2011 – BB-Tour – 1008km w 48h

Galeria (zebrałem wszystkie zdjęcia na których jestem ja, Transatlantyk i Wilk):
https://picasaweb.google.com/waxmund/BaTykBieszczadyTour2011
http://www.facebook.com/#!/media/set/?set=a.2256519769606.2131749.1146706977&type=1

Podkład muzyczny :p
http://www.youtube.com/watch?v=We4-lJe0JRY&feature=bf_prev&list=PL15E2AFC7802A019E&index=1

O Bałtyk-Bieszczady Tour usłyszałem pierwszy raz bodajże 3 lata temu. Wyścig nazywał się wtedy jeszcze Imagis Tour. W zeszłym roku po powrocie z pustyni Gobi dowiedziałem się, że dwóch kolegów – Wilk i Transatlantyk – ukończyło ten morderczy maraton. Nie mieściło mi się w głowie jak to jest możliwe :P
Ale bardzo mnie to kusiło. Zazdrościłem im tych niebieskich strojów (imiennych) które dostaje się po ukończeniu wyścigu :)

W tym roku pierwszy raz przejechałem więcej niż 300km (zrobiłem 400km) a później 500km machnąłem bez problemów… i jakoś tak wyszło, że i BB-Tour udało mi się przejechać :)

Przygotowania:

Do wyścigu praktycznie się nie przygotowywałem (w sensie czysto treningowym). Postawiłem raczej na odpoczynek po Triathlonie który ukończyłem 3 tygodnie temu. Leczyłem kontuzje, oddawałem się wszelkim uciechom życia…. :p
Za przygotowanie można wziąć jedynie start w kwalifikacjach do BB-Tour w połowie czerwca (II Śląski Maraton Rowerowy 24h – 500km). Reszta ‚przygotowań’ to zwykła jazda turystyczna (choć i tej ostatnio nie za wiele było).

Przed startem:

Start miał się odbyć w sobotę z rana. W czwartek wsiadłem do pociągu w Skarżysku, żeby przesiąść się w Krakowie już w bezpośredni pociąg do Świnoujścia na który umówiony byłem z Transatlantykiem. Przedział prawie całą drogę zajmowaliśmy we dwóch (jedynie na początku było z nami jakieś dziewczę z olbrzymią kosą…. fanka mangi :P), więc jakoś tam się spało. Na miejscu spotykamy dwóch zawodników, przeprawiamy się razem promem na drugi brzeg Świnoujścia i udajemy się z małymi problemami do miejsca noclegu (obaj nie spisaliśmy adresu…). Później udajemy się do serwisu rowerowego żeby trochę ogarnąć moją szalejącą tylną przerzutkę, i zdecydowanie bardziej okiełznaną Transatlantykową przerzutkę. Do serwisu zajeżdżam jeszcze kilkukrotnie po krótkich testach na mieście. Jakoś działa, ale do ideału bardzo dużo brakuje.

Wieczorem odprawa techniczna na której dowiadujemy się wszelkich szczegółów o trasie, zostaje również nagrodzony Wojciech Chowaniec za zeszłoroczne przejechanie BB-Tour w ‚tempie turystycznym’ – 71h 30min :)

600 399

Po pogaduchach przy pierogach z Wilkiem i Transatlantykiem (Wilk zamówił co innego, ale nie starczyło to na jego wilczy apetyt i musiał domówić też pierogi :)), wypiliśmy jeszcze wieczorem z Transatlantykiem szybkie piwo co by się lepiej spało, i koło 23 poszedłem spać.

O 4:30 obudził mnie Sławek z którym mieszkałem. Idę jeszcze spać na kolejną godzinę, bo startuje w ostatniej grupie, więc nigdzie mi się nie spieszy. W końcu wstaje, zjadam 2 zupki chińskie, kilka kromek chleba, wafelki… Przekazuje sakwę z rzeczami których będę potrzebować w Ustrzykach do busa, zdaje również przepak z którego może skorzystam w hotelu we Wsoli. Następnie po spakowaniu się w małą torebkę podsiodłową i upchaniu pompki, kurtki, mp3’ójki, czołówki i komórki w kieszenie koszulki wyruszam na prom.
Pogoda nie rozpieszcza. Lekka mżawka, ~14 stopni, dość mocny wiatr. Przeprawiam się promem na drugą stronę Świny, przypinam nadajnik GPS do roweru i chowam się razem z Wilkiem i Transatlantykiem pod pokładem promu żeby się zagrzać. W końcu pada hasło do startu (honorowego) i wszyscy powoli ruszamy z promu w kierunku miejsca startu ostrego, gdzie będziemy już wypuszczani wg wcześniejszych ustaleń.

600 450
z Wilkiem i Transatlantykiem

W pierwszych (10 osobowych) grupach startują osoby które ukończyły już kiedyś BB-Tour, wg najlepszych czasów. Następnie osoby wg najlepszych czasów/dystansów życiowych. W moim przypadku coś pomieszali i wzięli pod uwagę jedynie 400km, dlatego startuję w ostatniej, 7-mej grupie.
Startuje o 8:30, 25 minut po Wilku i 20 minut po Transatlantyku. Za mną co minutę wypuszczani są zawodnicy jadący solo również w kolejności od najmocniejszych.
Przed startem gadam chwilę z jednym z zawodników startujących w mojej grupie. Zakłada podobnie do mnie tempo w granicach 28-30km/h.

600 450
czwarty z prawej Transatlantyk

Start!

Od razu ruszam z kopyta żeby nie tracić czasu. Wysuwam się na czoło, po chwili jedziemy już we czterech. 3 osoby zostały w tyle (ostatnia grupa miała tylko 7 osób). Wiatr wieje mocno w plecy, więc z zakładanych 30km/h robi się prawie 40km/h… Po jakimś czasie robimy krótkie zmiany, ale jak schodzę ze zmiany to zwalniamy, i wkurza mnie jazda za kimś kto nie ma błotników. Błoto z wodą lecące spod kół na twarz nie jest zbyt przyjemne. Bardzo szybko doganiamy maruderów z poprzednich grup (w tym kilku w strojach BB-T), kilka razy usłyszałem od chłopaków żebym zwolnił, w końcu urywam się od nich a za mną rusza jeden z wyprzedzanych przed chwilą zawodników. Jedziemy chwilę razem, by po chwili dogonić kolejną dużą grupę. Chwilę z nią odpoczywamy, i znowu urywamy się do przodu.
Zauważam brak numeru startowego na gościu z którym uciekam… okazuje się że to lekarz wyścigu :) Poprosił organizatora o umożliwienie przejazdu wraz z zawodnikami odcinka do Bydgoszczy, a dalej już robił stricte za lekarza, pomagając wielu osobom z ich problemami zdrowotnymi. W przyszłym roku chce startować z nami :)

1 – 76km – W Płotach niestety gubimy się, i gdy dojeżdżamy w końcu na punkt kontrolny, jest już na nim wiele osób które wcześniej wyprzedzaliśmy. Żeby nadrobić stracony czas, nie zsiadając z roweru podpisuję listę, biorę w kieszeń 2 banany i po szybkim pożegnaniu z lekarzem jadę dalej sam.

Dogania mnie chyba jedyny poza mną gość posiadający błotniki pełny błotnik z tyłu na szosówce. Jazda za nim jest dużo przyjemniejsza bo nie pada błoto na twarz spod koła :p We dwóch doganiamy dwóch innych kolarzy, po drodze mijając na siku-stopie Transatlantyka.

Nas za to (dopiero teraz!) mijają pierwsi zawodnicy solo, którzy startowali odpowiednio minutę i dwie minuty po mnie.

Na podjazdach mocno dokręca nr 64 (którego spotkaliśmy po wyjściu z pociągu). Odpada reszta ekipy, jedziemy we dwóch. Momentami wychodzę jeszcze na zmiany, ale widzę że jest dla mnie za mocny i będę musiał go zostawić.

2 – 130km – Udaje mi się dotrzeć razem z nim do punktu w Drawsku Pomorskim. Tutaj zatrzymuje się na dłużej, bo po spędzeniu kilkunastu sekund na poprzednim punkcie muszę uzupełnić wreszcie bidony, zjeść coś więcej, no i poczekać na kogoś wolniej jadącego :)
Na punkt szybko wpadają kolejni zawodnicy, w tym Transatlantyk. Po wypiciu ~5 herbat, zjedzeniu swojego przydziału (dwóch) bułek, i zjedzeniu kilku pozostawionych przez innych bułek ruszamy z Tranatlantykiem i ~8 osobową grupą dalej.
Zwalniam już nieco. Na początku umyślnie jechałem szybko żeby dogonić mocniejsze osoby z wcześniej startujących grup, zawsze to lepiej jechać z kimś mocnym. Trzymam się razem z całą grupą, raczej z tyłu żeby trochę odpocząć po mocnym początku (średnia >33km/h). Dwóch gości zalicza niegroźną wywrotkę, od razu próbuję się wykazać lekarz, ale jego pomoc okazuje się niepotrzebna. Jedziemy razem dalej. Po kilku wolniejszych kilometrach, grupa zaczyna przyspieszać i się rozdzielać, doganiamy jadącego solo zawodnika, kolejny raz z Transatlantykiem spotkam się dopiero na punkcie przed Bydgoszczą. Jadąc we czterech, trafiamy na długi korek przed Wałczem. Zyskuję tu oczywiście małą przewagę…. :) Lubię ciasną jazdę między samochodami. Zatrzymuje nas zamknięty przejazd kolejowy na którym grzecznie czekamy na otwarcie.
Przed Piłą doganiamy Wilka jadącego wraz z nr 20. Obaj podłączają się do nas. Zaczyna mnie boleć udo. Na punkcie okazało się że całkiem przyzwoite obtarcie mam :) Do tego boli prawa kostka. Najwyraźniej nie zregenerowała się jeszcze po Ironmanie…

3 – 227km – Na punkcie w Pile dostajemy wodę, banana i marsa. Trochę mało biorąc pod uwagę że jechaliśmy prawie 100km do tego punktu, a do następnego jest jeszcze 80km… Wreszcie robi się za to ciepło. Chowam kurtkę do kieszeni koszulki, i ruszam samotnie z punktu. Po chwili widzę że za mną ruszył Wilk, więc czekam chwilę na niego i jedziemy około 10km powoli razem. Dogania nas w końcu reszta grupy, i ciśniemy już mocniej razem z nimi.
Po pewnym czasie mocno czuję braki jedzenia, ale poza jednym batonem który jest schowany w torbie podsiodłowej na czarną godzinę, nie mam nic do jedzenia. Szczęśliwie spotykam czekającego Cinka, który miał nam (mnie i Transatlantykowi) podrzucić na trasę batony. Po dosłownie pochłonięciu dwóch, i wciśnięciu około 10 kolejnych batonów w kieszenie, oraz wymienieniu kilku słów ruszam dalej doganiając resztę ekipy, pozostawiając Cinka do którego niedługo dołączy Transatlantyk i razem udadzą się w kierunku Bydgoszczy.
Poczęstowałem chłopaków batonem i wszyscy zaczęli mocniej cisnąć.

4 – 306 km – na punkt dojeżdżamy już bez Wilka. Pożyczonym smarem smaruję łańcuch bo już mocno chrzęści, wcinam rosół i schabowego z frytkami. Wypijam do tego pierwszą kawę i herbatę. W międzyczasie na punkcie pojawia się też Wilk który od początku narzeka na ból kolana.
Na punkcie niektórzy biorą prysznic, widać już pierwsze oznaki zmęczenia.

Ruszając samotnie z punktu mijam się z Transatlantykiem który właśnie na niego dojechał. Po chwili na sikustopie przegania mnie 20 – Zdzisław Piekarski, ale szybko go doganiam bo nie wie gdzie jechać…
Ja na każdym punkcie studiuję mapkę i staram się zapamiętać całą trasę do następnego punktu, co sprawdza się idealnie prawie do samego końca trasy.
Jedziemy razem obwodnicą Bydgoszczy, w międzyczasie wyprzedza nas po raz kolejny nr 8 (z którym to będę się mijać do samego końca trasy), zapada zmrok. Nie chce mi się tracić czasu na wyciąganie czołówki, więc jadę do punktu pod Toruniem ~20km cały czas z 20’ką, Zdzisławem.

5 – 381 km 22:33 – średnia >30km/h. Bez problemu trafiamy do punktu przy knajpie. Zajadam się gorącym kubkiem, kilkoma kanapkami, arbuzem, wypijam ciepłą herbata w knajpie żeby się zagrzać, zakładam czołówkę i wio do przodu. Wychodzę na częstsze zmiany żeby nadrobić ostatnie kilometry wożenia się za kompanem. Jedziemy w całkowitych ciemnościach bo beznadziejnej drodze. Masa dziur przy moim szczęściu do awarii może być niebezpieczna… już przed samym Włocławkiem musiałem wyrżnąć mocno w jedną z nich, rozcentrowało się lekko koło…. dopiero w Sanoku zauważyłem że poszła przy okazji szprycha :)
Przed Włocławkiem rozdzielamy się w poszukiwaniu kawałków asfaltu między dziurami. Jadę nawet kawałek ścieżką rowerową, ale często występujące krawężniki są chyba gorsze niż myszkowanie po drodze [;

6 – 426 km 0:30 – na punkt dojeżdżamy tuż po Rafale Łuczaku (solo nr 8, wyjeżdżamy z punktu standardowo przed nim). Na punkcie full wypas :) kanapek i batonów do woli, herbata, kawa, krzesła żeby odpocząć, koc żeby się przykryć…zdecydowanie najlepszy punkt do tej pory.
Dalej na trasę znowu ruszam z 20, i po beznadziejnym wyjeździe kostką brukową z Włocławka (na stojąco nigdy nie pedałuje, a na siedząco strasznie dupsko obijało… ciężko mi tam było) jedziemy bardzo dobrym asfaltem w stronę Soczewki wzdłuż Zarzecza Włocławskiego. Niestety Wisły z powodu ciemności prawie w ogóle nie widać. Za Soczewką odbijamy na Gąbin doganiając powoli nr 64 (dojeżdżałem razem z nim do 2 PK), który przez rozładowane baterie w lampce jedzie niemalże po omacku. A że droga wiedzie tunelem z drzew to nawet światło księżyca nic nie pomaga…

7 – 486 km 3:16 – we trzech dojeżdżamy na punkt w Gąbinie.

600 399

Na punkcie trafiamy na młodych gniewnych, co kończy się interwencją policji. Nas szczęśliwie się nie czepiali, i po zjedzeniu m.in. gorącego kubka, wyjeżdżamy z punktu chwilę przed Rafałem. Zdzisław Piekarski żeby zagrzać kolana obłożył je reklamówkami, a na nie założył nogawki. To dopiero metody :) Zakładam na siebie kurtkę.
Oglądamy pierwszy wschód słońca na płaskim mazowszu. Robię kilka zdjęć, ale niestety w ruchu nie jest to takie łatwe :)
We trzech (ja, 20 – Z. Piekarski i 64 – T. Lesiecki) jedziemy do Sochaczewa. Tam 20 odbija w poszukiwaniu apteki, a ja razem z 64 gubimy się co nieco nadkładając kilka kilometrów.

600 450
pierwszy wschód słońca w trakcie ‚wycieczki’ (:


8 – 542 km 6:15
– W końcu spotykamy się w punkcie w Guzowie. A tam znowu pełen wypas :) makaron z sosem, naleśniki, coca-cola, izotoniki…. należą się całej ekipie ATS Siedlce która to przygotowała wielkie podziękowania (robili to z własnej kieszeni).
Z punktu ruszamy już we czterech. Dołącza do nas nr 77 – Szymon Koziatek.
Już przed tym punktem zacząłem odczuwać senność, a jak ruszyliśmy było coraz gorzej. Żeby się rozbudzić włączyłem pierwszy raz mp3’ójkę. Nigdy bym nie pomyślał że Rammstein na pełnej głośności może działać tak usypiająco… Kawałek przed kolejnym PK moja grupka ucieka mi. Nie próbuję ich nawet gonić. Jedyne o czym myślę to spanie. A oglądając nogi współtowarzyszy kręcące się w równiutkim tempie, mam wrażenie jakbym oglądał skaczące przez płot barany. Dobrze że liczyć nie zacząłem…. :p
Słońce już mocno świeci, więc zdejmuje kurtkę.

600 397
Guzów.


9 – 594 km 8:53 (doba w trasie)
– Na PK docieram kilka minut po ekipie. Wypijam 4 kawy, coś tam jem. Miałem wielką ochotę położyć się spać. Na rynku, na kostce brukowej. Nic mi więcej nie trzeba było. Ale wiedziałem że przede mną odcinek na którym bardzo łatwo zgubić drogę, i na którym może być to bardzo kosztowne (były na nim 2 punkty krytyczne – przejechanie przez nie skutkowało najpierw karą 12 godzinną, a za przejechanie przez oba – dyskwalifikacja). Zwlekłem się więc jakoś z powrotem na rower i widząc że mp3’jka nic nie daje, próbowałem się skupić na rozmowie. Jechaliśmy parami. 64 i 77 z przodu, ja z 20 z tyłu. Cały czas byłem niesamowicie senny, niewiele pamiętam z naszych rozmów… skupiałem się głównie na zadawaniu jakichś prostych pytań i słuchaniu opowieści 20. Oczy same się zamykały. Kilka razy już niemalże usnąłem. Chciałem rzucić rower i iść spać w krzaki.

10 – 652 km 11:40 - Jakimś cudem utrzymywałem tempo, i po uciążliwym kluczeniu drogą techniczną dowlekłem się razem z chłopakami do punktu we Wsoli. Tu już byłem pewien że legnę na kuszącej trawie i pośpię. Bałem się że zasnę za kierownicą i spowoduje wypadek. Na punkcie zjedliśmy flaki/gulasz, umyłem wreszcie zimną wodą zabłoconą dobę wcześniej twarz…. :) Zrobiłem sobie jeszcze kawusię. Wsypałem 4 łyżki kawy do filiżanki. Prawie pełna była :) zalałem odrobiną wrzątku…. niezła siekiera była :)
Do mojego roweru dobrali się też serwisanci. Wkurzyło mnie to, bo prosiłem żeby nic nie robili… ze zdziwieniem spytali mnie ‚nie wchodzi Ci ostatnia zębatka?’. Rzuciłem im krótko żeby doprowadzili rower do stanu w jakim był zanim go dotknęli. Kawa i cała ta sytuacja podniosła mi chyba trochę adrenalinę, i zapomniałem o tym że miałem iść spać. Wsiadłem znowu na rower i we czterech ruszyliśmy w stronę Radomia. Chłopaki coś zwolnili (albo to ja się tak rozbudziłem) i przed samym Radomiem pomimo zwolnienia i czekania na nich miałem 200m przewagi. Przejechałem rondo zjeżdżając pewnie na 9’kę w stronę Rzeszowa i stanąłem w oczekiwaniu na ekipę. Czekam, czekam… nic. Wracam na rondo, nikogo nie ma. Postanawiam ruszyć dalej. Po kilkuset metrach uświadomiłem sobie że źle skręciłem na rondzie… Szybko podpytałem miejscowych jak dojechać do centrum i po wróceniu na właściwą trasę (nadłożyłem kilka kilometrów przez błądzenie po mieście) ruszam w stronę Iłży. Sporo błądziłem, więc byłem pewien że chłopaki są przede mną… więc mocno cisnę żeby ich dogonić. Po zmęczeniu i senności nie ma śladu. Czyżby kawa tak pomogła ? A może zwiększenie tempa ?

Do Rzeszowa jadę wreszcie odcinkiem drogi który jest mi znany. W Iłży chciałem wykręcić maksymalną prędkość. Na zjeździe przy ~70km/h wyjechał mi samochód z podporządkowanej. Na centymetry udało mi się z nim wyminąć i odbić omijając krawężnik. Teraz to mi już całkiem się spać nie chciało :D

11 – 696 km 13:57 – Nie licząc kilku kilometrów za Wsolą, cały odcinek do zajazdu Viking jadę sam. Na PK łapie mnie Brat Cioteczny z Żoną oraz moi Rodzice :) Dzięki temu wreszcie sobie mogę umyć zęby :P Wcinam schabowego z frytkami (posiłek z PK), banany, kawy już nie piję… przelewam za to prawie litr coca-coli do bidonu. Po pewnym czasie do punktu dociera reszta ekipy. W tym 20 już samochodem. Kontuzja kolan wykluczyła dalszą możliwość jazdy. Na punkcie zrezygnował również jadący solo Jurek Tracz (który opowiedział mi co nieco o BB-Tour na maratonie w Radlinie).
Jadę już prawie 30h, ale całkiem przeszła mi senność. Widzę również że wszyscy dojeżdżający na punkt idą spać. Zmotywowało mnie to do dalszej jazdy :) Wsadziłem za pazuchę cieplejsze nogawki i pojechałem dalej. Po kilku kilometrach cały się upociłem przez te nogawki :p ale mijali mnie jeszcze samochodem Rodzice więc im je oddałem z powrotem.
Solo jechałem już do samego końca, czyli ostatnie 300km.
Wreszcie zaczęły się górki. Nachylenia sięgają nawet 8%. Jedzie się wolno, ale jest to przyjemna odmiana w stosunku do wypłaszczonego mazowsza. Kawałek za Ostrowcem łapie mnie deszcz. Zakładam po raz kolejny kurtkę, ale i tak dość szybko deszcz mija i wysycham.

12 – 755 km 17:31
– Wpadam na stację benzynową w Lipniku. Zaskoczony ekspedient jakoś nie bierze ode mnie książeczki w której podbijam pieczątki… Po krótkich poszukiwaniach, znajduję na placu punkt. Poprzedni zawodnik jechał tędy 4-5h wcześniej, więc nikt nie czeka na mnie z zapartym tchem. Z samochodów wygrzebuje się obsługa punktu. Wypijam trochę coca-coli, wlewam kolejny jej litr do bidonu, zjadłem bułkę i pojechałem dalej. Dowiedziałem się w międzyczasie że z punktu za Iłżą wystartował bez spania nr 8 (z którym wyprzedzałem się ciągle od początku trasy), co było dobrą motywacją do jazdy.

W okolicach Łoniowa pojawiają się pierwsze ciekawsze pagórkowate widoki. Wreszcie widać trochę więcej :) Pojawia się za to mały kryzys. Ciężko się jedzie, szukam wymówki żeby stanąć (pffff, ledwo mi się siku zachciało i już staje zamiast poczekać aż się nazbiera :P). Przy przekraczaniu mostu na Wiśle widzę że goni mnie jakiś kolarz. Okazało się że to jakiś autochton wraca z wycieczki. Chwilę zagadał o ‚tym słynnym maratonie’ i pojechał w swoją stronę.
Wg mojej rozpiski w Nowej Dębie czeka na mnie ciepłe jedzenie, więc zebrałem się w sobie i pocisnąłem szybciej do punktu.

13 – 800 km 19:35
– Na PK dostaje michę pysznego makaronu z mięsem, zagryzam pączkiem. Chwilę muszę czekać na smar który sobie zażyczyłem i po chwili jadę dalej.
Od Radomia cały czas jadę krajową 9’tką. Jest więc bardzo dobry asfalt, i na sporej części trasy szerokie pobocze.
Dojeżdżając powoli do Rzeszowa mam coraz bardziej dość jazdy. Siła niby jest, ale coraz bardziej doskwiera obtarcie pachwiny/uda które pojawiło się już przed Piłą (227km) i coraz bardziej się powiększa. Do tego boli tyłek, drętwieją ręce. Kawałek przed Rzeszowem robię sobie pierwszy postój na trasie poza PK (nie licząc sikustopów i sprawdzania mapy). Kładę się na ławce na przystanku, odpisuję na kilka smsów. Spać się trochę chce, ale bardziej doskwiera ogólne zmęczenie. Dostaje jednak szybko sms’y zwrotne w stylu: ‚dajesz kurwa dajesz’, ‚trzymamy kciuki, napierdalaj!’. ‚pół forum śledzi stronę monitoringu’, więc głupio było mi tak siedzieć i nudzić ludzi przed komputerami…. :) zebrałem się w sobie, zjadłem 2 batony i batona którego oszczędzałem na czarną godzinę, włączyłem mp3 (tym razem Rammstein mnie nie uśpił :P) i zacząłem cisnąć jak nowy. Na prostej lecę prawie 35km/h, wpadam do Rzeszowa i jak burza lecę dalej.

384 512

Zapadła już całkowita ciemność więc pędzę wpatrzony w asfalt w poszukiwaniu dziur. W końcu trafiam na tabliczkę informującą o wyjeździe z Boguchwały…. a przed Boguchwałą miał być PK :P wracam się sprawdzając przy okazji komórkę, w której już mam kilka smsów informujących o ominięciu PK. Nie udaje mi się dodzwonić do organizatora (w sumie dobrze, zapomniałem że jest 15 minut kary za to :P), w końcu załatwiam sobie nr na PK i tam dzwonię. Niestety babka pracująca tam nie potrafi mi wytłumaczyć gdzie pracuje… kluczę w tę i z powrotem by w końcu trafić na PK który znajduję sie jeszcze w obrębie Rzeszowa. Tego to się nie spodziewałem….

14 – 860km 23:23 – na PK siedzi już 8, co trochę mnie zdeprymowało. Zjadam więc tylko kilka bananów, upycham ciastka w jednej z kieszeni i lecę dalej by nadrobić stracony na błądzeniu czas. Zmieniam drugi raz baterie w czołówce. Po kilkunastu kilometrach czołówka znowu pada. Coś nie tak z akumulatorami. Czyżby się nie naładowały ?
Zaczepiam jakąś podpitą grupkę pytaniem o baterie. Zdziwieni odsyłają mnie na pobliską stację benzynową, na której też nie ma baterii… Wracam na trasę i na kolejnej stacji kupuje 9 bateryjek żeby już nie musieć się obawiać stanięcia w polu w ciemnościach.
Trochę mnie to wszystko wybiło z rytmu, dodatkowo pojawiły się podjazdy… zdecydowanie zwolniłem ale nadal jedzie się całkiem nie źle. Po kryzysie sprzed Rzeszowa ani śladu. Pojawia się za to gęsta mgła. Snop światła padający z czołówki przed moimi oczami dodatkowo pogarsza sprawę. Pomimo światła jadę trochę po omacku. Mocno rozglądam się na boki waląc ludziom światłem po oknach w poszukiwaniu remizy na której miał być kolejny PK. Nie miałem ochoty znowu błądzić….

384 512
900km w nogach a tu 7% podjazd :)


15 – 904km 1:40
– Remiza była bardzo dobrze oznaczona, i bez problemu dojeżdżam na PK. Rezygnuję z żurku, próbuję zjeść jakąś słodką bułkę bez efektu. Wcisnąłem pół w siebie, wypiłem kawę i pojechałem dalej. Spore problemy z podjazdem pod górkę okazały się być spowodowane złapaniem kapcia… a chwilę wcześniej pomyślałem o tym że chyba mi się uda dojechać bez problemów :) Rozkładam się na środku drogi, zmieniam, pompuję, jadę. Coś opona nie zaskoczyła więc musiałem spuści całe powietrze, poprawić i znowu pomachać pompką. Miło w sumie użyć wreszcie innych mięśni :) Do Sanoka droga już strasznie się dłuży. Przed samym Sanokiem już po raz ostatni, piąty (Płoty, Sochaczew, Radom, Boguchwała, Sanok), trochę błądzę.

384 512
za to jaki zjazd [;

16 – 930km 3:30 – Po dotarciu do Domu Turysty wydzwaniam jak szalony dzwonkiem ale zero odzewu…. już miałem dzwonić do organizatora gdy drzwi się otworzyły. Wyciągnąłem z lodówki kanapkę, kupiłem coca-colę i ległem na sofie. O dziwo nie byłem zbytnio senny, ale za to już mocno zmęczony. Na siłę wciskam w siebie bułkę – totalnie nie chce się jeść. Pomimo że siedzę w środku gdzie jest ciepło, jest mi zimno, mam dreszcze. Udaje mi się jednak nie ulec namowom blondynki która zachęcała mnie żebym się w ośrodku przespał… a całkiem fajna była. Kwatera. :)
Wsiadam znowu na rower. Nogi nie chcą zacząć kręcić. Muszę rozbujać najpierw lekko pedały, i później wreszcie lewa noga zaczyna obroty. Jak już się tylko zacznie kręcić to jakoś idzie.
Jeszcze w Sanoku dzwonię znowu do domu turysty żeby dopytać się gdzie mam jechać. Nie chcę mi się już czytać mapy.
Powoli wspinam się na podjazd. Na jednej z serpentyn łapie kolejnego kapcia. Mam już naprawdę dość wszystkiego. Siadam na drodze i powoli robię co trzeba. Szybkim tempem mija mnie 8’ka. A temu to co się stało że tak ciśnie? :P
Zwlekam się na rower i po rozbujaniu pedałów kręcę dalej. Powoli. Bardzo powoli. Łapie mnie jeszcze potrzeba na której spełnienie nie jestem przygotowany :) Nie ma lekko. Pojawiają się problemy z przednią przerzutką. Trzyma na środkowej tarczy i nie chce przerzucić łańcucha w żadną stronę, albo robi to z olbrzymim opóźnieniem (boje się że łańcuch zerwę).
W Bieszczadach wschodzi słońce, podnoszą się poranne mgły… świetne widoki, ale zmęczenie nie pozwala mi się zbytnio nimi cieszyć.

600 450
drugi wschód słońca w trakcie mojej wycieczki :)

Nagle pojawia się ostry ból w lewym achillesie. Po kilku kilometrach staje i obniżam siodełko żeby jakoś mu ulżyć. Szczęśliwie nie odpada noga i nie muszę jej podwiązywać sznurkiem, ale i tak jedzie się beznadziejnie. Próbuję jechać bardziej na prawą nogę, ale tu z kolei przypomina o sobie zesztywniała już kostka która bolała prawie od początku trasy i zmuszała do pedałowania środkiem stopy.
Całkowicie wysiadłem psychicznie. Nie ma co mówić o motywowaniu się. Ledwo potrafię złożyć logiczną myśl w głowie. Mam wrażenie jakbym spał z otwartymi oczami (a senny jakoś specjalnie nie jestem). Dziwne w ogóle odczucia miałem. Jakby nogi były osobnym, kręcącym się bytem, na który nie mam wpływu :) ale najważniejsze było to że poruszałem się do przodu. Od Sanoka miałem raptem 46km do następnego punktu, a zajęło mi to 3h 40minut. Chyba 3 krotnie staję na tym odcinku na sikustop, sprawdzam mapę pomimo że droga wiedzie cały czas prosto… Podpytuję o drogę i w końcu skręcam na Równię, gdzie czeka mnie dość stromy podjazd. Zsiadam kolejny raz z roweru żeby ręką zmienić przełożenie z przodu, i kręcę dalej.

17 – 976km 7:09 – W końcu docieram do PK w Zadwórzu. O dziwo raptem 10minut przede mną na punkt przyjechał 8. Widzę po nim że jest chyba w podobnym stanie do mnie. Siedzimy przy stole bez słowa. Włącza mi się jeszcze podryw i zagaduje do dziewczyn obsługujących punkt czy będą na wtorkowej imprezie na zakończenie :) Na siłę wciskam w siebie grześka, wypijam już sam nie wiem po co kawę (wypiłem jej już dobre 3-5 litrów). Dziewczyny mówią, że jakieś 20km wcześniej są już kolejni zawodnicy.
Oho. Tego było już za wiele :D To ja się tyle męczę, nie śpię, żeby mnie teraz jeszcze ktoś przeganiał ? Wsiadłem na rower zostawiając 8 na punkcie i kręcę z zaciśniętymi z bólu zębami dalej. Choć zęby to już wcześniej mi się same zaciskały z braku jakiegoś magnezu czy ze zmęczenia… kto wie.
Na odchodne dziewczyny mówią mi jeszcze że mój Tata na mnie czeka. Ledwo kontaktowałem a tu jeszcze taka informacja. Nie potrafiłem jej ogarnąć :)
Po kilku kilometrach sprawa się wyjaśniła. To kolega Senes wyjechał samochodem żeby mnie wesprzeć. Podpytuje go o dętkę (obie zapasowe już zużyłem a nie chciałem tracić czasu na łatanie) ale niestety nie ma żadnej. Bardzo podniosła mnie na duchu jego obecność i na najcięższy podjazd na całej trasie wjeżdżam bardzo sprawnie (jak już stanąłem i sobie zmieniłem przełożenie z przodu). A że kolana nie bolą, to nawet pierwszy raz na trasie wstałem żeby na chwilę popedałować na stojąco :)
Senes ostrzega mnie przed niebezpieczeństwami na zjeździe (żwirek), i czeka na mnie samochodem co kilka zakrętów. Wg informacji z ostatniego punktu jeszcze 10km do końca. Zapomniałem o wszelkim bólu i finiszuję prawie 40km/h na prostej. Gdy już zostało raptem kilka kilometrów do końca nagle minąłem tabliczkę ‚Ustrzyki Górne 15km’. Kolejny dół motywacyjny, i z mocnego, tempo spadło do 22km/h na prostej. Do tego Senes uciekł mi na metę żebym jej nie ominął. Strasznie męczyłem się na końcówce.

600 450
wreszcie upragniona tabliczka (:

Meta:

18 – 1008km 9:02 – Szczęśliwie dojeżdżam w końcu do Ustrzyk. Wpadam na metę zamiast w bramę startową wjeżdżając niemalże do łazienki. Zsiadam z roweru który odbiera ode mnie Senes i siadam na ławce przy organizatorach. Ludzie coś do mnie mówią, ale niewiele rejestruje. Aż mi głupio wobec Senesa który tak mi pomógł, że nie mam siły z nim porozmawiać.

6 minut po mnie na metę wpada 8. A że wystartował 7 minut później to zajmuje miejsce tuż przede mną :) Ale nie ma to najmniejszego znaczenia (szczególnie że jest on w innej kategorii). DOJECHAŁEM!!!


Podsumowanie:

48h 32minuty zajęło mi przejechanie 1033km (w tym wszystkie błądzenia, nie wiem ile miała oryginalna trasa…)

W ciągu tych dwóch dób:

39h 59minut spędziłem na rowerze
8h 33 minuty odpoczywałem poza rowerem
25,83km/h wyniosła średnia prędkość
70,46km/h maksymalna prędkość
~340km przejechałem solo


Zjadłem:

15 bananów, 5 bułek, 8 słodkich bułek
5x kanapki z chleba tostowego
2x Schabowy z frytkami
2x makaron z sosem
2x naleśnik z dżemem
gulasz z chlebem
rosół
trochę arbuza
~15 różnych batonów

Wypiłem:

13 bidonów x 0,8L
15 kaw (w tym jedna super mocna :P)
8 herbat
3L Coca-coli
2x gorący kubek
2x izotonik

łącznie co najmniej 10,4L + 3L + 1,5L + 3 L + 0,5L + 1L ~=19 litrów płynów (możliwe że więcej, nie pamiętam dokładnie ile bidonów pochłonąłem)

Jako jeden z nielicznych (wraz z Wilkiem) jechałem bez SPD’ów czy innych zatrzasków/nosków.

Poza sikustopami, kilkukrotnym ubraniem kurtki i jej zdjęciem, sprawdzaniem mapy (jak mi się na rowerze nie chciało wyciągać jej z foliowego woreczka), 2 krotnym zmienieniem dętki i obniżeniem siodełka, miałem jedynie jeden postój na odpoczynek (przed Rzeszowem) poza PK.

Całą trasę ubrany byłem w termoaktywną (taaa…) bluzkę z dlugim rękawem, na to rowerową koszulkę (kieszenie ważna rzecz), spodenki rowerowe z wkładką, nogawki, nakolanniki. Jak było zimno/mokro to zakładałem kurtkę, ew buffa.

Z 85 startujących osób, na metę z powodu kontuzji dojechały tylko 73. Jedyna kobieta dojechała z czasem 68:38.

Licząc Zdzisława Kalinowskiego (solo + wóz techniczny, poza kategorią) i Rafała Łuczaka (pierwszy solo na mecie, nr8 ) dojechałem na metę jako 17 :)

Poczekałem chwilę na pokój, udało mi się jeszcze wziąć prysznic i ległem na łóżku. Na dobranoc jeszcze Raptor pytał jak tam żyję, ale nawet nie wiem czy mu coś odpowiedziałem :)

Koniec! :)

Wielkie podziękowania dla wszystkich tych którzy mieli swój udział w moim sukcesie :) Czyli dla Wilka i Transatlantyka którzy udzielili mi wielu cennych rad o BBT, dla Cinka który nie mógł czekać z batonami w lepszym miejscu, i dla Senesa bez którego końcówka byłaby sporo trudniejsza. Oczywiście również dla wszystkich forumowiczów którzy wspierali mnie sms’ami i trzymali kciuki przed monitorami. I Sławkowi za kask. Dzięki!

Trasa (+59 nowych gmin):

http://www.bikemap.net/route/1008659?131204416958536#lat=52.04404&lng=19.2865&zoom=9&type=0

Kilka godzin po mnie na metę dojechał Transatlantyk i Wilk. Wieczorem przeszliśmy się na wspólną kolację i obgadywaliśmy cały wyścig.
Następnego dnia bardzo łatwo było rozpoznać uczestników maratonu. Kaczy chód, problemy szczególnie z chodzeniem w dół, powolne siadanie i wstawanie… Do tego stoły zastawione butelkami po piwie… na sportowców to my nie wyglądaliśmy :P

600 450

Po uroczystym rozdaniu pamiątkowych platerów udaliśmy się we czterech (dołączył do nas Senes) na śniadanie i wkrótce się pożegnaliśmy.

333 512
nie lubię poniedziałków :P

Ja zostałem jeszcze na wieczorną imprezę dzieląc się ciągle z pozostałymi zawodnikami trudami trasy i wymyślając coraz to nowe patenty. np. rękawiczki z blokami (ala buty spd), blok na tyłku/siedzonku. To by dopiero sztywność była! :)
Ew sposób na turbodrzemkę: trzeba wypić ultramocną kawę i pójść spać zanim zacznie działać :)

Na imprezie grało dwóch panów na gitarze i akordeonie śpiewając hity sdm’u, wolnej grupy bukowiny, szanty etc… Było miło, ale że wszyscy byli umęczeni to o 21:30 impreza właściwie się skończyła :) Posiedziałem prawie do północy w skromnym towarzystwie, a jak już wszyscy poszli spać, to wsiadłem na rower żeby podprowadzić kawałek Emesa.
O dziwo jechało mi się bardzo dobrze (choć tyłek bolał…. :p). Po 16km dojechaliśmy już razem do ogniska gdzie siedzieliśmy przy piwie prawie do 3 rano :)

Rano Emes rozdawał autografy na ulotce Zdzisława Kalinowskiego i jego rekordu Guinessa, i po pamiątkowym zdjęciu z Emesem pojechałem na autobus.

Oni jeszcze nie wiedzą, że mu się nie uda….
600 450

600 450

Poza sikustopami, kilkukrotnym ubraniem kurtki i jej zdjęciem, sprawdzaniem mapy (jak mi się na rowerze nie chciało wyciągać jej z foliowego woreczka), 2 krotnym zmienieniem dętki i obniżeniem siodełka, miałem jedynie jeden postój na odpoczynek (przed Rzeszowem) poza PK.

Co ciekawsze sms’y jakie dostałem:

nie ma odpoczywania. jechać trzeba bo nie wygrasz

TdF właśnie się skończył a Wy ciągle jedziecie :) Pół forum ogląda stronę monitoringu

dajesz kurwa dajesz! Trzymamy kciuki mocno za Was trzech

wax trzymam kciuki. napierdalaj :)

nakurwiaj!!!!!!!

a tu dwa ciekawe:

drzemka i do boju

a po chwili:

do boju bez drzemki

na mecie będzie piwko, nagie kobiety u stóp. no dobra. to chociaż paluszki i kupa satysfakcji. dasz radę!

dajesz, dajesz. ja nawet piwo pije za powodzenie

też miałem ochotę… choć na mecie odmówiłem piwa. w takim byłem stanie, o!

co Ty odpierdzielasz? dajesz do końca! nie bądź pipą!

to my tu męczymy się i denerwujemy przed komputerami, a Ty chcesz rezygnować?

biedactwa…. :P

nakurwiaj bo opuszczę pustelnię

wiadomego pochodzenia :wink:

idę spać. jak wstanę chciałbym przeczytać że Ci się udało

też bym chciał :P

jestem zła więc mnie lepiej nie denerwuj

:P

i zwycięzca konkursu (prawie z roweru spadłem jak przeczytałem :P):

bądź zieloną wyspą na morzu kryzysu

Sorry że tak dużo tego wyszło :P

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>