2009 – Polska – Lizbona

Była to moja trzecia długa wyprawa rowerowa w życiu. Pomysł wyprawy zrodził się już jakieś pół roku wcześniej, ale po drodze dużo innych pomysłów było…. [; Zdecydowaliśmy że jedziemy jakieś 10 dni przed wyjazdem. Planu oczywiście żadnego nie było, był jedynie cel – Lizbona. Jechaliśmy we dwóch – ja i Tomek S., z którym to znam się od przedszkola ;)

Galeria

Trasa:

Route 554 628 – powered by www.bikemap.net

 


Dzień 0 28.06 niedziela
Dystans – 18 km

Po majestatycznym przejeździe po Krakowie, o 12:50 wyjazd pociągiem w kierunku Jeleniej Góry.
Intrygujący konduktor umilał nam podróż opowieściami o strasznościach tego świata: o ludziach którzy nie chcieli zmienić umiejscowienia korków, ‚wysublimowanym kanibalizmie’, oraz o jego wizji dostatniego żywota w Szwajcarii, które porównał do perspektywy wypadających zębów w Polsce.
W Jeleniej Górze pędząc w deszczu za samochodem dotarliśmy do celu naszej podróży: mieszkania Cioci Tomka :) Pyszna kolacja, mycie… ostatnie komforty w tym miesiącu? ;) się okaże…
Waga bagażu: około 20kg na głowę + picie

dzień 1 29.06 poniedziałek
Dystans 132 km

Po porannej wizycie w lokalnym drewnianym M1, mszy z pedalskim diakonem i zakupach (m. in. jak się później okazało drugiej ładowarki do mojego telefonu) wyruszyliśmy. Od razu pod górkę, ale choć bagaż dawał sie we znaki jakoś daliśmy radę. Częste przekraczanie granic: pl – cz – pl – de – cz (Jelenia Góra, Nove Mesto, Bogatynia, Zittau). Mijamy ciekawą elektrownie odkrywkową, pierwsze obżeranie się czereśniami Spanie przy jeziorku na pagórku. Relacji brak… dopiero po tygodniu pojawiły się pierwsze wpisy, stąd też opis niektórych dni bardzo skromny (:

dzień 2 30.06
Dystans 152 km

Namiot nam przemaka ? Deszczu nie było a tropik od spodu mokry i wilgoć jest też w środku… niezbyt dobrze to wróży…. Zebraliśmy się o 9 i jechaliśmy dalej po malowniczych czeskich pagórkach, lasach. Tereny dość mocno podmokłe, ale do podtopionej aktualnie Polski nie ma co porównywać. Pierwszy stromy podjazd – 15% – uświadomił mnie o posiadanych (zdecydowanie za ciężkich!) przełożeniach. Będzie się działo :) Wieczorna dyskusja o puchnięciu wszechświata i spanie przy punkcie czerpania wody. Przed zaśnięciem przyjechał jakiś samochód, poświecił na nas i pojechał. Cyganie? (;

dzień 3 1.07
Dystans 206 km Sr predkosc – 19.6 km/h

Wstaliśmy z rana – było dość zimno. Zakupy w Lidlu, przejazd przez Łabę, zakupy szprych w Decinie. Zgubiliśmy drogę, przez co trafiliśmy na potężną burzę. Niestety nie wykazałem się tomkowym sprytem chowania się pod mostem i w ciągu 10 sekund byłem cały przemoczony. Choć niedawno jedliśmy, kolejne pół godziny posilaliśmy się (bo cóż innego mogliśmy robić w czasie wolnym? :P) pod mostem czekając na przerzedzenie się deszczu. Wjechaliśmy na dobre do Niemiec. Sporo problemów z remontowaną=zamkniętą drogą – musieliśmy jechać pod dość sporą ilość zakazów (: Kawałek bardzo stromą lokalną uliczką, zjazd = 67km/h. Stacje benzynowe które przysporzyły uśmiechów na naszych obliczach: ekspedientka na koszulce z tyłu miała napis: anal , a z przodu: alles super :p Świetna końcówka (ok 1,5h) trasy przez park krajobrazowy, kanionem w dół rzeki – vśr = 30km/h. Rozkładanie namiotu po ciemku przy sadzie.

 

Dzień 4 2.07
Dystans 215 km

No, to dziś znowu ponad 200km przed nami :) Wstaliśmy przed 7 i lecimy najkrótszą drogą do Cioci Tomka (reaktywacja). Cały czas dobry asfalt pomimo wiejskich dróg, lekkie problemy z trasą – mapa 1:1 000 000 trochę daje w kość. Małe zgubienie – Piotrek pocisnął kilka kilometrów za ciężarówką. Jakimś cudem minęliśmy się na trasie – straciliśmy prawie godzinę czasu na szukanie się. Gdy myśleliśmy, że jesteśmy już na miejscu, jakaś blondynka powiedziała nam że jeszcze 30km…. okazało się, że byliśmy 4 km od celu. O czasie, tj o 22 przyjęła nas ponownie Ciocia Tomka – prysznic, gołąbki…. no, teraz to już na pewno ostatnie luksusy przed Lizboną ;)

Dzień 5 3.07
Dystans 105 km

Rano trzeba wstać, rano to jest….. Tak gdzieś o 1 wyjechaliśmy od Agnieszki uzbrojeni w czyste ubrania, uśmiechy na twarzach i bolące tyłki po poprzednich dwóch dniach. Plan na dziś – wyjechać z Niemiec. W okolicach Karslruhe złapał nas deszcz. Czekanie, tj jedzenie pod wiaduktem kolejowym: 3euro w Lidlu, miny mijających nas samochodem ludzi – bezcenne.Jedliśmy oczywiście to co zawsze jemy na rowerach – Choco!

Zwariowany licznik Tomka (na prostej 100km/h), trasa ścieżką rowerową przez las, przeprawa przez Ren. Potężna rzeka…. Chcieliśmy spać na wysepce na rzece, lecz przyjechał jakiś samochód campingowy…. jak stwierdził Tomek: ‚koło brudasów spać nie będziemy’ :) Pojechaliśmy kawałek dalej, spanie pomimo wszechobecnych zakazów w lesie.

Dzień 6 4.07
l = 110 km

Francja… Pięknie ukwiecone miasteczka (narodowy konkurs na najwięcej kwiatów w mieście…), przyjaźniejsi ludzie (pewnie tylko w naszej świadomości) i niestety koniec chleba – tylko bagietki. Strasbourg – na obrzeżach wymarłe miasto, jedynie w centrum jacyś ludzie. Parlament Europejski nie zachwycił, żadnych vip’ów poza nami nie było. Ciekawa katedra na starym mieście. Dalsza część drogi przez urokliwe górki. Spanie przy kamieniołomie z widokiem na zachód słońca nad doliną rzeki.

Dzień 7 5.07
l = 150 km

Od samego rana pod górę. Duuużą górę ;] Sporo towarzystwa na rowerach i motorach. Bardzo stromy miejscami zjazd. Zakupy w lokalnym sklepiku – drogo i lipne zaopatrzenie, nie mieli długo wyczekiwanego, zachwalanego przez kolegę majonezu ;] Sjesta naprzeciwko cmentarza :D Spanie pomiędzy dwoma czereśniami – syta, darmowa kolacja, przez którą Tomek spać później nie mógł :P

Dzień 8 6.07
l = 145 km

Zwiedzanie Dijon, kąpiel nad jeziorem za Dijon.
Tłumaczenie drogi przez babkę w ciąży, wyjątkowo mowiąca po angielsku. Końcówka wzdłuż kanału, na postojach masa komarów. Jeden z wędkarzy złapał karpia: tak na oko ważył ze 20kg…. Nie podejrzewałem że one mogą być tak wielkie!

Dzień 9 7.07
l= 134 km v = 16,23 km/h

Po fajnym spaniu w szczerym polu z dala od drogi w okolicy St. Marie s. Ouche, ruszyliśmy mimo znacznej rześkości powietrza…. dwa razy dopadł nas deszcz, cały czas pod wiatr, zimno…. pozwoliło nam to uzyskać porażającą średnią tego dnia :) Tuż przed potężną burzą udało nam się umknąć do Leader Price’a – wieczorem była kiełbasa :D Dziś dość monotonny krajobraz – pola pola…. Problem ze znalezieniem miejsca na nocleg – wszystko dokładnie pogrodzone (same pastwiska). W końcu ułożyliśmy się nad kanałem, o dziwo bez komarów tym razem.

Dzień 10 8.07
l = 143 km v = 17,56 km/h

Kolejny dzień pod wiatr – ileż można ? Po południu na szczęście chociaż ociepliło się trochę… Trasa bardzo ładna. Mnie przestało boleć kolano (bolało od 2 dnia), Tomek z kolei traci władanie w lewej ręce (wtf?? :P). Zakupy w Carrefourze (4 rolki papieru za 2,5 euro….), śmieszny dziadek pod sklepem z którym wypiliśmy piwo (również pod sklepem) – ‚wałęsa siuut, jaruzelski pała’.

Szybki zwiedzanie Cleremont, rzucająca się w oczy na tle miasta, czarna gotycka katedra i początek podjazdu na Puy de Dom, który gdy tylko go ujrzałem (50 km wcześniej) urzekł mnie i musieliśmy przez to na niego wjechać :)
Spanie centralnie przed bramą domku, 200metrów nad nami zabawiają się młodzieńcy wysmarowani samoopalaczem….
Tomek wynalazł sposób na mycie łyżki – oblizać i wypluć (piasek, resztki jedzenia) :)

Dzień 11
l = 112 km v = 16,32 km/h

Po znośnej nocy, od razu (tuż po zimnym raviolli i dyskusji o potrzebie ciepłego posiłku i jego walorów smakowych) podjazd. Rzeczy zostawiliśmy w garażu u pomocnego dziadka i – po zawróceniu nas z głównej drogi przez dziewczynę, wg której w środy i soboty droga jest bezpieczna, a w pozostałe dni nie – podjechaliśmy ścieżką pieszą. Tego dnia dużo gór, wieczorem kilka długich zjazdów – super widoki i miły odpoczynek :) Tomek zaczął jeździć z szybszą kadencją – dyszenie słychać z kilometra, ale jedzie szybciej :) Cały dzień Tomkowi było zimno – jechał w kurtce, czapce rękawiczkach, podczas gdy ja uzbrojony byłem jedynie w krótki rękawek. Mycie na campingu, z którego bez dyskusji przegoniła nas w trakcie prania właścicielka – dokończyliśmy w rzece kilometr dalej ;]

Dzień 12
l = 129 km t = 7h 9 min v = 18,04 km/h

Po bardzo zimnej nocy, wstaliśmy dopiero 9:40. Kolejny Carrefour, wyjątkowo otwarty 24/7. Coś mnie brzuch pobolewał, ale po piołónówce przeszło od razu :)
Jechało się ciężko. Kolejny dzień po górkach, pod koniec 20km po płaskim, na sam koniec ostry podjazd. Spanie na polanie przy ujadającym psie z widokiem na zachód. Tomek obżarł się mirabelek – znowu trzeba będzie wietrzyć namiot ;]

Dzień 13
l = 170 km t = 8 h 14 min v = 20,63 km/h

Wreszcie widać, że jesteśmy na południu! Gorąc lejący się z nieba, cykady, śródziemnomorska zabudowa…. Dodatkowo ustał wiatr – od razu lepsza średnia. Trochę po pagórkach, pół dnia po prostej. Zakupy w Auchan, pranie w rzece. Początek dyskusji dot. cykad – wg Tomka ptaków. Słyszeliśmy je na drzewie, rzuciłem kamieniem, żaden ptak nie spadł, za to jakiś mały świerszczyk (z minutowym opóźnieniem :P) spadł, więc chyba świerszcze…. Spanie na drodze pomiędzy polami. Widać już Pireneje!
Słońce świeci realnie raptem jeden dzień, a już nieźle nas przyjarało :)

Dzień 14
l = 153 km t = 8 h 13 min v = 19,61 km/h

Udało się wstać przed wschodem słońca. Trasa dość spokojna. W Auch ładna katedra + jakieś ziomki. Ciepło jest dopiero drugi dzień, a słońce już daje sie we znaki. Wkurzająca, bardzo długa prosta przed Tarbes. W mieście wszystko pogrodzone z powodu Tour de France. Po udzieleniu ‚wywiadu’ śmiesznemu chińczykowi, pojechaliśmy jechać okrężną drogą. We Francji stawiają policjantów po dwóch – jeden zna topografię miasta, drugi gada po angielsku :)
W Lourdes msza, mycie w ‚cudownej wodzie’, wizyta w grocie. Znów nie udało się kupić flagi. Spanie w górach.
Problem ze sprzętem: odkręciło mi się tylne koło – wjeżdżając na krawężnik spadło mi… dobrze że nie w trakcie jazdy…

Dzień 15
l = 101 km t = 7 h 50 min v = 13 km/h

Cały dzień po górach. 2 przełęcze we Francji (Col du Abisque i Cold du Puyol, jakoś tak :p), jedna na granicy z Hiszpanią. Łącznie około 3,5 km przewyższeń. Niesamowite widoki, Pireneje zrobiły na nas piorunujące wrażenie. Drugi raz już widzieliśmy sekwoje we Francji. Na jednym z podjazdów minęliśmy kolarza po wypadku – zakrwawiony, ale cały. Trochę nas zmęczył podjazd do Hiszpanii – 30km pod górę – nawet nie było bardzo stromo, ale musieliśmy uporać się z niesamowicie natarczywymi muchami. Góry potężne, zielone, pełne swobodnie pasących się owiec, koni. Spanie tuż za granicą, przed zjazdem, z widokiem na kurort. Piotrek skąpał się w błocie…

Dzień 16
l = 112 km t = 6 h 6 min v = 18,36 km/h

Po chłodnej nocy, zebraliśmy się koło 10 dopiero… Zjazd z niesamowitymi widokami, jeziorka z idealną taflą odbijającą góry. Jedzenie przy myjni samochodowej (trochę płynu/wody na nas poleciało – ale to chyba dobrze… szczególnie dla ludzi mających z nami kontakt). Umyliśmy się i pływaliśmy w lazurowej rzeczce, o dziwo bardzo zimnej, ale i tak przyjemnej :) Ciężki podjazd w górach – z tej strony już suchych i jałowych – w najostrzejszym słońcu: koniec wody. Po zjeździe droga wzdłuż ekspresówki – 2 pasy tylko dla nas. Próba pobrania wody z uszkodzonej rury – błoto nas powstrzymało. Widok kręcącego z niesmakiem nosem murzyna odchodzącego od jabłonki nie powstrzymał nas od skonsumowania znacznej ilości jabłek :) Dopiero kolejny autochton powiedział nam żebyśmy nie jedli bo nas brzuchy rozbolą (nie rozbolały), i zaprowadził nas do źródełka z zimną, pyszną wodą – uratowani :) dał nam jeszcze kilka fig. Końcówka trasy z krajobrazami rodem z westernu. Spanie na ściernisku, bezchmurne niebo, niesamowicie gwieździste niebo, burza na horyzoncie.

Dzień 17
l = 155 km t = 8h 8 min v = 18,96 km/h

Przyjemne pagórki, z rana przejazd przez park narodowy – pustynię. Zakupy (nie mieli naszej podstawy żywieniowej – Choco!!), pierwszy arbuz… Dobre tempo do mini-sjesty koło 16. Później cały czas pod górę i nieprzyjemne słońce palące w bok twarzy (ja jechałem w kapturze, Tomek w koszulce na głowie). Tomek zmienił koszulę (piszę o tym, bo było to jedyne takie zdarzenie na naszej wyprawie) – przez liczne dziury na plecach (o których mówił, że powstały w wyniku starcia z niedźwiedziem) za bardzo piekło go słońce. Nocleg przy mieście, trochę się obawialiśmy nadjeżdżającego z dziczy samochodu, ale szczęśliwie nie zauważył nas. Prawie wznieciliśmy pożar… Na uwieńczenie dnia, Tomek zjadł prawie 0,5kg chipsów ;]

Dzień 18
l = 112 km t = 7 h 28 min v = 15,05 km/h

Nienawidzę wiatru…. wrrr…. Z rana podjazd na 1300m a później już z górki pędziliśmy 20km/h… Wiatr na prostej pozwalał osiągnąć max 15km/h, a momentami to i 10km/h było nie lada wyczynem. Wiatr chłodził nas na tyle mocno, że słońca pomimo braku chmur w ogóle nie czuliśmy – dopiero wieczorem zaczęło nas wszystko piec. Długa sjesta pod Eroski – cytrynowe choco – i dalej pod wiatr. Trasa przez straszną dzicz: jakieś małe puebla, zero wody…
Ostatnie 20km bez wiatru – jakie to przyjemne uczucie jechać 30km/h…. Noc na pagórku – niesamowicie wielkie i jeszcze bardziej krwiożercze komary zapędziły nas od razu do namiotu. Z obawy przed rojem, który oglądaliśmy już ze środka namiotu, nie spięliśmy rowerów i nie mogliśmy iść za potrzebą. Umiemy nowe zwroty po hiszpańsku:
Yo soy soltero, no tengo hijos – jestem kawalerem, nie mam dzieci :P

Dzień 19
l = 130 km t = 7 h 5 min v = 18,41 km/h

Ale wiało w nocy… łopotało namiotem tak, że się spać nie dało… Obudziliśmy się o 6:30 i było bardzo zimno (nie tylko, jak to zwykle bywało, Tomkowi). Komary odpuściły. Poubierani w kurtki i polary ruszyliśmy. Pierwsze 20km pod wiatr – czyżby powtórka z wczoraj ? Na szczęście kolejne 60 bezwietrznie…. Wreszcie się przyjemnie jechało :) Duży z daleka zameczek okazał się malutki. Problem z dojechaniem do Guadajery – 2 równoległe autostrady jakiś kilometr od siebie, brak normalnej drogi… pojechaliśmy kawałek żwirem, później na oko i się jakoś udało. Sjesta w cieniu platanów na mięciutkiej trawie. Zakupy w Dia, Cyganie którzy robili jeszcze większą wiochę niż my – a nie było to łatwe :) Eskorta przyjaznej policji przez całe miasto, aż do wyjazdu na Marchelado. Znów centralnie pod wiatr… na prostej Vmax = 12km/h. Po 20km, zawracamy (musieliśmy jechać naokoło przez wszędobylskie autostrady) i lecimy 40-50km/h z wiatrem :) Spanie w jakimś lesie – rezerwacie.

Dzień 20
l = 100 km t = 5h 56 min v = 16,76 km/h

Zimno… Tomek aż rękawiczki i czapkę z dna sakw wyciągnął :D Szybki dojazd z wiatrem do Madrytu (na prostej 65km/h :p). Wjazd w 2,5 km tunel i jesteśmy w stolicy, w okolicy której jest więcej kilometrów autostrad niż w całej Polsce… :) Najpierw dojazd do olbrzymich z daleka, a sporo mniejszych z bliska wieżowców (jedzonko!), później park (toalety publicznej brak – poradziliśmy sobie bez ;]) w którym ciekawy widok: parka z dzieckiem płynąca łódką – kobieta wiosłowała, a facet chował się przed słońcem pod różową parasolką :) Katedra, plac główny, plac hiszpański, via grande (zatłoczona, głośna, nieprzyjemna). W parku rozmawialiśmy 0,5h z siwobrodym filozofem, który koniecznie chciał żebyśmy razem z nim zjedli jego sałatkę owocową; pałeczkami. Trochę rozczarowani Madrytem, w którym zrobiliśmy ponad 50km, wyjechaliśmy kierując się na zachód. Spaliśmy w niedokończonych domach (kryzys ma swoje dobre strony :)) – extra.

Dzień 21
l = 115 km t = 5h 43min v = 20,01 km/h

Oj, nie chciało się ruszać po taaak wygodnym spaniu :) Dopiero o 10 ruszyliśmy. Niestety nasza droga nagle się skończyła – przeszła w autostradę. Mając do wyboru 30km po żwirze, lub nadłożenie 30km, wybraliśmy 30km autostradą (jak zresztą liczni rowerzyści których na tym odcinku spotkaliśmy). Pobocze szerokie, ruch umiarkowany, nikt nie trąbi (nawet policja) – całkiem nieźle się jechało :) Prawie się wykąpaliśmy przy kąpielisku poniżej tamy St. Martin, ale widząc wijącą się wzdłuż rzeki drogę, podjęliśmy decyzję o wykąpaniu później – okazało się, że rzekę od drogi oddzielało pasmo gór :D Dziś słońce piekło niemiłosiernie. Sjesta w miasteczku przy barze karaoke – obudziły nas odgłosy mlaskania młodocianej parki z ławki 10m dalej. Po sjeście problem z wodą – oprócz zamrożonej, którą dostaliśmy, wszędzie woda z kranu była niemożliwa do wypicia (nawet dla nas :p). W końcu, po kupnie 10kg arbuza (ah ta przyczepka :p), dziadek uzupełnił nasze zapasy pyszną zimną wodą z baru :) Spanie przy drodze/pastwisku, wśród jeżyn i ziół pachnących kadzidłem. Tomka z lekka spięło – powolne ruchy przy wyciąganiu papieru – darmo, mina Tomka – bezcenna.

Dzień 22
l = 126,5 km t = 6h 5 min v = 20,74 km/h

Super trasa trawersem gór. Długi postój przy wodospadach z praniem, myciem i pływaniem a la Pocahontas. Po 3 tygodniach jazdy, upraliśmy wreszcie zewnętrzną część spodni (wkładką praliśmy już nie raz…) bo już się sztywne robiły. Dopadł nas 5 minutowy mini deszczyk który nawet nas nie schłodził. Przed Plasencią super trasa – długie lekko pochylone odcinki…. vmax = 76,4km/h :p Zakupy w Lidlu, spanie na starej drodze. Były jeszcze zeschnięte przydrożne czereśnie… ludzie na nas trąbili – pewnie wiedzieli czym one grożą :) Dzień pod znakiem mocno przyspieszonego metabolizmu [;

Dzień 23
l = 128 km t = 7 h 16 min v = 17,4 km/h

Dziś Portugalia! Na początku jazda jakąś drogą której nie ma na mapie – niesamowite dziury i narastające zdenerwowanie – po kilku kilometrach wjechaliśmy na budowę autostrady… Później droga przez dziwnie przerzedzone gaje oliwne służące tym samym za pastwiska (a raczej wybieg dla bydła, bo jeść to ono tam nie miało czego…). Znowu pod wiatr…. Nieudana próba kąpieli w stawie – kusząca z daleka woda z bliska okazała się doszczętnie zagloniona. Tym razem bez sjesty (choć o 16 było 41 stopni w cieniu). Dłuższy postój w ostatnim miasteczku przed granicą – dłuższa pogawędka z dziadkiem który przekonał nas o tym że jednak umiemy mówić po hiszpańsku :D podładował mi komórkę, zapoznał z żoną, zaprowadził do sklepu (: Sesja zdjęciowa przy znaku ‚Portugalia’ i brzoskwiniowa wyżerka (wzięliśmy na później). Ustał wiatr, przyjemna jazda pustą drogą do noclegu na polu – konsumpcja brzoskwiń zapijanych (tanim) winem z widokiem na zachód słońca. Dziś dopadł nas 1. kapeć (przednie koło Tomka).

Dzień 24
l = 103 km t = 6h 56min v = 16,06 km/h

Poranna próba jedzenia dość smacznych owoców opuncji zakończona fiaskiem. Nieufność zwyciężyła i po skosztowaniu owoca wypluwaliśmy go :P i tak w koło macieju.

Pokarało nas to kolejnym kapciem – tył u Tomka, przy okazji zmieniliśmy oponę przód/tył, bo tylna już ledwo zipiała. Spotkaliśmy sakwiarza – Szwajcara jadącego niemalże bez bagażu. Kolejny ciężki dzień pod wiatr, skropił nas 10 min chłodny deszcz. Spanie w lesie eukaliptusowym. Całodzienna degustacja przydrożnych owoców – mandarynki, pomarańcze, brzoskwinie, winogrona… cudo :] Jakiś przechodzień pytany o drogę wziął nas za rumunów… ehh…
Ogólnie cały wyjazd polewaliśmy z języka czeskiego…. dziś nauczyliśmy się kolejnych zwrotów:
to se smerdi
kaczka = kaka
czereśniaczka, buraczka

Dzień 25
l = 117 km t = 6h 09min v = 18,43 km/h

Nocne siąpienie (wtf? Miało być gorąco!) na szczęście nie przemoczyło nam namiotu. Zebraliśmy się dopiero o 11:30, co Tomek skwitował krótkim: o kur… Dość szybko się rozpogodziło, ale gorąca nie było. Dobrze się jechało po długim spaniu, dojechaliśmy do Fatimy – tu se zjavila Panna Maria. Końcówka mszy w ‚kaplinka zjavena’ (ah ten czeski :p). Zagadał do nas jakiś gość opowiadając o domu pielgrzyma. Zaprowadził nas tam ochroniarz, dostaliśmy trójkę na dwóch. Pierwsze spanie w łóżku (i to za darmo) od 21 dni. Przyznam, że lepiej mi było w namiocie [; Spotkaliśmy się z wycieczką cyklistów z Rzeszowa (86 osobowa jadąca razem z autobusem itp…Tak trzymać! Moja komórka o dziwo ożyła po 20 dniach nieodzywania się do mnie -..-


Dzień 26
l = 117 km t = 5h 32 min v = 20,92 km/h

Pospaliśmy… Zaliczyliśmy mszę po hiszpańsku, Tomek przeszedł się ścieżką umartwienia, a ja w tym czasie zaliczyłem mszę po Polsku zapoznając się przy okazji ze znacznie odbiegającą od średniej wieku grupy, organizatorką grupy rzeszowskiej [; Tomek zdarł kolana bo nie miał (jako jedyny chyba) ochraniaczy. Z Fatimy wyruszyliśmy dopiero o 13:30 – rekord :D Trasa bardzo przyjemna – sporo górek, mały ruch, tylko chłodno trochę a wieczorem wręcz zimno. Zakupy w Lidlu – to już chyba nasze ostatnie ‚mister choco’ na tej wyprawie :) Spanie blisko oceanu – choć nadal go jeszcze nie widzieliśmy – w lasku eukaliptusowym, blisko jakiejś fermy indyków. Wieczorne nieudolne łatanie mojej karimaty. Tomek po 0,5h spania obudził się i spytał czy już sobie poradziłem z karimatą i czy może już wreszcie iść spać.

Dzień 27 – ostatni
l = 145 km t = 7h 35 min v = 19,17 km/h

Oj nie chce się wstać… dziś ostatni dzień. W sumie już wczoraj mogliśmy być na miejscu, ale wybraliśmy dłuższą wersję – wzdłuż oceanu. W Cintrze prawie zwiedziliśmy pałac – tzn zaliczyliśmy mozolny podjazd pod niego (końcówka po bruku przy dopingu ludzi pokroju lasek chodzących w szpilkach na Morskie Oko). Na szczycie gadka z gostkiem który do Maroko się wybiera rowerem. Zjazd jeszcze gorszy niż wjazd – jeszcze więcej bruku… Przed Cintrą wreszcie widzieliśmy ‚welka wodu’ w Santa Cruz.

Odwiedziliśmy Cabo de Roca – najdalej na zachód wysunięty przylądek europejski. Nieudolny portugalczyk zrobił nam beznadziejne zdjęcie – powiedzieliśmy mu co o nim myślimy, ale na szczęście ktoś zlitował się i zrobił nam kolejne, tym razem bardziej udane zdjęcie. Później Cascais – jazda niemalże po plaży (w jednym miejscu była mała wydma na asfalcie), wzdłuż wybrzeża do Lizbony. Niesamowicie silny wiatr od oceanu, który pchał do 50km/h na prostej (i można sobie wyobrazić jak zwalniał gdy się nawracało). Wreszcie Belem (przedmieście Lizbony) ze swoim Pomnikiem Odkrywców, i tu po raz pierwszy musieliśmy skorzystać z innego środka transportu (nie chcieliśmy autostradą jechać) – przeprawiliśmy się łódką na drugą stronę zatoki. Nowy znajomy z łódki pomógł nam się dostać pod blok państwa Wójcików. W oczekiwaniu na ich przybycie, udałem się za blok w wiadomym celu i tam ich spotkałem :] Dwa ostatnie ciastka o smaku choco i………. koniec! :)

Krótka statystyka:

W sumie kilometrów: 3 613,6 km

Dni: 27

Średnio dziennie: 133,8 km

Noclegów w namiocie: 24

Noclegów u gospodaczy: 2

Upadków: 1 Piotrka, coś mi się błędnik zamotał i z prostej drogi wjechałem w pole :p

Problemów z rowerami: poza dwoma kapciami i moim szalonym kołem, brak.

Problemów ze zdrowiem: lekki niedowład palców ręki Tomka, powtarzające się bóle naszych ciągle przepełnionych i zgniatanych brzuchów, bolące przez pierwszy tydzień tyłki [;

Szacuję że koło 2/3 przejechanych kilometrów było pod mniejszy lub większy wiatr

Kłótni: zero [;

Galeria

Trasa:

Route 554 628 – powered by www.bikemap.net

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>