na zmiany i powoli grupą doganiamy Raptora. Trzymamy tempo koło 35km/h. Niby spokojnie, za nami raptem 50km a ja już czuję, że coś nie tak ze mną. Rwą łydki pod kolanami. Odpuszczam więc grupie, by dać odpocząć nogom. Póki co, plan ciśnięcia jak najszybciej się da, wziął w łeb :p

PK1 Płoty – 76km 10:32
Jadę solo spokojnym tempem do punktu w Płotach. Dzięki GPS’owi trafiam bez problemu na punkt którego nie mogłem znaleźć w zeszłym roku [; Na punkcie jestem sam, zagaduje do mnie jedynie Daniel/4gotten z Bikestats, który przyjechał trochę pokibicować :) Podpisuję listę i wrzucam w kieszenie zapasy z punktu: banana i bułkę.

Szybki sikustop i rozciąganie pomogło nogom, ale nie wysilam się zbytnio czekając aż dogoni mnie poprzednia grupa. 100km na liczniku i nadal jadę sam… doganiam za to startującego z pierwszej grupy Zdzisława Piekarskiego, z którym to w zeszłym roku jechaliśmy razem około 400km. On też czeka na poprzednią grupę, więc spokojnie razem jedziemy do przodu.
Mijając kolejne zakręty, przypominam sobie jak to było w zeszłym roku. Wtedy startując z ostatniej grupy, na tym etapie dogoniłem już bodajże 3 grupę startową. Teraz wystartowałem przed nimi, i na nich czekam. Do czego to doszło…. :p

PK2 Drawsko Pomorskie – 130km 12:44
Dojeżdżamy na spokojnie do punktu w Drawsku Pomorskim, gdzie znów bez zsiadania z roweru podpisuję listę na punkcie, nawadniam okoliczne krzaczory, i z papierową torbą z jedzeniem w ręce ruszam dalej. W międzyczasie na punkt wpada Wilk wraz z Jerzym Pakułą (nr 103), który odrobił już ponad 0,5h straty. Niezłe ma kopyto… (ostatecznie zajął 7 miejsce – czyli był pierwszy za czołową szóstką). Daje mu się spokojnie wyprzedzić, nie próbując nawet siadać mu na kole. Dogania mnie również Zdzisław Piekarski, który chwile dłużej zabawił na punkcie i z którym razem jedziemy dalej. Nie spodobała się za to nasza wataha Wilkowi, który został gdzieś w tyle.
Trasa na tym odcinku została zmieniona w stosunku do zeszłorocznej, co się chwali. Kręcimy sobie po ładnych górkach przy bardzo małym ruchu. Wychodzi wreszcie słońce, choć temperatura powyżej tych 18 stopni nie wygląda. Jest ~13 godzina, a ja już czuję duże zmęczenie, do tego ogarnia mnie senność i nie mogę mocniej cisnąć bo od razu bolą nogi pod kolanami. Przede mną jeszcze ponad 800km… Nie jest dobrze :D Kawałek przed Wałczem przegania nas Leszek Ryczek, który zaskakuje nas mocnym tempem. Jemu też odpuszczamy i kilkanaście minut później wreszcie dopada nas trzecia grupa. Trzeba przyznać, że im się nie spieszyło zbytnio z tym gonieniem :p W grupie jest Wilk i kilka nieznanych mi jeszcze osób.


czasem można się powozić :)

PK3 Piła – 227km 15:53
~10 osobowym peletonem sprawnie docieramy do Piły, w której małe zamieszanie zrobił punkt usytuowany przy rondzie, a który wg GPS’a miał być w restauracji. Od poprzedniego punktu zrobiliśmy 100km, na których musiałem się wspomóc własnymi batonami. W Pile uzupełniam bidon gorącą ‚Iced tea’ :) Woda w drugi bidon, reszta po kieszeniach i znów samotnie ruszam przed siebie. Jadąc samemu trochę się rozbudzam. Po 40km dogania mnie wreszcie Leszek Ryczek, który w Pile dość długo odpoczywał, mimo to trochę zwolnił i jedzie niewiele szybciej ode mnie, więc utrzymuje mu koło i co kilka kilometrów zmieniamy się na prowadzeniu. Pod górkę ciężko mi idzie, bo coraz bardziej czuje bolące łydki. Ciężko jechać szybko, i do tego rozluźniać mięśnie :p Na tym 90km odcinku znów muszę ratować się własnymi batonami. Niestety punkt w Pile tak jak i w zeszłym roku dość marnie nas zaopatrzył na drogę.

PK4 Bydgoszcz – 317km 18:28
Tuż przed Bydgoszczą Leszek zatrzymuje się pogadać z dopingującym go bratem, więc znowu samotnie dojeżdżam do punktu, z którego właśnie zbiera się grupa z którą startowałem. Mam raptem 30 minut straty, więc nie jest źle. 30 minut, bo tyle zabawiłem na punkcie zanim ruszyłem w dalszą drogę. Chłopaki oczywiście zachęcali mnie, żebym olał punkt i jechał od razu z nimi :) ja tymczasem zamawiam schabowego z pomidorową i idę smarować co się da mocno rozgrzewającą końską maścią. Z piekącymi od gorąca nogami słucham z obawą o nadchodzącym deszczu i wciskam kolejne batony w kieszenie. Po ~15minutach dojeżdża grupa Wilka, a ja znów samotnie ruszam dalej. Przy zachodzącym słońcu jadę drogą techniczną wzdłuż obwodnicy Bydgoszczy.
Po godzinie dogania mnie wreszcie grupa Wilka do której się oczywiście podłączam, by po ciemku toczyć się razem do Torunia. Przypomina tutaj o sobie Łukasz Rojewski z którym jechaliśmy razem na Hel(550km pod wiatr). Jako jedyny nie potrafi wyjść na zmianę, tylko wyrywa do przodu jadąc 20-50m przed grupą. Chyba każdy tłumaczył mu, jak powinno się wychodzić na zmianę (robiliśmy to również jadąc na Hel), ale niestety nic to nie daje :)

PK5 Toruń – 381km 21:45
Do Torunia dojeżdżamy bez większych przygód. Wpadamy na punkt obstawiony przez Lucynę N. Świetna obsługa i zaopatrzenie. Mieliśmy zabawić tylko chwilę, ale siedzieliśmy chyba z pół godziny. Tym razem już nie chciało mi się jechać samemu i czekać aż mnie dogoni grupa, więc siadłem na ławce i potulnie wcinałem kanapkę za kanapką :) Do tego gorący kubek, arbuz, kanapka na drogę… Z trudem wsiadam na rower (przeszkadza pełny brzuch :P) i po dużo lepszej niż w zeszłym roku, ale i tak pozostawiającej sporo do życzenia drodze lecimy do Włocławka. W związku z licznymi dziurami tempo znacznie spada. Pomimo bacznego wypatrywania dziur, co jakiś czas słychać (klnięcie) jak ktoś zalicza wyrwę. Mnie w tym roku udaje się przejechać bez szwanku.

PK6 Włocławek – 426km 23:41
Jeszcze najedzony od Torunia, dojeżdżam do Włocławka, więc nawet nie ma okazji skorzystać ze świetnego zaopatrzenia punktu. Na siłę wciskam kawałek ciasta, jakąś bułkę i upycham co nieco po kieszeniach :) Wyjeżdżamy z miasta po kostce brukowej w fatalnym stanie. Wokół drogi kamienice w równie kiepskim stanie, tworzące osiedle o którym Rebe mówi, że ‚cuda się tu dzieją’ :) Tempo mamy bardzo spokojne, przez co łapie mnie trochę senność. Wcinam kolejne kopiko, popijam od jakiegoś czasu coca-colę (w drugim bidonie cały czas woda) i ciągle zagaduje kolejnych zawodników by czymś się zająć i nie zasypiać. Jedziemy bardzo ładną ponoć trasą (już 3 raz pokonuję ją w nocy – widoków brak) wzdłuż zalewu na Wiśle. Jest płasko, nudno i sennie :p Po zmęczeniu nie ma zbytnio śladu, jedynie łydki trochę bolą.

PK7 Gąbin – 486km
W Soczewce odbijamy by wąską drogą przez las dotrzeć do punktu w Gąbinie, gdzie czeka już na nas Remigiusz S.[/url] który opowiada co nieco o Race Around Austria w którym brał niedawno udział. Znów za długo jak dla mnie siedzimy na punkcie. Po dłuższym postoju czuję że z nogami jest coś nie tak. Próbuję wszelakiego rozciągania i chyba pomaga. Ledwo co poczułem się lżej po obżarstwie na poprzednich punktach, a tu znowu jedzenie ;) Wypijam tylko świetnego drinka (Ensure) zawierającego pełną dietę, którym się żywiłem jak miałem szczękę złamaną (po potrąceniu na rowerze przez samochód) 3 lata temu – miłe wspomnienia :) Wymieniam jeszcze baterie w GPS’ie bo już kiepsko przędą (oczywiście zauważyłem to tuż przed ruszeniem z punktu, więc musiałem gonić resztę). Znów się trochę wleczemy, ale dostaje informację, że Zdzisław P. nam uciekł. Ruszamy razem z Marcinem Wilińskim (później dołączył jeszcze Wilk i Łukasz R.) w mały pościg, by po kilku minutach jechać już w 5 osobowej grupce. Tempo zdecydowanie wyższe, od razu się lepiej jedzie, senność przeszła jak ręką odjął – super, dobrze to rokuje na najbliższe kilometry. Na zmianę wychodzi Łukasz R. – tradycyjnie ucieka nam i jedzie solo. Pomimo trzeciego startu w BBT, nawigacja u niego niestety leży, i gdyby nie my, Sochaczew by ominął ;)

PK8 Żyrardów – 558km 5:20
Już trochę styrani tempem dojeżdżamy do Żyrardowa. Tu prawdopodobnie popełniłem błąd :p zamiast jechać po chwili dalej (tak jak Zdzisław P.), rozsiadłem się w krześle, czekając na grupę jadącą za nami. Miła obsługa, jedzenie, jakieś pogaduchy… Chłopaki po kilki minutach dojechali, i razem posiedzieliśmy jeszcze z 15 minut. Wsiadamy na rowery i katastrofa… bardzo mocny ból lewego ścięgna achillesa. Prawdopodobnie się zastało, wychłodziło, cholera wie. Z trudem utrzymuje spokojne tempo grupy, która rozdziela się przed Mszczonowem w poszukiwaniu drogi. Z Wilkiem jechaliśmy z tyłu, i gdyby nie zakaz jazdy rowerem, obaj pojechalibyśmy za grupą pomimo jechania z GPS’em ;) Część osób zawróciła razem z nami na właściwą drogę. Pożyczam imbusy od Wilka bo nie chce mi się szukać moich i obniżam mocno siodło żeby ulżyć ścięgnu. Trochę się gubię w Mszczonowie (tak to jest jak się GPSa nie pilnuje :p) na którego rogatkach czeka na mnie cała grupka. Oddaje Wilkowi imbusy i zostaje z tyłu ledwo się wlokąc. Nie mam szans utrzymać tempa. Jadę sobie może z 15km/h szukając pozycji, w której ścięgno nie boli. Sprowadza się to głównie do jazdy na prawą nogę, i całkowitym usztywnieniu lewej kostki. Mam zrobione prawie 600km w 24h. Przede mną jeszcze 400km, 48h i wizja jazdy w ciągłym bólu, ew kontuzji nogi. W głowie jedna myśl – zrezygnuj! Zakładam MP3 żeby złowieszczą myśl przegonić i powolutku kręcę do przodu. Nie ujechałem 30km i zaczynają się problemy z prawą nogą. Rwąca od początku prawa łydka, przy jechaniu na jedną nogę wysiadła. Mocny ból, nie da się napiąć mięśnia. Zrezygnuj! Pedałuje dalej sztywną lewą kostką, i prawą piętą :) Zaczyna kropić, mijam Grójec w którym w zeszłym roku umierałem z niewyspania. Tym razem ledwo czuję senność. Czuję za to nogi ;)
Za Grójcem mija mnie jak zwykle uśmiechnięty Zdzisław Kalinowski wraz z innym kolarzem. Dopiero teraz? Nagle rozdzielają się. Jeden jedzie drogą, drugi przejściem dla pieszych nad ekspresówką. Zaraz zaraz… GPS pokazuje, żeby zawrócić. Po chwili namysłu jadę przejściem dla pieszych za którym widzę drogę, która wyprowadziła mnie na właściwy objazd ekspresówki. Wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy, w tym Jerzy Tracz, który podobnie jak Zdzisław K. w tym roku jedzie na spokojnie, aby dojechać :) Zaraz, jeśli oni jadą powoli, a ja zostaję mocno z tyłu za nimi to… nie jest dobrze :p Sytuacji nie polepsza też ściana deszczu za Białobrzegami. Jestem już od dawna całkowicie przemoczony, więc nie ma sensu chowanie się i ziębnięcie, więc ciągnę moją wodną amfibię przez kolejne wielgachne kałuże, zamykając oczy chroniąc je od lejącej się zewsząd wody. Znajduję za to kilka plusów takiego oberwania chmury:
– nie kurzy się
– nie chce się spać
– nie trzeba sięgać po bidon – wystarczy się od czasu do czasu oblizać
– pustki na drogach
– szacun w spojrzeniach mijanych ludzi :P

Chowam się na chwilę w jakimś zajeździe żeby napisać kilka sms’ów. Wolałem nie ryzykować wyciągania komórki na deszczu, przez który zwariował już nowy(!) VDO 2.0. A ponoć wodoodporne toto. Taaa… Z pomocą GPSa i zeszłorocznych wspomnień sprawnie kluczę drogą techniczną wzdłuż ekspresówki.

PK9 Wsola – 648km 11:20
Tuż przed Wsolą mijam zawodnika walczącego z awarią roweru. Obiecuje, że sobie poradzi, więc dokręcam samotnie do Wsoli. Odkąd zaczął mnie boleć achilles, trzymałem się myśli dojechania do Wsoli, z której mam już ~50km do domu. Stąd bez problemu mogą mnie odebrać rodzice, z którymi omyłkowo umówiłem się w Iłży.
Trzęsę się z zimna, nie mogę chodzić. Z nietęgą miną podpytuje lekarza wyścigu czy ma coś dla mnie ;) Wysmarował mi łydkę i achillesa, których już z bólu nie chciałem dać mu dotknąć, trzema różnymi maściami. Trochę pomogło ;) Z mętlikiem w głowie siadam przy stole i czekam na rodziców, czyt: suche ubrania :P Znów się obżarłem zupą, później naleśnikami… Robiąc dobrą minę do złej gry, założyłem suche ciuchy, w których momentalnie zrobiło mi się ciepło. Udaje przy rodzince, że wszystko ze mną ok, i po spędzeniu ponad 2,5h na punkcie podejmuję decyzję o poturlaniu się dalej. Do Iłży raptem 50km, a tam znów jedzenie… Przez żołądek do achillesa :p
Zostawiam tu komórkę która miała pokazywać moją pozycję, bo i tak toto nie działa (do tej pory pokazało moją pozycję w bodajże 7 punktach…).
Wsiadając na rower zauważam małe pęknięcie na podłokietniku lemondki. wtf?
W suchych ciuchach gorąco, i automatycznie sennie. Po kilku kilometrach zdejmuje co się da (np. długich spodni pod którymi nic nie miałem się nie dało :P) i oblewam się wodą z bidonu żeby się schłodzić. Znowu lekko mokry turlam się po dobrze znanych mi terenach. Kolega zawsze mówił, że w Radomiu są ładne dziewczyny. Ssaki leśne czyhające na okazję przy wylotówce na Rzeszów jego słów nie potwierdzają :) Siedzą sobie dziewczyny na gustownych wiadrach i udają że mnie nie widzą. Cóż, pewnie wolą bardziej zadbanych :)
W okolicach Iłży zaczynają się po długim płaskim odcinku małe górki. Oj, pod górkę to się ciężko pedałuje… znów trzeba szukać dogodnej pozycji :p


Na punkcie za Iłżą

PK10 Iłża – 696km – 15:50
W punkcie za Iłżą, na którym czyha już moja rodzinka przebieram się z powrotem w przemoczone ciuchy (dla ochłody), w których jak się okazało mam też sporo wygodniejszą wkładkę. Znowu obiad… Się powodzi :p Rozsiadłem się na całego, bo skoro mam rezygnować, to gdzież mi się ma spieszyć? :) Kolejna dość długa sesja zdjęciowa, i cóż.. miałem rezygnować, a wyszło na to, że wysmarowałem prawie całe nogi dużą ilością końskiej maści, wsiadłem na rower i z piekącymi od maści nogami pojechałem dalej… Byle do Nowej Dęby. Tam znowu ciepłe żarło :P Raptem 104km…


z Mamą i Ciotkami :)

Przede mną jeszcze 300km i około 40h żeby to zrobić. Wydawać by się mogło, że luzik :) Tymczasem zaciskam z bólu zęby i powolutku toczę się przed siebie. Co jakiś czas wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy, za którymi próbuję się trochę pociągnąć, ale na wiele moje wysiłki się nie zdają. Po chwili takiego ciśnięcia za kimś nogi odmawiają posłuszeństwa i muszę robić przerwę :)
Za Ostrowcem staję na odpoczynek. Samopoczucie mam dobre, siły sporo, ale wszystko co boli musi odpocząć :) Wchodząc pod przystanek zahaczam czołówką o betonową futrynę… tragedia. Nie działa, a zbliża się już noc. Walczę z czołówką dobre 20minut. Kombinuje, przyciskam, wciskam, wypinam… pomaga. Może nie jak nówka, ale jednak działa. Zakładam przytaśmowane izolatką do lemondki nogawki (nie chciało mi się w kieszenie upychać) bo znowu coś kropi i dalej do przodu.


taśma dobra na wszystko

Na dłuższy mój pobyt zasłużyła tym razem stacja w Lipniku, w której w zeszłym roku był punkt. W tym roku punkt dopiero za kolejne 50km. Przez obniżenie siodełka (jest zdecydowanie za nisko, ale to jedyna szansa na odciążenie achillesa) zaczęły boleć kolana. W ruch znowu idzie maść. Tym razem Bengay którego całą tubkę wiozę ze sobą. Smaruje oba kolana, łydki, achillesy… W unoszącym się wokół mnie zapachu mentolu wchodzę do baru przy stacji. Zgłodniałem trochę (czy ja dopiero co mówiłem że jestem nażarty?), więc wsuwam kebab i oglądam razem z lokalsami jakiś festiwal piosenki disco-polo :p Czas się zbierać. Pęka drugi podłokietnik na lemondce… Czyżby ze starości? Lemondka ma już jakieś 6 lat, ale do tej pory sprawowała się idealnie… Zostawiam za sobą zawodnika, który opowiada że wymiotuje już żółcią i że jednak musi zrezygnować. Po ciemku mijam ładne (z retrospekcji) tereny. W Łoniowie mijam kolejny festyn muzyki, którą ciężko nazwać muzyką. Na drodze bardzo mały ruch (tylko rowerzystów coś sporo :P), więc jedzie się całkiem nieźle.

PK11 Nowa Dęba – 800km -00:03
Wreszcie docieram do Nowej Dęby. Wreszcie makaron z mięsnym sosem. Jeszcze lepszy niż w zeszłym roku :) Na punkcie śpi kilku zawodników, kilku razem ze mną wcina co się da (ileż można jeść?). Ruszam samotnie dalej. Boli :p Już za miastem, w polu, staje na przystanku żeby znowu coś pokombinować z siodełkiem. Zaczyna padać. Znowu? :/ A co mi tam. I tak ledwo jadę, czasu jeszcze sporo, idę spać :) Wykładam się na ławce. Po 2 minutach podjeżdża samochód… Od razu przypomniała mi się historia Zdzisława P., którego 2 lata temu zaatakowali jacyś huligani. Z bengayem (jako broń :P) w ręku obserwuje przebieg wydarzeń. Szczęśliwie kończy się na siku, i samochód odjeżdża. Dobranoc. Śpi się tragicznie. Niewygodnie, nogi strasznie bolą. Przemęczyłem się 1,5h i już mocno zziębnięty wstaję już prawie o 3 rano. W sam raz żeby ruszyć dalej :) Kolejne smarowanie nóg, i ruszam dalej próbując jechać trochę szybciej żeby się rozgrzać. Powoli robi się jasno.
Byłem już w takim stanie, że chciałem poradzić się lekarza co robić, czy lepiej smarować, czy się rozciągać, czy odpoczywać, czy jechać póki jestem rozgrzany… dzwonię więc do lekarza do którego miałem nr. Odbiera. Strasznie zaspany głos, nie kontaktuje za bardzo o czym mówię, to wyjaśniam znowu powoli. Po chwili okazuje się, że to pomyłka…. :D
A do właściwego lekarza w końcu już nie dzwoniłem po tej akcji :)

Mijam przystanek na którym w zeszłym roku miałem kryzys, i daje się wyprzedzić kolejnej grupce zawodników. Wyprzedzam ją jeszcze w Rzeszowie gdy zastanawiają się gdzie jechać. Okazuje się, że w grupce jest też Danka :)

PK12 Rzeszów – 860km – 6:05
6 godzin zajęło mi pokonanie 60km. Godzina na 10km, niezły wynik :) Trafiamy bez problemu na punkt, który w zeszłym roku mimo wielkiego samolotu tuż obok drogi ominąłem. Teraz zabrali samolot. Na punkcie Marcin K. pokazuje nam gdzie są bułki, gdzie woda i zalewa nas opowieściami i narzekaniem jak mu ciężko obsłużyć punkt. Ruszamy po kilkunastu minutach dalej, ale na pierwszym podjeździe muszę odpuścić. Kobita mnie wyprzedziła, ale wstyd… :) Staje na przystanku na rozciąganie, smarowanie… Kawałek dalej pęka linka od tylnej przerzutki. Szczęśliwie mam zapasową, więc po szybkiej naprawie jadę dalej. Na jednym z podjazdów do szybszej jazdy motywuje mnie gość doganiający mnie na Wigry 3. Tak mnie pogoń wymęczyła, że znów staje na przystanku na rozciąganie, smarowanie… Bengay mi się już powoli kończy. Trzeba będzie coś dokupić :) Zjadam drugiego procha przeciwbólowego, którego dostałem w Nowej Dębie. Mija mnie Kurier z Moniką zachęcając do zaprzestania aerobiku i dalszej jazdy. Za mną jeszcze jedna kobieta. Uda się czy się nie uda… :) Kolejny przystanek. Kolejne smarowanie i chwila odpoczynku na ławce. Zasnąłem :p Obudziły mnie bolące nogi. Otwieram oko. Taki widok:

Czym prędzej otwieram drugie. Wcinam batona i z buta pokonuję podjazd. Smsem grozi mi WujekG, który spodziewałem się, że wyprzedzi mnie na pierwszych 100km. Pisze, że mnie goni. Wsiadam na rower – na zjeździe nie wypada prowadzić :)

PK13 Brzozów – 904km 10:15
Docieram do punktu w Brzozowie, gdzie znów rozsiadam się na wyżerkę. Żurek (x2), pyszne kanapki, ciasto, do tego obsługa Pań z Koła Gospodyń Wiejskich pierwsza klasa… Na punkcie dłuższy postój robi sporo osób (nie ma się co dziwić :P). Dostaję od przemiłych Pań obsługujących punkt kolejne leki przeciwbólowe. Noga boli już tak że się jej dotknąć nie da, więc przeciwbólowe pomagają. Przynajmniej mogę sobie nogę posmarować maścią przeciwbólową :D Wizyta w aptece, gdzie okazuje się, że ketanol jest tylko na receptę. Paranoja… kupuję najmocniejsze co mają (żel). Zahaczam jeszcze o sklep rowerowy, w którym kupuję kolejną linkę do przerzutki. Tuż za miasteczkiem zatrzymuje się, żeby podregulować szwankującą przednią przerzutkę. Gubię śrubkę, z regulacji nici :D Łańcuch utknął na małej (30 zębów) tarczy. Kolejny postój, kolejne smarowanie maścią przeciwbólową nóg, i niesamowicie bolącego tyłka. A tam niespodzianka. Na tyłku olbrzymi odgniot… a to ciekawe. Pewnie biorąc przeciwbólowe, nie czułem że się zasiedziałem na siodełku, i są efekty. Usiąść nie mogę, o jeździe na stojąco nie ma mowy. Do tego brak przedniej przerzutki nie pozwala mi na jazdę na niskiej kadencji.
Z pomocą przychodzi Kondor, który 2 lata temu kręcił Transatlantykowi filmiki, i który rok temu zrobił mi zdjęcie w Sanoku o 3 w nocy :)


z Kondorem

Po szybkim zapoznaniu na żywo, jedziemy razem. Od 28h jadę praktycznie cały czas sam. Towarzystwo zdecydowanie pomaga. Można się skupić na rozmowie i zapomnieć o boleściach (pozdrowienia dla Janusa :)).
Razem wtaczamy się do Sanoka, gdzie Kondor prowadzi mnie do sklepu (przy trasie) rowerowego. Szybko ustawia obsługę, która w ciągu minuty naprawia moją przednią przerzutkę. Do tego smarowanie łańcucha, po którym okazało się, że mam całkowicie zajechany napęd. Do tej pory nic nie skakało… Niestety po nasmarowaniu, zaczęło i to mocno. Na blacie w ogóle nie ma mowy jechać, niska kadencja też niezbyt wchodzi w grę. Wysoka kadencja z tak bolącym tyłkiem… ehhh.
Za Sanokiem Kondor kręci mi krótki filmik:

Zbliżają się burzowe chmury, więc po pamiątkowej fotce rozdzielamy się, i jadę prosto w nie.
Przednia przerzutka (dopiero co wyregulowana) przestaje praktycznie działać. Tym razem trzyma przynajmniej na środkowej tarczy. Zawsze coś :p
Staje, smaruje co trzeba. Dogania mnie Vagabond. Zwalnia do mojego tempa i razem turlamy się do przodu. Podjazdy powyżej 3% podchodzę…

PK14 Ustrzyki dolne – 955km 15:42
Znowu głodny (5h zajęło mi 50km…) dojeżdżam razem z Robertem do Ustrzyk. A tam dwa krzesła (ciekaw jestem co się działo jak wpadała 10 osobowa grupa), woda i dwie pomarańcze. Hmmmm. Szczęśliwie mam jeszcze swoje zapasy. Wcinam batony i czekoladę. Zaczyna lać. Czasu nadal sporo, odpoczynek nogom się przyda, idę spać na materacach w pomieszczeniu w którym Pan obsługujący punkt przygotowywał kawę i herbatę.


„wax tańczy kaczuchy przez sen”

Tu wreszcie dopadł mnie WujekG, który jest autorem powyższego zdjęcia i podpisu ;) Budzi mnie na chwilę, ale sam już nie wiem, czy jego facjata mi się śni, czy to rzeczywistość (tak długo go wyczekiwałem :P). Obaj z Robertem ruszają dalej, więc ja też powoli zbieram się do drogi. Oczywiście najpierw smarowanie.
Na tyłek już nic nie pomaga. Boli straszliwie. Boli też usztywniona lewa kostka, oba kolana od niskiej kadencji i niskiego siodełka, prawa łydka, ścierpnięta do granic prawa stopa. Cały ciężar ciała od jakiegoś czasu przenoszę na lemondkę (rozwaloną zresztą), więc bolą też łokcie, barki i zbyt mocno zaciskane z tego wszystkiego dłonie. Jak ja w ogóle żyję? :P
Do mety już nie daleko. 50km, prawie 13h. Wystarczy iść 4km/h. Na podjazdach idę niestety wolniej [; Zaliczam długawy podjazd za Ustrzykami. Szybki zjazd i przede mną już tylko podjazd na Lutowiska. Idę. Memorek, który pokonał ze mną w zeszłym roku końcówkę Triathlonu Ironmana (w podobnym tempie), przypomina że najważniejsze to rozciągać się i śpiewać żeby nie zasnąć. Słuchawki w ruch i do przodu. Jest szczyt i zachód słońca. W zeszłym roku kawałek wcześniej oglądałem wschód… :)

Po ciemku idę i jadę na zmianę po prostej (tzn minimalnie do góry) do Ustrzyk Górnych. Mija mnie 3 kobieta (pozostałe 2 się wycofały). Coś się we mnie złamało… wsiadam na rower i zaczynam cisnąć ponad 20km/h na prostej. Podjeżdża do mnie jakiś samochód. Srebrna mazda… nie może być. Po chwili słyszę głos rodziców. Zrobili mi niespodziankę, i przyjechali po pracy 300km ze Starachowic w Bieszczady. Przeganiam ich na metę, żeby mnie nikt o samochód techniczny nie podejrzewał :) Wyprzedzam Beatę i finiszuję. W końcu jest upragniona od tylu kilometrów tabliczka…

Meta:
PK15 Ustrzyki Górne – 1008km 20:54
Po kilkuset metrach jest też meta. Aż mnie boleć przestało ;)


z Mamą :p

Zresztą na mecie nie można wyglądać jak kaleka, więc staram się poruszać o tyle o ile to możliwe normalnie :) Chwila gadki z innymi zawodnikami, przepyszny pstrąg na kolację i odbieram swoje rzeczy, które moi rodzice zabierają z powrotem do Starachowic. Pozbywam się też roweru do którego czuję odrazę, i bez którego dużo łatwiej będzie mi się później z Ustrzyk wydostać. W końcu wchodzę do hotelu. Trzeba jeszcze tylko przemycić WujkaG i Vagabonda do mojego pokoju i po – w moim i Roberta przypadku :D – prysznicu, idziemy spać.


obraził się czy co?

Zakończenie:
Spało się tragicznie. Oblewały mnie poty, do tego męczyły dreszcze. Wstałem mimo to rześki, i prawie usnąłem jedząc śniadanie, taki byłem rześki… :) Po śniadaniu oficjalne zakończenie, rozdanie pamiątkowych medali w kształcie zębatki.

Dużo radości z dojechania, dużo emocji, historii kto jak jechał, jakie miał problemy. Do tego dużo piwa (na rozluźnienie… mięśni oczywiście), jeszcze więcej jedzenia… pół dnia przespałem a wieczorem impreza, tj grill i kolejne historie.
Najchętniej stojąc, słuchając i opowiadając swoje wrażenia (i ciągle się smarując różnymi maściami) byłem w Ustrzykach do środy. Powrót busem do Krakowa był tragiczny. Nie mogłem usiedzieć… Kilka dni ledwo chodziłem. Popełniłem też pewnego dnia błąd, wsiadając na szosówkę. Wszystkie kontuzje o sobie natychmiastowo przypomniały. Tylko MTB z Brooksem Flyerem wchodziło w grę :) Do szosówki czułem wręcz wstręt… Dopiero po tygodniu przemogłem się, i na szosówkę (też z Brooksem Flyerem ;D) wsiadłem. Nadal boli :)

z Danką:

Ekipa forum:

Podsumowanie:
Cóż, super że dojechałem :) Choć chciałem to zrobić prawie 20h szybciej, to i tak jestem zadowolony, że przemogłem się i dotarłem do mety. Z drugiej strony cały czas się zastanawiam kiedy mnie przestanie boleć, i czy nie lepiej byłoby gdybym zrezygnował mając te 600km na liczniku… 1,5 doby walki z samym sobą kosztowało mnie naprawdę dużo, i pomimo że w tym roku na mecie był ze mną kontakt, miałem siłę żeby jeszcze coś pożartować itp., to kontuzje pewnie jeszcze długo będę odczuwał. Jednak powrót z 1,5 miesięcznej wyprawy na tydzień przed BBT to trochę za mało czasu żeby się zregenerować i przyzwyczaić do innego roweru. Do tego czuję spory niedosyt, bo nie pokazałem na co mnie stać :p Mam nauczkę na kolejny BBT, który odbędzie się niestety dopiero za 2 lata. Będzie okazja pozbyć się dużego niedosytu i jednak rozczarowania moim tegorocznym startem ;)

Całość zajęła mi 60h 44 minuty, co dało mi 83/106 pozycję.
Do 317 kilometra miałem jedynie 4 chwilowe zatrzymania na punktach i dwa sikustopy połączone z rozciąganiem się.
Na kolejnych 300km odpoczywałem sporo dłużej na punktach, z racji jazdy z grupą.

Od 600km walczyłem z kolejnymi kontuzjami, przez co ciągnąłem się i ciągle musiałem dawać odpocząć obolałym nogom ;)
Kimałem 1,5h po 800km, jakieś 15 minut na przystanku po 880km, i bliżej nie określony czas w Ustrzykach Dolnych (30 minut?).

Zgłoszono zawodników 110
Na starcie 108
Wycofało się 9
Ukończyło 99

Trasa:

http://www.gpsies.com/mapOnly.do?fileId=msqnmyvyvusngnrh

(GPS coś zwariował przed Ustrzykami Dolnymi)


mapa zaliczonych gmin. Łącznie 606, na niebiesko zaliczone w tym roku: 167

Zjadłem
11 bułek
5 kanapki ze smalcem
2 drożdżówki

2 porcje schabowego z ziemniakami,
2 porcje makaronu z sosem
5 naleśników z serem,
2 porcje makaronu z sosem
kebab

4x żurek
pomidorowa
zupe warzywna
goracy kubek

2x arbuz
3x banan
jabłko

2x kawałek ciasta
7 batonów

Ile wypiłem nie zliczę w tym roku. Na pewno dużo :)

Galeria:
https://picasaweb.google.com/113355242078790491964/BaTykBieszczadyTour20121008kmNonStop#

Jak komuś się nudzi to zapraszam na:
http://www.wyprawyrowerem.yoyo.pl/Wyprawy.html

I licznik i GPS trochę poszalał, więc wpisuje 1008km i średnią z GPS’a, która z grubsza powinna być dobra ;)
Relacja ze wszystkimi linkami (w htmlu) zajęła prawie tyle samo co w zeszłym roku, czyli 11,5 strony A4 ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>